Reklama

TP Historia - 85.Boniecki

Pomówmy o dylematach

Pomówmy o dylematach

18.04.2007
Czyta się kilka minut
fot. W. Druszcz / Reporter
K

KS. ADAM BONIECKI: - Pomówmy o dylematach moralnych polityka. W długich latach życia publicznego musiał Pan na nie trafiać i borykać się z nimi niejeden raz: "Więź", Koło Poselskie "Znak", opozycja, "Solidarność", premierostwo - by ograniczyć się do tego, co w Polsce.

TADEUSZ MAZOWIECKI: - Rozumiem, że to jest z Księdza strony rozpoczęcie naszej rozmowy.

- Tak jest.

- Były to bardzo różne dylematy. Ale, z drugiej strony, jest w nich jakaś ciągłość. "Więź" powstała w 1956 r., gdy była wielka nadzieja, że coś lepszego się w Polsce stanie. Myślę, że mimo stopniowego wykruszania się tamtego Października, jednak pewne rezultaty zostały utrzymane. Wstrzymano kolektywizację rolnictwa, była większa swoboda w kulturze i jednak inny stosunek władz do Kościoła. Wszystko to potem zmieniało się na gorsze: było charakterystyczną rzeczą, że trzeba było z cenzurą walczyć o samo utrzymanie słowa "Październik".

Problemem, który wtedy stopniowo narastał, było zachowanie czy też utrzymanie podmiotowości społeczeństwa. Chodziło o to, żeby społeczeństwo nie było traktowane przez władze jako masa do komenderowania. Prowadziliśmy działalność oficjalną i dylematem naszym było zawsze to, jak daleko można się w niej posunąć, a jak daleko nie można.

Ale można sięgnąć do czasów jeszcze wcześniejszych: dylematy ludzi wiązały się z tym, że po II wojnie światowej i zapanowaniu porządku międzynarodowego polegającego na tym, iż są dwie siły posiadające broń atomową, wszystko wskazywało na to, że tak musi być już zawsze. Każdy "przyrost" swobody i wolności był w związku z tym niezwykle cenny. Wtedy trudno było przewidywać, że za naszego życia nastąpi zasadnicza zmiana i że upadnie ZSRR. Jeśli dziś ktoś mówi, że to wiedział, to wydaje mi się, iż mało sobie przypomina z tamtego czasu... Nie twierdzę, że nie było ludzi, którzy wierzyli, iż to musi runąć - tylko że nie było do przewidzenia, jak i kiedy to się może stać.

- Wiązała się z tym również obecność w PRL-owskim Sejmie symbolicznej reprezentacji środowiska "Znak".

- Chodziło o to, aby utrzymać swój charakter, nie dając się wmanewrować w dążenie do współrządzenia, co byłoby przecież iluzoryczne. Takie iluzoryczne współrządzenie to był przypadek Stowarzyszenia PAX. Byłem początkowo w PAX-ie i wiedziałem, że dążenie do jakiegokolwiek uczestniczenia we władzy jest drogą donikąd. Gdy powstał miesięcznik "Więź", byłem zwolennikiem współpracy "Więzi" ze środowiskiem "Tygodnika Powszechnego". I wiele z tej współpracy skorzystałem.

Nastawiając się zatem na obecność w życiu publicznym PRL-u, musieliśmy zakreślić sobie granice tej obecności.

Pytanie o granice

- Ale i tak słychać było zarzuty, że my - "Tygodnik", Koło Poselskie "Znak", "Więź" - dajemy alibi władzy komunistycznej, która może wskazywać na nas jako na przykład wolności słowa i poszanowania przekonań religijnych.

- Oczywiście, pamiętam takie zarzuty. Ale wartość tego, co wymienione środowiska wnosiły dla kultury i życia społecznego, była tak wielka, że nie można mówić o dawaniu alibi. Zresztą to dawanie alibi miało swoje granice, w pewnych momentach bardzo ostre, np. interpelacja Koła Poselskiego "Znak" w marcu 1968 r. A po interwencji w Czechosłowacji Stanisław Stomma i ja, poważnie rozważali możliwość oddania mandatów, choć ostatecznie, idąc za radą Prymasa Wyszyńskiego, nie uczyniliśmy tego.

