Dymisja części ministrów ukraińskiego rządu oczekiwana była od dawna. Prezydent Wołodymyr Zełenski uzasadnił to potrzebą nadania gabinetowi „nowej energii”, choć ważniejsze było zademonstrowanie społeczeństwu, że mimo braku wyborów – niemożliwych w warunkach wojny – odbywają się ważne rotacje na najwyższych szczeblach. Łącznie parlament powołał aż dziesięciu nowych ministrów, co wynikało również z tego, że część resortów od wielu miesięcy pozostawała nieobsadzona.
Koncentracja władzy
Można powątpiewać, czy dokonane zmiany wpłyną na efektywność działania rządu. Natomiast z pewnością zwiększeniu ulegnie wpływ na jego pracę ze strony Biura Prezydenta. Administracja prezydencka jest dziś ważniejszym ośrodkiem władzy niż rząd, a jej szef Andrij Jermak jest politykiem znacznie potężniejszym niż premier Denys Szmyhal.
Najważniejsi z nowo powołanych ministrów są ludźmi Jermaka, zaś aż trzech z nich do niedawna było jego zastępcami w Biurze Prezydenta. Ukraińskie media nie bez kozery piszą o „rządzie Jermaka”. Na niekonstytucyjną koncentrację władzy w ośrodku prezydenckim, który kontroluje też parlament, od dawna z niepokojem patrzą społeczeństwo i partnerzy zagraniczni.
Stanowisko stracił też Dmytro Kuleba, od ponad czterech lat sprawujący funkcję szefa dyplomacji. Trudno odmówić mu w tym czasie efektywnej i wytężonej pracy dla swojego kraju. Kilka dni przed dymisją zasłynął jednak wyjątkowo niefortunnym wystąpieniem, w którym zrelatywizował zbrodnię wołyńska, przeciwstawiając jej akcję „Wisła” i nazywając polskie regiony południowo-wschodnie „terytorium ukraińskim”.
Destrukcyjny wpływ
W reakcji na to w Polsce od lewa do prawa odezwały się głosy oburzenia, w tym ze strony premiera Donalda Tuska, który stwierdził, że „rzetelna ocena tego, co stało się w czasie II wojny światowej, jest konieczna do tego, aby ułożyć dobre relacje polsko-ukraińskie”. Dodał też, że Ukraina nie zostanie członkiem UE bez polskiej zgody.
Emocje dotyczące historii po raz kolejny położyły się cieniem na stosunki dwustronne, pokazując beztroskie podejście Kijowa do tematu i tradycyjne lekceważenie polskiej wrażliwości. Ani Kuleba, ani władze ukraińskie nie są w stanie przekonująco wyjaśnić Polakom, dlaczego od ponad siedmiu lat utrzymywany jest zakaz poszukiwań i ekshumacji nie tylko pomordowanych w trakcie zbrodni wołyńskiej, ale w ogóle polskich ofiar wojen (np. także Września 1939 r.). Kijów najwidoczniej nie chce zrozumieć, jak destrukcyjny wpływ ma to na relacje dwustronne i wizerunek Ukrainy w Polsce.
Pierwsza rozmowa
Nowy szef ukraińskiego MSZ, Andrij Sybiha, jest jednym z niewielu ukraińskich decydentów najwyższego szczebla, którzy świetnie znają Polskę. Jako dyplomata spędził łącznie osiem lat w Warszawie i świetnie włada językiem polskim. Jest też zaufanym człowiekiem Jermaka, przez którego może mieć bezpośredni wpływ na prezydenta Zełenskiego.
Nie należy się spodziewać, że Sybiha dokona jakiejkolwiek rewolucji w ukraińskiej polityce zagranicznej. Ale optymistycznie można sądzić, że w trudnych sprawach polsko-ukraińskich wykaże się on większą subtelnością niż jego poprzednik. To, że pierwszym zagranicznym rozmówcą Sybihy był minister Radosław Sikorski, każe sądzić, że Kijów dostrzega potrzebę rozładowania złej atmosfery.
Naloty na miasta
Politycznym zmianom nad Dnieprem towarzyszyły zintensyfikowane w ostatnich tygodniach rosyjskie ataki rakietowe i dronowe na ukraińskie miasta, w tym szczególnie intensywne na Połtawę i Charków. Ucierpiał też Lwów, dotąd postrzegany jako względnie bezpieczny – zniszczonych zostało kilka zabytkowych budynków (Polska zadeklarowała pomoc w ich odbudowie).
Ostrzał infrastruktury cywilnej jest barbarzyńską zemstą Rosji za ukraińską okupację części obwodu kurskiego. Ukraińcy utrzymują się tam od ponad miesiąca, nieznacznie poszerzając kontrolowany teren. Rosjanie zaś mają problem z ich wyparciem, co dla Kremla generuje głównie problemy wizerunkowe.
„Operacja kurska” Kijowa nie zrealizowała bowiem kluczowego celu wojskowego, jakim było zmuszenie Moskwy do przerzucenia części sił z Donbasu na ten odcinek. Jednak z politycznego punktu widzenia odniosła spory sukces – nie tylko tworząc problem wewnętrzny dla Kremla, ale pokazując też Zachodowi, że siły ukraińskie są zdolne do działań zaczepnych na terytorium wroga.
Najważniejszą areną wojny niezmiennie pozostaje jednak front w Donbasie – dziś głównie okolice Pokrowska. Od kilku tygodni rosyjskie natarcie systematycznie postępuje, tworząc coraz większy problem dla obrońców. Dlatego na Ukrainie nie brakuje głosów krytyki, że kilkunastotysięczne zgrupowanie ukraińskie operujące w obwodzie kurskim bardziej przydałoby się dla wzmocnienia obrony w Pokrowsku.
Zachodnie głosy
Na Zachodzie z kolei wzmagają się głosy wzywające do rozmów. W ostatnią niedzielę dobitnie wyraził to kanclerz Scholz, mówiąc: „Przyszedł czas na poważne rozmowy dotyczące sposobów wyjścia z wojny i osiągnięcia pokoju szybciej, niż mogłoby się to wydawać”. Takie głosy będą zapewne coraz głośniejsze, także po listopadowych wyborach w USA i to niezależnie, kto zasiądzie w Białym Domu.
Łatwiej jest jednak mówić o potrzebie pokoju, niż do niego doprowadzić. Kreml doskonale to rozumie i w powracających zachodnich wezwaniach do negocjacji upatruje szansę dla siebie, by podyktować Kijowowi własne warunki zawieszenia ognia.
Autor jest dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















