Poprawność – brzydkie słowo?

Zdjęcie z sali sądowej podczas ogłaszania wyroku w sprawie publikacji w "Gościu Niedzielnym", odebranej przez zaatakowaną osobę jako obraza jej godności osobistej: wśród podniesionych w górę transparentów jeden protestuje przeciw "cenzurze płynącej z poprawności politycznej" (cytuję z pamięci). Od dawna termin ten rozumiany jest jako coś bardzo brzydkiego: cofanie się przed uczciwym osądem, przed nazwaniem po imieniu tego, co złe; ucieczka w sferę niedomówień, półprawd i napomknień, pozwalających bezboleśnie obchodzić się z winnymi, którzy w ten sposób nigdy nie zostaną nazwani tak, jak na to zasłużyli.
Czyta się kilka minut

A przecież słowo w sferze ocen i wyroków wymierzanych przez opinię publiczną to wcale nie sprawa wyboru między waleniem drągiem a głaskaniem. To sprawa znalezienia narzędzia najbardziej sprawiedliwie trafiającego w sedno, ale zachowującego szacunek dla człowieczeństwa obu stron: i tej ocenianej, i tej, która ocenia. Bo nieprawdą jest, że wyrokujący nie ubliża samemu sobie, waląc pięścią czy kijem bejsbolowym. To właśnie prawdziwe poczucie godności - i własnej, i tego, którego oceniamy - zdoła podyktować słowa zarówno adekwatne do faktów, jak nieraniące i niewdeptujące w ziemię.

O sile słowa doskonale wiedzą wszyscy, którzy tak bardzo chcą nie tylko wyrażać oburzenie, ale i osądzać, tylko że spieszno im wyłącznie do uzyskania satysfakcji moralnej najbardziej dotkliwej dla tego, co oburzyło ich czy zgorszyło. Niezadawanie ran w osądzaniu nazywane jest przez nich "poprawnością polityczną" zamiast zachowaniem godności człowieczeństwa jako normy, z której rezygnować nie pozwala nawet prosty szacunek dla samego siebie.

Marzy mi się (naiwnie?), że na lekcjach wychowawczych wyższych klas w szkołach, albo w grupach studenckich, albo we wspólnotach chrześcijańskich, będą się czasem odbywać seminaria poświęcone pytaniu: jak w wybranej sytuacji, wymagającej oceny i zmiany, nazwać rzeczy po imieniu, a nie obrazić, nie podeptać, nie sponiewierać? Dyskusje, w których toczyłyby się namysły nad słowami, po to, by nie było za późno potem, gdy ci sami ludzie staną do sporów w sytuacjach realnych. Niewielu wtedy znajdą mistrzów od innych narzędzi niż maczugi i pięści uzbrojone w kastety.

Chyba że samo życie dopisze akapit zmuszający do opamiętania, tak jak przeżyliśmy to dopiero co. W trakcie telewizyjnego programu wieczornego, w środku najbardziej gwałtownych pojedynków słownych, ogłoszona została pauza: zebrani usłyszeli wiadomość o śmierci jednego z najbardziej zasłużonych w naszej najnowszej historii. W pół słowa przerwano potyczki i odeszły one w zażenowane milczenie. Do końca programu mówiono inaczej i o czymś innym. Ale i o tym memento rychło możemy zapomnieć...

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2009