Po drugie, był to już czas wielkiej przemiany soborowej w Kościele, która od innej zupełnie strony też przynosi elementy podmiotowości społeczeństwa. Kościół z ogromną otwartością zwraca się do ludzi, ludzie zaczynają się czuć podmiotem w Kościele, co przekłada się na narastanie poczucia podmiotowości w społeczeństwie.

- Dziś wiemy, że IV Departament MSW planował popieranie kontestatorów i ruchów kontestatorskich w Kościele, a także ułatwianie polskim środowiskom kontaktów z kontestatorami z zagranicy. Chodziło, oczywiście, o dezintegrację Kościoła.

- W tych planach była wewnętrzna sprzeczność, polegająca na tym, że oni chętnie by wspierali ruchy kontestatorskie w Kościele, ale szybko zauważyli, że ruch odnowy w Kościele ma swoje przełożenie na postawy społeczeństwa. To nie przypadek, że ostro zwalczano wszelkie przejawy odnowy. Bo oni rozumowali tak: odnowa soborowa - owszem, ale nie w tym, co dotyczy spraw społecznych. Odnowa tak, ale "Sacrosong" [niezależny festiwal pieśni religijnej - red.] już nie, bo tam Kościół wychodzi do ludzi. I zabraniali nawet pisania o "Sacrosongu" jako o zjawisku społecznym. Myślę, że w pewnym momencie odkryli, iż dla nich bardziej korzystne jest popieranie oporu przeciwko Soborowi.

Dalsza nasza ewolucja to już kontakty ze środowiskami opozycyjnymi. Opozycji istniejącej już nie w ramach ustroju, ale wyraźnie poza, a więc np. z pisarzami, których zabraniano drukować. Uważam, że idea praw człowieka, promowana wtedy zwłaszcza przez prezydenta USA Jimmy'ego Cartera, odegrała bardzo istotną rolę. My w Polsce bardziej pamiętamy o Ronaldzie Reaganie, którego zasługą polityczną było zmuszenie Związku Sowieckiego do wyścigu zbrojeń zakończonego krachem gospodarczym. Ale zasługą Cartera było odebranie wiatru ideologii komunistycznej i przeciwstawienie jej idei praw człowieka, i to w całym świecie. Także w krajach tzw. bloku wschodniego, co pozwalało powoływać się na pewne ustalenia międzynarodowe i czynić z nich coś prawdziwego, a nie martwe słowo jakichś porozumień dyplomatycznych, które do nas nie mają odniesienia.

To pozwalało nam, działającym oficjalnie, nawiązywać kontakt z ruchami opozycyjnymi i bronić się przed ostrym sprzeciwem władz wobec tych kontaktów. Nasze zbliżenie do ówczesnej opozycji miało zresztą jeszcze jeden wymiar: było pracą na rzecz zasypywania podziałów, które były dosyć silne w XIX w. i w pierwszej połowie

XX w., między inteligencją agnostyczną i pozytywistyczną a inteligencją odwołującą się do chrześcijaństwa.

Pytanie o strategię

- "Solidarność"?

- Tak, potem przychodzi "Solidarność". Ale najpierw jest 1979 r., wielka pielgrzymka Papieża i odkrycie własnej podmiotowości przez społeczeństwo w skali już masowej.

"Solidarność"... Też nie było wiadomo, jak się to dalej potoczy. Jak postępować? To pytanie było obciążone wielkim ryzykiem. Ja w początkowym okresie, w jednym z odczytów w warszawskim KIK-u, porównywałem doświadczenie "Solidarności" z doświadczeniem Kościoła: że tak jak Kościół wywalczył sobie pewną strefę wolności, tak może ją wywalczyć ten ruch związkowy, który powstał w sytuacji, gdy słabym ogniwem komunizmu okazały się zależne od władz związki zawodowe. Ich słabość polegała na tym, że z jednej strony legitymowały się odwoływaniem do klasy robotniczej, a z drugiej strony, kiedy przychodził konflikt klasy robotniczej z władzą, nie odgrywały żadnej roli, i to w sytuacji, gdy nastąpiło krwawe stłumienie robotniczego protestu, jak w 1970 czy 1976 r.

