Najpierw dwa głośne wydarzenia z ostatnich tygodni. Pierwsze: 3 czerwca, głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. Na agendzie wybór dwóch niestałych członków Rady Bezpieczeństwa, najważniejszego gremium ONZ. Wśród kandydatów Austria, Portugalia i Niemcy. Wynik głosowania: Niemcy odpadają. W Berlinie konsternacja. Prasa pisze o kompromitacji i karze za arogancję – oto dwa europejskie „średniaki” utarły nosa krajowi, który uchodzi za hegemona Starego Kontynentu.
Druga historia: 29 maja, w odpowiedzi na decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu ukraińskiej brygadzie imienia „Bohaterów UPA” Karol Nawrocki grozi odebraniem mu Orderu Orła Białego, a w Polsce wybucha polityczna burza. Powracają argumenty, że Ukraina z Banderą do Unii nie wejdzie. Premier Tusk podkreśla, że w obronie pamięci polskich ofiar nie damy się podzielić. Decyzja Zełenskiego jest celowo wymierzona w Polskę, piszą komentatorzy.
Te dwa wydarzenia tylko z pozoru nie mają ze sobą wiele wspólnego. Dotyczą różnych spraw, budzą różne emocje. Ale ich wspólnym mianownikiem jest to, że mogą ilustrować problem, który dziś – w 35. rocznicę historycznego traktatu między Polską a Niemcami – kładzie się cieniem na relacji obu tych krajów.
Polsko-niemiecki reset utknął w pół drogi
Tamten traktat już w pierwszym artykule podkreślał „świadomość odpowiedzialności europejskiej” jako najważniejsze wspólne zobowiązanie obu krajów. Wtedy jej wyrazem było dążenie do włączenia Polski do struktur europejskich, a Niemcy wsparły ten cel.
Jednak po akcesji Polski do NATO (1999 r.) i Unii (2004 r.) ambicje uczynienia z partnerstwa polsko-niemieckiego nowego koła zamachowego integracji, zgodnie z duchem traktatu i deklaracjami polityków, nie zostały zrealizowane. Nigdy nie było po temu sprzyjających warunków. Przeszkadzały spór o wypędzonych, asymetria sił, budowa gazociągu Nord Stream, głębokie różnice w podejściu wobec Rosji, antyniemieckość PiS-u.
Wyjątkowo korzystna, mogłoby się wydawać, konstelacja pojawiła się dopiero w końcu roku 2023. Niemcy stały już pod znakiem Zeitenwende – głębokiej reorientacji w polityce bezpieczeństwa i wobec Rosji, spowodowanej jej inwazją na Ukrainę. Zaczęły inwestować na potęgę w wojsko i odcięły się od Putina. W Polsce zaś po ośmiu latach znów do władzy doszedł Donald Tusk, deklarujący „powrót do Europy”.
Ale polsko-niemiecki reset utknął w pół drogi. Przyczyn tego można doszukiwać się w nierozwiązanych sporach o odszkodowania, reparacje i pomniki, w polskiej nadwrażliwości i niemieckim poczuciu wyższości. Jednak meandry polsko-niemieckiego sąsiedztwa trudno zrozumieć, nie uwzględniając także ich szerszego kontekstu. Jego wyrazem są wspomniane wcześniej dwa wydarzenia.
Warszawa i Berlin prężą muskuły, ale tracą pewność siebie
Symbolizują one bowiem kryzys polityki zagranicznej, który dotyka oba kraje – choć tu i tam skrywany jest nadmiarowym wypinaniem piersi i okresowym prężeniem muskułów.
Wprawdzie jest faktem, że Berlin zapowiada budowę największej armii w Europie, kanclerz Merz deklaruje gotowość do przywództwa europejskiego, Niemcy zaś z marudera stały się głównym sojusznikiem wspierającym Ukrainę w jej wojnie obronnej z Rosją. A Polska? Czyż nie wchodzi do G-20, grona największych gospodarek świata, i nie spodziewa się – jako najlepszy sojusznik USA – dodatkowych żołnierzy, może nawet ich stałej bazy? Czy jej wysiłki zbrojeniowe nie budzą uznania na świecie?
