Reklama

Po Merkel nie będzie rewolucji

Po Merkel nie będzie rewolucji

29.06.2020
Czyta się kilka minut
PIOTR BURAS, EUROPEAN COUNCIL ON FOREIGN RELATIONS: Dla Niemiec Unia Europejska była, jest i pozostanie fundamentalnym elementem tożsamości. Po Merkel nie będzie rewolucji.
PIOTR BURAS, EUROPEAN COUNCIL ON FOREIGN RELATIONS: / ARCHIWUM PRYWATNE
M

MARCIN ŻYŁA: Co się stanie w Niemczech po odejściu Angeli Merkel?

PIOTR BURAS: To zależy od jej następcy na stanowisku szefa partii i – przy założeniu dalszych rządów chadecji – kanclerza. Wiele wskazuje na to, że zostanie nim osoba nastawiona w najważniejszych aspektach polityki na kontynuowanie jej kursu. Z czterech kandydatów, o których dziś się mówi – obecnego ministra zdrowia Jensa Spahna, Norberta Roettgena z CDU, Armina Lascheta, premiera landu Nadrenia Północna-Westfalia, oraz Friedricha Merza, szefa grupy CDU/CSU w Bundestagu – tylko ten ostatni wyraźnie odcinał się od Merkel, zwłaszcza w polityce migracyjnej. Jeśli następnym kanclerzem zostałby szef bawarskiej CSU, Markus Söder, którego szanse ostatnio rosną, też nie należy spodziewać się rewolucji, zwłaszcza jeśli miałby rządzić z Zielonymi po wyborach w 2021 r. To dziś najbardziej realny scenariusz.

Głębsza zmiana mogłaby nastąpić np. w polityce bezpieczeństwa czy gospodarczej, gdyby do władzy doszła koalicja lewicowa. Niemniej konsensus polityczny jest w Niemczech nadal szeroki – choć w ostatnich latach nieco skruszał pod wpływem populistycznej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD).

A więc zero zmian?

Niekoniecznie. W czasie epidemii doszło do dwóch powiązanych ze sobą zwrotów, których nikt się nie spodziewał. Niemcy, które zawsze były nastawione na politykę zbilansowanego budżetu, zaakceptowały fakt, że zadłużenie się może posłużyć gospodarce. Proponując rozwiązanie, które posłużyło Komisji Europejskiej jako podstawa tzw. Instrumentu Odbudowy, uznały zaś, że solidarność europejska wymaga od nich wyższego wkładu do wspólnego budżetu. Ponadto Merkel, która do tej pory była przeciwna głębokim zmianom w Unii, zrozumiała, że są one potrzebne.

To ewolucja podejścia czy nie było innego wyjścia?

Gdyby nie pandemia, pewnie by do niej nie doszło. Ale to też efekt zmiany pokoleniowej wśród niemieckich polityków i ekonomistów. Od dłuższego już czasu dojrzewała myśl, że polityka ordoliberalna, czyli właśnie przywiązana do dyscypliny fiskalnej i budżetowej, tłamsi rozwój gospodarki. Pandemia spowodowała, że doszło do przełomu. Wydaje mi się, że będzie trudno wrócić do tamtego, poprzedniego myślenia.

W Niemczech ma to znaczenie, bo od wielu lat narzeka się tu, że kraj żyje tylko ze swojej „substancji”. Oczywiście, ma świetne wyniki gospodarcze, ale tzw. twarda infrastruktura – drogi, mosty, ale też np. digitalizacja – jest coraz bardziej zaniedbana. Jednocześnie Niemcy, mając gigantyczne nadwyżki, wciąż oszczędzali, zamiast inwestować pieniądze właśnie w infrastrukturę. Takie inwestycje pobudzałyby zresztą koniunkturę na całym kontynencie.

W ostatniej dekadzie XX i pierwszej XXI w. Niemcy były motorem rozszerzenia Unii. Potem odegrały ważną rolę w walce z kryzysem strefy euro, zwłaszcza w Grecji. Teraz, wspólnie z Francją, zaproponowały odbudowę Unii po kryzysie pandemicznym. Co pcha Berlin do takich działań?

Z perspektywy wielu krajów Unii rola Niemiec jest bardziej zniuansowana. Faktycznie, parły one do poszerzenia Unii na wschód, ale nie był to altruizm – leżało to w ich interesie ekonomicznym i geopolitycznym. I dziś niemiecki dobrobyt zależy w dużej mierze od państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Rolę Niemiec w walce z kryzysem strefy euro oceniano źle. Ostatecznie pomogły one Grecji, długo jednak zwlekały z decyzjami i upierały się przy krytykowanej dziś polityce zaciskania pasa, która wywołała kryzys gospodarczy i społeczny w krajach południa Europy.