Zainteresowałem się wcześniej problemem związków, pomogły mi w tym belgijskie znajomości: z Janem Kułakowskim [uczestnik Powstania Warszawskiego, od 1946 r. na emigracji; od lat 50. działacz Międzynarodowej Konferencji Chrześcijańskich Związków Zawodowych, m.in. prowadził negocjacje z autorytarnymi rządami w celu uwolnienia represjonowanych za działalność związkową; w latach 1974-88 sekretarz generalny Światowej Konfederacji Pracy - red.] oraz z jego przyjaciółmi z międzynarodowego ruchu związkowego.

Dziś toczy się spór, czy "Solidarność" mogła się utrzymać, czy nie. Są tacy, którzy twierdzą, że musiało się skończyć konfliktem. Ja zawsze uważałem, że im dłużej "Solidarność" istnieje, tym bardziej utrwala się wywalczona strefa wolności, i że tak właśnie, trochę analogicznie jak Kościół, ten wielki ruch masowy może tę strefę wolności wywalczyć. Dlatego po wprowadzeniu stanu wojennego napisałem z obozu dla internowanych w liście do Papieża, że tego stopnia wolności i swobód obywatelskich, jakie osiągnęła "Solidarność", społeczeństwo sobie odebrać już nie da i że nie można myśleć o jakimkolwiek porozumieniu z władzą bez przywrócenia "Solidarności". To był dla mnie kanon w całym okresie od wprowadzenia stanu wojennego do 1989 r. I cały nasz upór, doskonale pokazany w wydanej niedawno książce ks. biskupa Alojzego Orszulika, polegał na tym, żeby oni wreszcie zdecydowali się uznać "Solidarność" za partnera.

- Nie jestem pewien, czy wszyscy biskupi byli o tym przekonani.

- Wiem z całą pewnością, że takie było również przekonanie Papieża. Dawał temu wyraz, jak Ksiądz pamięta, w prywatnych rozmowach i publicznie, gdziekolwiek był. Przywoływał to słowo przez małe "s", jako wartość, która ma rządzić stosunkami wśród ludzi pracy, oraz przez duże "S".

Pytanie o rok 1989

- A może i partia w jakimś momencie uznała, że sama wszystkiego nie pociągnie, więc postanowiła zgodzić się na kompromis, zatrzymując dla siebie, w zakresie władzy i majątku, co się tylko da?

- Myślę, że tak. Przecież w końcu oni musieli jakieś racje po swojej stronie rozważać. Nie byli samobójcami, na coś musieli liczyć. Myślę, że liczyli na to, iż my weźmiemy na siebie trudne problemy gospodarcze i da się nas jakoś wessać.

Najbardziej się obawiałem tego "wessania". Byliśmy wtedy, latem 1989 r., w "bloku wschodnim" pierwsi i jedyni, a ja miałem w tyle głowy doświadczenia z 1956 r. na Węgrzech i z 1968 r. w Czechosłowacji.

Kiedy już zostałem premierem, naczelną sprawą było dla mnie przeprowadzenie narodu przez najtrudniejszy okres w sposób bezkrwawy. Istotne w naszym postępowaniu było i to, żeby pierestrojka Gorbaczowa się nie załamała. Niektórzy dziś upraszczają sprawę: mówią, że Gorbaczow przecież był komunistą, który zauważył, że mu się ten komunizm rozpada. Trudno mieć do niego pretensję o to, że był komunistą i że chciał ten swój ustrój ocalać. Rzecz w tym, że on go chciał ocalać rozumnie, no i okazało się, że rozumnie ocalić się nie da - o to też trudno mieć do niego pretensje. Wyobraźmy sobie, że pucz Janajewa w sierpniu 1991 r. jest potężniejszy albo że następuje wcześniej: przemiany w naszym świecie byłyby możliwe o wiele później.