Jednak za kulisami tych sukcesów i ambicji kryją się niepewność i dezorientacja – i w Polsce, i w Niemczech. Dotychczasowe pewniki przestały obowiązywać, podczas gdy zręby nowych pomysłów wykuwają się w bólach. Polityka zagraniczna w obu krajach jest w stanie rozedrgania i przypomina stąpanie po lodzie.
Zarówno Niemcy, jak też Polska szukają (muszą szukać) nowego pomysłu na siebie w nowej i groźnej konstelacji geopolitycznej. Od tego, czy w tych poszukiwaniach znajdą formułę pozwalającą im na bliższą współpracę, opartą na zaufaniu, zależy bardzo wiele.
Bo to właśnie współpraca polsko-niemiecka jest dziś warunkiem rozwiązania kluczowych dylematów kontynentu: budowy obrony europejskiej wobec niepewności co do polityki Trumpa, przyszłego porozumienia pokojowego w Ukrainie i rozszerzenia integracji europejskiej na Ukrainę.
Niemcy znalazły się w kilku „punktach zero” naraz
Niemcy znalazły się na wirażu, bo runęły podwaliny świata, w którym radziły sobie lepiej od innych. „Niemiecki niepokój bierze się w istocie stąd, że nasz pozytywny autowizerunek, który wykształcił się w powojennych dekadach i potwierdzony został po zjednoczeniu, został wystawiony na szereg wstrząsów wynikających ze zmienionej rzeczywistości” – pisze Jörg Lau, znany komentator tygodnika „Die Zeit” i autor wydanej w tym roku książki „Der Westen sind jetzt wir” (pol. To my jesteśmy teraz Zachodem).
Na czym opierał się tamten dawny świat? Otóż po roku 1990 Niemcy były awangardą postnarodowego porządku zglobalizowanego świata. Ich tożsamość polityczna i model gospodarczy idealnie pasowały do reguł wolnego handlu, integracji, pokojowej współpracy i budowania współzależności gwarantujących stabilność i bezpieczeństwo.
Jörg Lau pisze o czterech „punktach zero”, w jakich znalazła się niemiecka polityka zagraniczna w ostatnich latach.
Europa po Ameryce. Niemiecki szok po Trumpie
Pierwszy dotyczy relacji atlantyckich. USA wycofują się z roli strażnika porządku, który tak dobrze służył Niemcom (i całej Europie). Więcej, pod wodzą Trumpa i jego potencjalnego następcy Vance’a Stany uznają, że filary tego porządku są sprzeczne z ich interesami i są gotowe je burzyć.
Choć w Polsce częste jest przekonanie o silnym antyamerykanizmie Niemców, to emocji tych nie należy mylić z celowym dążeniem do wyparcia USA z Europy lub zrywania więzów atlantyckich. Ameryka odegrała ogromną rolę w ukształtowaniu powojennych Niemiec, ich kultury politycznej i polityki zagranicznej. Dlatego szok spowodowany wizją postamerykańskiej Europy jest w Niemczech niemniejszy niż w Polsce.
Obecny kanclerz Merz już w dniu wygranych przez siebie wyborów zapowiadał, że budowa Europy bardziej niezależnej od Stanów będzie jednym z jego priorytetów. Wielu przyjęło to z zaskoczeniem. Przez całą wcześniejszą dekadę Niemcy – nie inaczej niż Polska – nie chciały słyszeć o (francuskich) pomysłach suwerenności europejskiej. Wolały oddawać się iluzjom, że pierwsza prezydentura Trumpa była tylko wypadkiem przy pracy.
W ten sposób nasi zachodni sąsiedzi znaleźli się w „punkcie zero” i dziś stoją przed pytaniem: co zrobić, aby uratować choćby okruchy porządku opartego na regułach i instytucjach?
Niemcy między wojną Putina a wojną w Gazie
Osiągnięcie drugiego „punktu zero” nastąpiło w momencie pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. W gruzach legła niemiecka Ostpolitik i towarzyszące jej przekonanie o szczególnej roli, jaką Niemcy mogą odegrać w modernizacji i westernizacji Rosji, oplatając ją siecią współzależności i współpracy.
