Pora śniadania

W dość głośnej sprawie o morderstwo do jednej z telewizji porannych poproszono adwokata.
Czyta się kilka minut

Pośród wielu niepotrzebnych pytań, którymi go zasypano, znalazło się brzmiące tak oto: czy będąc obrońcą niechybnie zwyrodniałego przestępcy, nie boi się on utraty popularności i gniewu ludu? Jest to fundamentalne pytanie ludzi z branży, w której popularność jest podstawą bytu, a ponieważ rzecz odbywała się w okolicach śniadania, było ono elementem programowej, porannej empatii mediów. Bezwzględnie jednak adwokat przybył do studia o nie swojej porze, było to coś na kształt wizyty wampira po wschodzie słońca.

Wieczorem człowiek ów również był widziany w telewizji, w innej nieco stacji. Był już na swoim miejscu. W sposób widoczny nawet jednym okiem, był już gruntownie niepopularny. Dziennikarz, pytając go mniej więcej o to samo, co inny rano, czyli o sprawy tylko pozornie mające cokolwiek wspólnego ze zbrodnią, nie był mu łaskaw. Trudno się dziwić. Poranną empatię zastąpiło coś szalenie interesującego, znacznie bardziej niż niezłe przecież molestowanie adwokata na temat jego własnej, ulicznej popularności. Kamerzysta próbował tak uchwycić oblicze obrońcy, by tworzyło ono komplet do znanego powszechnie wizerunku domniemanego zbrodniarza – by było dla wszystkich oczywiste, że ów prawnik jest rzecznikiem prasowym zła wcielonego. Gdy z rana był jeszcze wampirem w przebraniu człowieka, wieczorem był już wilkołakiem, choć mówił to samo. Gdy rano świeciło słońce i można było pobaraszkować, może nawet wyskoczyć na sanki, to wieczorem padał deszcz ze śniegiem i wciśnięcie widza pod kołdrę było zadaniem oczywistym dla sławnej w świecie polskiej szkoły operatorskiej.

Trudno dziś, myśląc o własnej popularności, podejmować się zadania równie bez fantazji, jakim jest teoretyzowanie na temat jakości mediów. Jest to zajęcie jałowe o tyle, że opinię na ten temat mają wyrobione tłumy i wyrobiły ją sobie bez suflerów. To jasne też, że popularność bądź niepopularność są filarami sposobów docierania do mas, bowiem tylko te dwa słowa mają siłę tłumiącą ziewanie. Pytanie o popularność, to postawione wprost czy skonstruowane inaczej, idzie przed wszystkimi ciekawościami dziennikarskimi, co tylko amatorom wydaje się traceniem czasu. Gdy wejść w szczegóły – widać, iż popularność i pora dnia są zasadniczym sposobem zapinania dzisiejszego życia z czasem. Nie to jest jednak zadanie do przemyśleń, przemyślało je już zbyt wielu, by w tym grzebać i ów porządek demolować.

Zadanie teoretyczne, polegające na odwróceniu utrwalonego schematu, jest karkołomne i nieopłacalne. Gdyby na śniadanie serwować samo zło, a na kolację dobro, telewizja straciłaby popularność. Gdyby rano pokazywać horrory i kryminały, a wieczorem urządzać dobrotliwe sesje bez krawata z politykami marzącymi o obaleniu republiki, świat stanąłby na głowie. Gdy szukamy wyjaśnienia, czemu tak jest, musimy być gotowi na odpowiedź najprostszą. Wszechporządek rzeczy wynika z upodobań kulinarnych. Grysiki i płatki źle idą zarówno z ludźmi nieznoszącymi demokracji, jak i z adwokatem broniącym z urzędu mordercy. Zrazy, smażona cebula czy pieczone prosię – idealnie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 03/2013