Pytanie o reformy

- Czy to jest odpowiedź na wysuwane dziś zarzuty, że nie dokonano zdecydowanych posunięć, np. wobec bezpieki, także wojskowej, że to wszystko było przemieszane i że dawna nomenklatura mogła sobie zabezpieczyć tyły?

- To myślenie ahistoryczne. Powoływanie się na to, że komunizm musiał paść, ma podstawy w jakimś bardzo długofalowym myśleniu historiozoficznym. Natomiast w realnym myśleniu w tamtym konkretnym momencie wyglądało to tak, że może i musiał paść, ale przy tym padaniu mógł zadać jeszcze ogromne ciosy i mógł przedłużyć okres padania. Byłem i jestem przekonany, że gdybyśmy nie postępowali tak, jak postępowaliśmy - choć nie twierdzę, że każda decyzja była słuszna - to czas "Jesieni Ludów" 1989 r. bardzo by się opóźnił, nie tylko w Polsce. Podobnie zresztą krytyka PRL-u często bywa ahistoryczna, bez zrozumienia, że w dziejach PRL-u były różne okresy.

Mnie się wydaje, że po wyborach 4 czerwca 1989 r., choć były dla PZPR szokiem, oni się jeszcze nie spodziewali, że oddadzą władzę. Przypuszczam, że nawet po utworzeniu mojego rządu nie całkiem zdawali sobie sprawę, że już władzę oddali. Jak mówiłem: myślę, że liczyli na jakieś "wessanie" nas. Dopiero zasadniczość reform, do których myśmy przystąpili, przekonała ich, że to koniec.

Dziś słyszę często: dlaczego lustracja nie została dokonana 17 lat temu? 17 lat temu słowo "lustracja" nie funkcjonowało, nie mówiąc o tym, że nie mogła być dokonana, kiedy tzw. resorty siłowe jeszcze były w ręku generałów z PZPR, a w Polsce stacjonowała armia sowiecka. Jednocześnie nie docenia się zmian, których dokonaliśmy. Przecież likwidacja SB i stworzenie Urzędu Ochrony Państwa to było odsunięcie wielu ludzi. Jeśli są tacy, którzy, jak słyszę, czytają w swoich aktach, że do czerwca 1990 r. ich obserwowano, trzeba to dokładnie sprawdzić. Myślę, że po prostu zamknięcie tych papierów nastąpiło z opóźnieniem, ale nie była to żadna groźna inwigilacja. Sytuacja była już inna: z całego kierunku działania rządu wynika, że takie rzeczy nie mogły mieć miejsca, ponieważ myśmy jasno ustalili, że likwidujemy policję polityczną i policji politycznej być nie może. Tak samo jak likwidacja stanowisk kilkunastu tysięcy tzw. oficerów wychowawczych w wojsku, wymiana ludzi, wymiana wojewodów, wprowadzenie oddolnej demokracji przez samorząd... A wszystko to robione w sposób pokojowy.

Może mogliśmy postępować bardziej zdecydowanie. Ale ważną rolę odgrywało coś innego: to, że przystąpiliśmy do niezwykle trudnej operacji reformy gospodarczej, a ona mogła być przeprowadzona tylko w spokoju, i to, że ona sama w sobie niosła inne dylematy, również trudne i ciężkie.

Skoro pyta mnie Ksiądz o moralne dylematy, to właśnie kwestia reform gospodarczych wiązała się z jednym z największych. Zdawałem sobie sprawę, że najpoważniejsze problemy pojawią się w wielkich zakładach, a te zakłady były bastionem "Solidarności". Racje reformy, koniecznej, zderzały się z losem ludzi nam najbliższych. I ten dylemat dla mnie pozostał.

Pytanie o Kościół i państwo

- A rola Kościoła w tym wszystkim?