Stało się odwrotnie – to Niemcy znalazły się w matni własnych iluzji, skompromitowane w oczach partnerów (w tym Polski) i wystawione na energetyczny szantaż Putina, czemu, owszem, były w stanie stawić czoło, ale ogromnym kosztem.
Jednak jakby tego było mało, niemal w tym samym czasie stało się oczywiste, że tradycyjne podejście niemieckiej polityki zderza się ze ścianą także w innym wymiarze. Ze względu na historyczną odpowiedzialność wobec narodu żydowskiego Niemcy zawsze kierowały się przekonaniem, że „Izrael jest niemiecką racją stanu”. Berlin unikał za wszelką cenę sytuacji, w której mógłby znaleźć się po drugiej stronie politycznej barykady niż Izrael.
W trakcie wojny w Gazie to bezwarunkowe poparcie przestało być oczywiste. Stało się moralnym i politycznym obciążeniem. Czy lojalność wobec Izraela miała zamknąć Niemcom usta w obliczu zbrodni, które armia izraelska popełniała na ludności cywilnej Gazy?
Niemcy – deklarujące, że stoją na straży polityki kierującej się wartościami, prawami człowieka i prawem międzynarodowym – nie były w stanie rozwiązać tego dylematu, wikłając się w sprzeczności i narażając na krytykę.
Chiński szok uderza w niemiecki model gospodarczy
Wreszcie ostatni „punkt zero”, czyli Chiny. Niemcy bardziej niż jakikolwiek inny kraj przeżywają dziś tzw. drugi szok chiński.
Pierwszy, na początku tego tysiąclecia, wiązał się z otwarciem rynku światowego na Państwo Środka oraz z jego błyskawiczną ekspansją, polegającą na staniu się zapleczem produkcyjnym dla gospodarek zachodnich. Wtedy z Niemiec i Europy zaczęły uciekać tanie miejsca pracy, a z Chin masowo napływać tandetne produkty.
Obecny, drugi szok grozi podstawom przemysłu europejskiego: Chiny zalewają rynek efektami swojej suto subsydiowanej nadprodukcji, i to w najbardziej zaawansowanych technologicznie sektorach, od których zależy dobrobyt i konkurencyjność Europy.
Podczas gdy Unia szuka odpowiedzi na to fundamentalne zagrożenie, Niemcy siedzą okrakiem. Z jednej strony są na celowniku chińskiej strategii, obliczonej na pełną dominację w kluczowych obszarach (np. przemysł samochodowy). Z drugiej, ich rozległe inwestycje w Chinach i zależność niemieckich firm od chińskiego rynku zbytu powodują, że Berlinowi z trudem przychodzi przestawienie się na bardziej konfrontacyjną politykę wobec Pekinu.
Czy Niemcy potrafią odbudować zaufanie Europy?
Przyznać trzeba, że Niemcy robią wiele, by odbić się od swoich „punktów zero”. Jednak ich polityka nie zawsze jest konsekwentna, a potrzeba też czasu, by zbudować do niej zaufanie.
Odwrót od Rosji jest autentyczny i głęboki: Berlin odciął się od rosyjskich surowców, pomaga Ukrainie, jak tylko może, był gotów skonfiskować na ten cel aktywa rosyjskiego banku centralnego, a największe firmy wycofały się z Rosji i nie zamierzają tam wracać.
Jednak najsilniejszą (w sondażach) partią jest dziś Alternatywa dla Niemiec, która stawia ten kierunek pod znakiem zapytania, a jej politycy odwiedzają Putina. W sprawie Stanów kanclerz Merz długo nie mógł się zdecydować, czy chce ugłaskiwać Trumpa (np. bagatelizując początkowo atak na Iran), czy też stawiać mu czoło (późniejsza krytyka wojny z Iranem).
Wynik głosowania nad niemiecką kandydaturą do Rady Bezpieczeństwa był w dużej mierze konsekwencją tyleż dystansu do Niemiec w krajach Globalnego Południa (dla nich kwestia Gazy jest kluczowa), co też niepewności co do trwałości i kierunku ich obecnej polityki spod znaku Zeitenwende.
