To kolejny – po dłuższej przerwie – tego typu incydent. W latach 2014-17 w Polsce i na Ukrainie doszło do kilkunastu aktów wandalizmu wymierzonych w miejsca pamięci ważne dla drugiej strony. Zapewne nie jest przypadkiem, że ten ostatni wydarzył się teraz – w momencie, gdy trwają rozmowy na temat odnowienia legalnych upamiętnień ukraińskich w Polsce. Szerszym tłem jest natomiast zniesienie w ubiegłym roku przez Kijów zakazu polskich prac ekshumacyjnych na Ukrainie. Decyzja ta była ważnym sygnałem gotowości do nowego dialogu z Warszawą.
Incydent w Monasterzu potępiło polskie MSZ, pisząc, że to „kolejne działania mające podważyć dobrosąsiedzkie relacje Polski z Ukrainą”, i że wpisują się w inne „próby skłócenia narodów Europy na tle historycznym”. Po stronie ukraińskiej wybrzmiał zaś racjonalny głos wiceszefa dyplomacji wzywający do tego, by w obliczu rosyjskich ataków propagandowych Polska i Ukraina połączyły siły i wspólnie stawiły im czoło. Warto przypominać, że poróżnienie Warszawy i Kijowa jest jednym z kluczowych celów Kremla w regionie, a historia służy tu jako ważny oręż.
Jednak same głosy nie wystarczą. Kolejnym krokiem powinno być doprecyzowanie dwustronnej umowy z 1994 r. o ochronie miejsc pamięci i miejsc pochówku, a także stworzenie praktycznych mechanizmów reagowania na prowokacje. Pozwoliłoby to na wypracowanie przez Polskę i Ukrainę swoistego „systemu immunologicznego” na takie incydenty. Inaczej kolejne akty wandalizmu będą tylko kwestią czasu – ze wszystkimi tego negatywnymi skutkami dla relacji dwustronnych. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