- W pierwszym okresie Kościół dał przeobrażeniom maksymalne wsparcie i pomoc. Biskupi rozumieli, że to jest zmiana ustrojowa, że ważną rzeczą jest przeprowadzenie jej bez rozlewu krwi.

Pierwszym problemem w tej dziedzinie, problemem, który zjawił się dla mnie dość niespodziewanie, było przywrócenie nauki religii w szkole w 1990 r. Jako katolik miałem wątpliwości, czy Kościołowi wyjdzie to na dobre, czy dla tej młodzieży religia nie przestanie być owocem zakazanym (którym była dotąd, skoro nie mogło jej być w szkole) i nie stanie się jednym z wielu przedmiotów, do których czują się przymuszani. Ale jako premier uznałem, że trzeba to zrobić, bo taki model istnieje w innych krajach demokratycznych. Tylko jest jeden warunek: żeby zostały zabezpieczone prawa rodziców i dzieci, które nie chcą uczęszczać na lekcje religii. Żeby nie powstał kolejny konflikt. Dlatego uważałem, że lepiej to przeprowadzić przez decyzje ministra edukacji, a nie przez debatę sejmową i zafundowanie na progu demokracji ostrego podziału światopoglądowego. No i chciałem być informowany o wszelkich przypadkach, w których pojawiłby się problem przymusu (zdawałem sobie oczywiście sprawę, że środowiskowy przymus jest nie do uniknięcia, ale to już jest coś innego; temu można się przeciwstawić, nie jest to narzucone przez władzę).

Dopiero potem nastąpił proces zbytniego, moim zdaniem, upolitycznienia duchowieństwa. Przyszedł czas, gdy z jednej strony głoszono, że liberalizm jest większym niebezpieczeństwem od komunizmu, z drugiej strony, że nadchodzi "czarny totalizm". Patrzyłem na to z niepokojem, ale i ze spokojem. Z niepokojem, bo był to niedobry konflikt, a ze spokojem, bo wiedziałem, że w dłuższej fazie to się musi uregulować.

W demokracji pojawiają się problemy, które rodzą dylematy moralne. Znany niemiecki prawnik Ernst-Wolfgang Böckenförde, a za nim ks. Józef Tischner, mówił, że rolą państwa i rolą prawa jest przede wszystkim zapobieganie konfliktom, a nie popieranie prawdy przymusem państwowym. Niektórzy z bliskiego nam środowiska krytykowali to i mówili, że demokracja musi mieć fundament aksjologiczny. Tu wchodzimy w wielki spór, w jaki sposób pluralistyczna demokracja powinna być aksjologiczna i do jakich granic może być aksjologiczna. Bo te konflikty zdarzają się w kilku sprawach, nawet nie potrzeba wszystkich palców jednej ręki, by je wyliczyć. Można przyjąć taki model państwa i społeczeństwa, w którym następuje zderzenie, ostre i wyniszczające, albo taki, jaki widzimy na Zachodzie, gdzie po tych wszystkich zderzeniach kultura masowa powoduje rugowanie chrześcijaństwa i w ogóle religii z życia publicznego. Trzecia możliwość, której jestem zwolennikiem, to jest to, co były prezydent Niemiec Richard von Weiz­säcker nazywa społeczeństwem ekumenicznym. Ekumenicznym w tym sensie, że współżyją ze sobą w sposób twórczy, nie pozbawiony napięć, różne stanowiska. Nie pozbawiony napięć dialog jest też wartością tego społeczeństwa. Ale rzecz nie polega na eliminowaniu pytań i problemów, ale na ustawicznym dialogu, zderzaniu się i ucieraniu różnych racji.

Pytanie o demokrację i wartości

- Ale to w końcu musi przybrać kształt konkretnej ustawy. Więc, jak rozumiem, chodzi o kompromis.