Niemcy są jednak nadal pewne, że Unia Europejska jest ramą, w której mogą funkcjonować w świecie. Dla Wielkiej Brytanii Unia była jedną z organizacji międzynarodowych, w której, z powodów gospodarczych, warto było przez pewien czas działać. Francji Unia daje możliwość zwiększenia potęgi i siły. Dla Niemiec – była, jest i będzie jednym z fundamentów tożsamości.

I jakie ma to przełożenie na całą Wspólnotę?

Stąd bierze się dbałość Niemców o jedność Europy. Z drugiej strony, takie myślenie rodzi pułapki. Niemcy kapitalnie odnajdywali się w tym kształcie Unii, który funkcjonował przez ostatnie 10 czy 15 lat. Unia walutowa? Inni narzekali na euro, a oni radzili sobie świetnie. Rozszerzenie na wschód? Ekonomicznie tylko zyskali. W efekcie Niemcy stały się opoką status quo – krajem, który reagował na kryzysy Unii, starał się je przezwyciężać i brać odpowiedzialność za sytuację, ale tak naprawdę nie chciał zmian. Zmian, które – to okazało się po latach – są konieczne.

Dlaczego, pomimo stałej obecności w polityce skrajnie prawicowej AfD, populizm właściwie nie wszedł do niemieckiego mainstreamu?

To prawda, Niemcy – inaczej niż Francja, Hiszpania, Włochy czy Holandia – nie doświadczyły pod tym względem żadnego tąpnięcia. AfD ma stabilne 15 proc. poparcia. To niemało, ale jednak nie przekracza tego pułapu.

W powstrzymywaniu populizmu pomagała koniunktura ostatnich lat. Gdy inne kraje doświadczały poważnych problemów, Niemcy przeżywały najlepszy okres od zjednoczenia. Także Merkel trafiła w swój czas. Zaczęła rządzić w 2005 r., kiedy przez kraj przetoczyły się już najważniejsze debaty pozjednoczeniowe, problemy dotyczące tożsamości i reform gospodarczych. Gerhard Schröder, poprzednik Merkel, doprowadził do zmian rynku pracy i polityki socjalnej. Niemcy mieli dość napięć, sporów. Zeitgeist był taki, że potrzebny był spokój. A Merkel dobrze wyczuwa nastroje społeczne i za nimi idzie. Bywa za to krytykowana, daje jednak poczucie oparcia dużej części społeczeństwa, znacznie wykraczającej poza elektorat chadecji. To ogranicza potencjał ruchów radykalnych.

W 2015 r. podjęta podobnie szybko decyzja – o przyjęciu setek tysięcy migrantów i uchodźców – spowodowała powstanie ruchu protestu, który napędził skrajną prawicę. Czy po pięciu latach można już powiedzieć, jak tamten czas zmienił Niemcy?

Trudno mówić o bilansie, ponieważ ludzie, którzy wtedy przybyli do kraju, wciąż się integrują. To długi proces. Merkel mówiła wtedy Niemcom: „damy radę” – i rzeczywiście ostrożnie można powiedzieć, że dali radę. Masowa imigracja nie stała się najważniejszym tematem, który by kształtował dziś politykę niemiecką bądź ją dezorganizował.

Owszem, wzrost skrajnej prawicy jest najbardziej trwałym efektem tamtego kryzysu. Ale AfD jest najsilniejsza na wschodzie Niemiec. W Saksonii czy Brandenburgii popiera ją jedna trzecia mieszkańców. Nie jest to jednak spowodowane wyłącznie tematem migracji. Sytuacja jest tu bardziej skomplikowana, frustracja jest też następstwem poczucia, że mieszkańcy wschodu kraju są obywatelami drugiej kategorii.

Jakie zmiany w Unii są skłonne poprzeć Niemcy?

Nie mają rozbudowanej wizji Europy, która byłaby porównywalna choćby z pomysłami Macrona. W Niemczech dominuje skłonność do popierania stopniowych zmian, działania w reakcji na kryzysy. A także przekonanie, że Unia jest jak wielki tankowiec, którym trzeba sterować ostrożnie, bez wykonywania gwałtownych zwrotów. Niemcy są przekonane, że mają być w środku UE, gotowe na godzenie rozmaitych sprzeczności.

