To teraz, kiedy nic się nie stało, będzie można oglądać mecze mistrzostw Europy bez stresu i głupich nadziei, dla czystej przyjemności obcowania z pięknem zespołowej gry, o ile ktoś takowe piękno widzi pod warstwą mdlącej nadbudowy reklam i szemranych interesów. Zaiste, Rzymianie, którzy w naszej potocznej wiedzy pełnią rolę antycznych żołdaków, chamów i brutali, byli bardziej sympatyczni ze swoimi cyrkami i jatką gladiatorów – przynajmniej nikt nie udawał, że chodzi o coś więcej niż tylko, żeby się paru niewolników efektownie zatłukło. Jutro kupi się nowych.
Tłuczenie, dźganie i podpalanie pozostaje, bo musi, strukturalną częścią każdych godnych swej nazwy igrzysk, tyle że zostaje wydelegowane poza obręb areny. Bywa jednak, że wojna kibiców przybiera formy symboliczne, choć nie mniej przez to okrutne i bolesne dla ofiary. Ostatnio w Dortmundzie policja zatrzymała przed meczem Włoch z Albanią parudziesięciu włoskich kibiców z nożami, ale to nie ta informacja (przyznajcie zresztą – banalna) obiegła media. Cały świat oglądał za to scenę, jak albańscy kibice łamią na pół paczkę spaghetti, mimo że zgromadzona po drugiej stronie ulicy garstka Włochów błaga ich na kolanach, żeby nie popełniali świętokradztwa.
Drama wydała mi się podkręcona, a rozpacz Włochów z lekka autoironiczna, ale świat się uśmiał i podał dalej, bo świetnie się to wpisało w pogląd, że ten naród ma fioła na punkcie reguł i tabu jedzeniowych. Ironia ironią, ale coś jest na rzeczy, do czego zaraz wrócimy, najpierw jednak spójrzmy chłodnym okiem na kwestię: czy jest jakiś obiektywny, fizykalny albo fizjologiczny problem z łamaniem spaghetti na pół? Jest: nie da się złamać kluski na dwie części, nawet nierówne: jeśli złapiecie za dwa końce i wygniecie, to w pewnym momencie pęknie na dwa duże kawałki i jeden albo więcej małych. Legenda głosi, że problem interesował samego Richarda Feynmana, ale ów na nim poległ...
Dopiero w 2005 r. francuscy badacze wyprowadzili właściwy model matematyczny (dostali za to IgNobla), a kilka lat temu tęgie głowy w MIT wreszcie zaproponowały, co zrobić, żeby kluska pękła na pół. W dużym uproszczeniu – trzeba ją przed wygięciem skręcić w osi wzdłużnej, powstała do tego nawet specjalna maszyna, nie szukajcie jej jednak na Amazonie, nikt jej masowo nie wyprodukował. Spaghetti to był tylko efektowny pretekst, badania równowagi statycznej pręta mają kolosalne znaczenie w technologii, choćby budowlanej.
A mogli mnie od razu zapytać i zaoszczędziliby miliony z grantu. Pamiętam wszak dokładnie z domu rodzinnego, a także z domu mojej ciotki, w którym narodziłem się kulinarnie, że kiedy się wiązkę (no bo nikt w kuchni nie łamał po jednej nitce) lekko skręci i dopiero wtedy zegnie, to spora część klusek pęknie na pół, choć na blat na pewno spadnie wam nieco drobnych odłamków. Tak, dobrze przeczytaliście, od dziecka oglądałem łamanie spaghetti i żaden piorun nie strzelił. Smakują tak samo, łatwiej się gotują jeśli macie mały garnek, łatwiej się nawijają, zwłaszcza kiedy się ma sześć lat i widelec z żółwikiem. Długie spaghetti piękniej wyglądają, kiedy zręcznie je nawiniemy, tworzą efektowne gniazdo, Instagram aż drży na stykach serwerów, tyle że tu mówimy o karmieniu się strawą, a nie lajkami.
Może inne włoskie tabu mają jakiś sens, ale to jest szczególnie irytujące i żałosne. Już to nieraz mówiliśmy: suchy makaron z pszenicy durum w tej formie, poza ulicami Neapolu (tak, ulicami, to się brało z ulicznego kotła i jadło rękoma z miski, nikt nie nawijał), wszedł na dobre do tworzącej się zbiorowej tożsamości Włochów ze sto lat temu. Żadna to więc ugruntowana świętość, raczej maska, która przykrywa niepewność poczwarkowatego narodu niemającego wielu wspólnych odniesień, a eksperyment ze zjednoczeniem zlepka skłóconych regionów w jedno państwo wydaje się zmierzać ku klęsce.
Im mniej potrafią dać światu rzeczy dobrych i ważnych, tym bardziej sprzedają siebie jako skansen, bo ludzie chętnie zapłacą za obłędnie piękne widoki i tych wesolutkich dzikusów, którzy machają rękoma, jeżdżą pod prąd i robią z jedzenia – skądinąd pysznego – pokraczną religię, carbonara senza panna madonna santissima. Nie dajcie sobie wciskać tandetnego szamaństwa, łamcie spaghetti i sypcie ser, gdzie popadnie. Ale kawa z mlekiem po obiedzie? No ja was proszę, bądźmy poważni, tego naprawdę nie wolno.
Jednym z przepisów, które wzięły się nie wiadomo skąd, ale już mają swój quasi-religijny status, jest puttanesca – nawet nieprzyzwoita nazwa, której nie wypada mi tu tłumaczyć, jest niejasnego pochodzenia. Na dużej patelni podgrzewamy na oliwie 2 ząbki czosnku, dodajemy pokruszoną papryczkę i 3 fileciki anchois. Po chwili, kiedy się rozpłyną, dodajemy garść dobrych czarnych oliwek, łyżkę kaparów (opłukanych z soli) i 300 g pomidorków koktajlowych. Dusimy na wolnym ogniu, aż zgęstnieje, przez co najmniej kwadrans, pod koniec dodajemy sporą ilość posiekanej natki, łączymy z gorącym spaghetti na patelni. Włoscy puryści zakazują dodawać sera i w tym wypadku wydaje mi się, że to ma sens. Spróbujcie sami, ja nie będę patrzył.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