- Nie, nie wszystko jest problemem ustawy. Bardzo wiele z tego, co byśmy nazwali duchowymi sprawami demokracji, jest regulowane obyczajem, zwyczajem, szacunkiem do innych lub też chęcią zniszczenia innych albo przynajmniej chęcią podporządkowania ich sobie. Oczywiście, ustawa tak. Osiąganie kompromisów jest rzeczą ważną. Nawet Stolica Apostolska w tak ważnych sprawach jak aborcja mówi, że kompromis jest lepszy niż narzucanie. Ale to jest nie tylko problem ustaw, ale i kultury politycznej, kultury życia publicznego, a w związku z tym pewnego modelu społeczeństwa demokratycznego. Myślę, że do tego powinniśmy powoli dochodzić.

- Na razie jednak nie jest to popularny u nas rodzaj myślenia. Raczej jesteśmy skłonni korzystać z tego, że akurat mamy większość, i narzucać swoje przekonania drogą legislacyjną.

- Niektórzy nawet mówią, że gdzie Kościół nie ma większości, tam idzie na daleko idące ustępstwa, które tam, gdzie ma większość, uznałby za absolutnie niedopuszczalne.

- To nie bardzo odpowiada weizsäckerowskiej wizji "społeczeństwa ekumenicznego".

- Niedawno przeczytałem przewodnik dla pielgrzymów do Santiago de Compostela (przyniósł mi go mój wnuk, pielgrzymujący tam w lecie), w którym trafiłem na przemówienie Jana Pawła II z 1982 r. do młodzieży. Uderzyło mnie, że Papież nie powiedział "Europo, wróć do swoich korzeni", ale "Europo, tchnij nowe życie w swoje korzenie". Mam nadzieję, że jest to dobre tłumaczenie, bo to istotna różnica. Uważam, że Europa Zachodnia tego wielkiego przemówienia kompletnie nie zrozumiała, a myśmy też nie bardzo potrafili pomóc w jego zrozumieniu (zresztą w 1982 r. nie bardzo mieliśmy możliwości...). Bo słowa Papieża oznaczają, że nie chodzi o powrót do minionych stosunków społecznych. "Tchnij życie" oznacza, żeby to życie było obecne w obecnym pluralistycznym społeczeństwie. Do wielkich tego świata odnosi się Papież w ten sam sposób. Mówi: zróbcie nam miejsce w życiu publicznym, umożliwiajcie nam, a nie utrudniajcie, ale niekoniecznie dawajcie nam przywileje. To nie jest domaganie się jakiegoś specjalnego statusu.

- Jak to się ma do sporów o preambułę europejskiego traktatu konstytucyjnego?

- Kiedy patrzę na spory o tę preambułę, przypominam sobie naszą preambułę do konstytucji przyjętej w 1997 r. Jan Paweł II powiedział, że to mógłby być wzór dla konstytucji europejskiej. Przypominam sobie, jak różni wybitni politycy francuscy mówili mi: dla nas to jest do zaakceptowania, ale we Francji nie przejdzie. Jest jakiś problem po tamtej stronie, po stronie Europy Zachodniej, zwłaszcza Francji. Przecież nikt nie zamierza zmieniać konstytucji francuskiej, zmieniać kształtu stosunków Kościoła i państwa, który tam obowiązuje. Chodzi tylko o ten "ekumenizm" w życiu publicznym, a nie o zredukowanie do sfery kultury, mającej coraz mniej zrozumienia dla wartości głębszych, do których w ostatecznych wyborach człowiek może się odwołać. Istnieje tendencja do zglajchszaltowania tej kultury, zasad życia publicznego na absolutnym minimum.

Są tacy, którzy twierdzą, że dla nich wartością konstytucji są demokratyczne procedury, a nie aksjologia; że wszelkie wpychanie do ustawy zasadniczej problemów wartości jest niebezpieczne. Inni mówią, że procedury bez aksjologii nic nie znaczą. Można wskazać złe przykłady historyczne przy obu rozumowaniach. Przykładem wadliwości pierwszego typu jest słabość Republiki Weimarskiej, a drugiego - wszelkie próby przekształcania demokracji w "demokrację wyznaniową".