W lipcu zacznie się niemiecka prezydencja w Unii. Kluczowym tematem będzie nowy budżet. Już widać, że Berlin będzie nawigował pomiędzy tzw. krajami oszczędnymi – Holandią, Szwecją, Finlandią i Austrią – które nie chcą zgodzić się na zbyt szczodry budżet, a państwami najbardziej poszkodowanymi przez pandemię. Niemcy tradycyjnie będą sympatyzowały z tym pierwszym myśleniem, ale już teraz zadeklarowały, że będą też spełniać oczekiwania państw Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej.

Zanim wybuchła pandemia, głównym tematem niemieckiej ­prezydencji miała być polityka klimatyczna. Teraz, prócz spraw zdrowotnych, doszły jeszcze relacje z Chinami.

W ostatnich miesiącach w Unii zwyciężyło poczucie, że Europa musi zachować autonomię wobec Chin. Chodzi m.in. o zapobieganie wrogim przejęciom europejskich firm i ochronę wspólnego rynku przed przedsiębiorstwami subsydiowanymi przez Pekin. Przekonaliśmy się np., że branża farmaceutyczna oraz produkcja materiałów medycznych mają znaczenie strategiczne i powinny być chronione.

To kolejna dziedzina, w której Niemcy muszą przeskoczyć swój cień. Z wszystkich krajów europejskich mają największe związki gospodarcze z Chinami. Są w dużej mierze uzależnione od eksportu – zwłaszcza jeśli chodzi o przemysł samochodowy – ale i importu półproduktów, kluczowych dla chińskiej gospodarki. Jeśli Unia będzie na nowo kalibrować relacje z Chinami, same Niemcy muszą się też zmienić. Zresztą, to się już dzieje. Ostatnio rząd przejął pakiet kontrolny w firmie CureVac, która pracuje nad szczepionką przeciw COVID-19 – po to, aby uniemożliwić jej przejęcie przez Amerykanów lub Chińczyków.

A co z przyszłością stosunków ze Stanami Zjednoczonymi?

Niemcy są na celowniku Donalda Trumpa. Relacje amerykańsko-niemieckie są teraz najgorsze w powojennej historii. Trump uznał, że Niemcy są rywalem, i to ma konsekwencje dla UE, co widzimy choćby na przykładzie ubiegłotygodniowej wizyty prezydenta Dudy w Waszyngtonie – celem polityki Trumpa jest tworzenie w Unii napięć i podziałów.

Natomiast co do Rosji: Unia zdała sobie już sprawę z tego, że w stosunkach z Moskwą nie będzie zasadniczej zmiany, pozostaną one wrogie. Rosja nie chce realizować porozumień mińskich dotyczących Ukrainy, które dla Wspólnoty są warunkiem poprawy relacji. Merkel niepokoi fakt, że w polityce wschodniej pierwsze skrzypce zaczął odgrywać Macron – uważa, że jest on zbyt naiwny w relacjach z Rosją.

Adenauer zapoczątkował ­niemiecką przygodę ze zjednoczoną Europą, Brandt jednał się z Europą Wschodnią, Kohl doprowadził do zjednoczenia kraju. Co za jakiś czas powiemy o Angeli Merkel?

Jej era obfitowała w wiele przełomowych wydarzeń – rezygnację z energii atomowej, zniesienie obowiązku służby wojskowej, kryzys migracyjny. Trudno natomiast wyróżnić jeden wspólny mianownik, symbol rządów. Jest jak świetna, ciesząca się zaufaniem zarządczyni dobrze funkcjonującego folwarku. Właśnie w ten sposób jest teraz w dużej mierze w Niemczech postrzegana i za to ceniona.

Istotne są też ostatnie wydarzenia. Jeżeli na koniec swoich rządów Merkel uda się doprowadzić do przyjęcia unijnego budżetu w wersji, którą zaproponowała z Macronem, jeśli zapobiegnie wpadnięciu przez Unię w głęboką recesję po pandemii, będzie to „kropka nad i” jej rządów. I zapewne – jej największe dokonanie. ©℗

PIOTR BURAS jest dyrektorem warszawskiego biura międzynarodowego think tanku European Council on Foreign Relations. Zajmuje się m.in. problematyką Niemiec i Unii Europejskiej.


Polecamy również pierwszą część z cyklu Nasza wspólna Europa. Diagnozy >>>


Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]