Polska prawica straszy Niemcami, dyplomacja traci pole
Ta niepewność jest widoczna także w polskim nastawieniu do Niemiec. Czy niemiecki zwrot w kwestii Rosji będzie trwały? Czy na Niemcy można stawiać jako na partnera w polityce bezpieczeństwa? A przede wszystkim: jak przeciwstawić się cynicznej antyniemieckości polskiej prawicy, która na te uzasadnione pytania i wątpliwości ma jedną tylko odpowiedź – wymachiwanie straszakiem „Czwartej Rzeszy” i „niemieckiego kolonializmu”?
Niemożność ułożenia konstruktywnej relacji z naszym zachodnim sąsiadem, który – czy tego chcemy, czy nie – będzie nadal odgrywać kluczową rolę w Europe, jest sama w sobie ważnym elementem kryzysu polskiej polityki zagranicznej.
Nie byłaby nią w takim stopniu, gdyby nie fakt, że także relacje z – niemniej ważną dla nas – Ukrainą są dysfunkcjonalne (patrz spór o jednostkę imienia „Bohaterów UPA”). A to wszystko w kontekście autentycznego zagrożenia ze strony Rosji i redefinicji zaangażowania USA w Europie, które mają dla nas dalekosiężne konsekwencje. I to całkiem niezależnie od tego, ilu żołnierzy amerykańskich ostatecznie się w Polsce znajdzie.
Przede wszystkim zaś polska dyplomacja pozostaje zakładnikiem trawiącego nasz kraj konfliktu politycznego i coraz częściej jest sparaliżowana jego wszechogarniającym cieniem.
Umowa zamiast traktatu. Polska i Niemcy poniżej ambicji
Konsekwencje widać jak na dłoni. W rocznicę traktatu z 1991 r. podpisujemy z Niemcami – naszym najważniejszym sojusznikiem w NATO – tylko umowę między oboma resortami obrony. Umowę ważną (reguluje współpracę wojskową w ramach Sojuszu), ale jednak nieobejmującą wzajemnych gwarancji bezpieczeństwa. Nie ma ona tak doniosłego charakteru, jak zawarty w 2025 r. traktat z Francją czy niedawny traktat z Wielką Brytanią.
Powód? Prezydent Nawrocki odmówiłby zapewne ratyfikacji traktatu z Niemcami, a na awantury z antyniemiecką prawicą nikt nie ma ochoty.
Inny przykład: to Niemcy wyszły z propozycją nowego ułożenia relacji między Ukrainą a Unią Europejską, które byłyby kompromisem między koniecznością jej specjalnego potraktowania (ze względu na jej rolę dla bezpieczeństwa Unii) a ograniczeniami wynikającymi z kryteriów akcesyjnych. Cokolwiek by o tym pomyśle nie sądzić, Polska w tej kwestii milczy – bo temat ukraiński stał się u nas w kraju najwyraźniej zbyt toksyczny, by wystawiać się na ryzyko debaty politycznej na temat niekonwencjonalnych pomysłów.
Polska i Niemcy muszą uznać wspólny „punkt zero”
Poobijane kryzysami w polityce zagranicznej i osłabione turbulencjami w polityce wewnętrznej, rządy Polski i Niemiec nie są dziś w stanie stanąć na wysokości zadania, gdy idzie o zapisaną w traktacie z 1991 r. „świadomość europejskiej odpowiedzialności” jako wytyczną do wspólnego działania.
To smutna konstatacja, bo lepszych warunków do pogłębionej współpracy w polityce obronnej, polityce rozszerzenia czy w sprawach bilateralnych trudno się spodziewać.
Jednak tamto wspólne zobowiązanie pozostaje w mocy. Być może jego realizacja wymagałaby od polskich i niemieckich decydentów uznania, że także polsko-niemieckie relacje znalazły się w swoistym „punkcie zero”. Oraz że konieczna jest – po obu stronach – głęboka rewizja dotychczasowych założeń i oczekiwań.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