W tym wszystkim powinna być możliwość dokopania się do warstwy głębszej, do tego, że wszystkie demokratyczne procedury, które dziś uznajemy za conditio sine qua non demokracji, nie wzięły się znikąd, ale powstały z walki o jakieś wartości. One nie są tylko technicznymi procedurami (choć skłonni jesteśmy widzieć w nich pewne uregulowania techniczne), bo ich rodowód wywodzi się z pewnych wartości.

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że kiedy się posuwano do narzucania pewnych wartości przymusem, to tym wartościom nie wychodziło to na dobre.

- Przypomina się jubileuszowe wyznanie win Kościoła dokonane przez Jana Pawła II w 2000 r., dotyczące używania do ewangelizacji siły, podczas gdy prawda ma przyciągać siłą samej prawdy.

- Jest w encyklice "Centesimus annus" Jana Pawła II fragment, w którym mówi on o fundamentalizmie. Utkwiła mi w pamięci rozmowa z Papieżem - byliśmy wtedy razem z Księdzem u Jana Pawła II i nie pamiętam, czy wtedy Księdzu o tym powiedziałem - w czasie której chciałem podjąć temat tego passusu, ale jakoś mi nie wychodziło. Chciałem rozmawiać na temat jednego, znajdującego się tam zdania, w którym Papież stwierdza, że religia katolicka jest inna*. Zawsze chciałem spytać, jak on to rozumie, biorąc pod uwagę, że w historii religia chrześcijańska była użytkowana w sposób fundamentalistyczny i że do dziś są odłamy, które chętnie do takiego używania religii katolickiej by wróciły. To taka moja nieodbyta rozmowa z Janem Pawłem II...

- Stanowisko Papieża wobec fundamentalizmu wydaje mi się tam całkowicie jasne.

- Tak, ale brak mi tych następnych zdań, mówiących o tym, co zrobić, żeby religia nie wracała do fundamentalizmu. Ciągle żałuję, że nie podjąłem tej rozmowy.

Pytanie o dzisiaj

- A dylematy dziś?

- Kiedy patrzę na to, co się dzieje po przemianach 1989 r., i na to, co było przed nimi, w opozycji legalnej i tej nielegalnej, to widzę tęsknotę za tym, żeby wreszcie było normalnie. Problem w tym, że kiedy przyszła normalność, okazało się, że ona też nie jest łatwa, że rodzi różne trudności; że czasem jest nudna, a czasem zbyt ciekawa w złym tego słowa znaczeniu, ponieważ zaczynają się w niej pojawiać różne demony. Mam nadzieję, że teraz, kiedy Polska jest członkiem Unii Europejskiej, przy zrozumiałej potrzebie troszczenia się o własne interesy, zrozumiemy konieczność czerpania z własnych korzeni, z naszej historii, by tę szansę wykorzystać - tak jak potrafiła to zrobić Polska Jagiellońska. Aby po okresie podziałów i sporów Polska była obecna w procesie kształtowania nowego świata europejskiego. Bez kompleksów i urazów. Do tego jednak potrzeba nam jakiejś wielkiej przemiany, przemiany głębokiej i na długą metę.

* Papież napisał "Centesimus annus", (n 29), że "w niektórych krajach pojawiają się nowe formy fundamentalizmu religijnego, który w sposób zawoalowany czy nawet otwarcie uniemożliwia mniejszościom wyznaniowym pełne korzystanie z przysługujących im praw obywatelskich czy religijnych, utrudniając im udział w życiu kulturalnym, ograniczając prawo Kościoła do przepowiadania Ewangelii i prawo ludzi słuchających tego przepowiadania do przyjęcia go i nawrócenia się do Chrystusa. Żaden autentyczny postęp nie jest możliwy bez poszanowania naturalnego i pierwotnego prawa człowieka do poznania prawdy i kierowania się nią w życiu". I w kolejnym zdaniu: "Z prawem tym wiąże się inne, będące jego zastosowaniem i pogłębieniem, mianowicie prawo do odkrycia i przyjęcia w sposób wolny Jezusa Chrystusa, który jest prawdziwym dobrem człowieka".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]