Tylko Kraków potrafi dać uroczystościom tak godną i niewymuszoną oprawę. Od wczesnego rana w sektorze otwartym dla wszystkich coraz więcej ludzi, miejscowych i z różnych stron Polski. Sektory z miejscówkami zapełniają się później. W sobotę kolejka po karty wstępu zdawała się nie mieć końca.
Rynek wypełniony po brzegi. Oblicza się, że na Rynku, okolicznych ulicach, na Błoniach i przy Sanktuarium w Łagiewnikach uczestniczyło w pogrzebie ok. 150 tys. osób. Do wnętrza Bazyliki Mariackiej wpuszczano tylko członków rządu, zagraniczne delegacje rządowe (przybyli m.in. prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, prezydent Niemiec Horst Koehler, prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz, prezydent Czech Vaclav Klaus, prezydent Łotwy Valdis Zatlers, prezydent Litwy Dalia Grybauskaite; wg MSZ byli delegaci z 18 krajów), biskupów, rodzinę i przyjaciół rodziny. Przywiezione około godz. 9 rano do Krakowa trumny stały przed ołtarzem.
Procesja biskupów w mitrach i białych, żałobnych infułach nadeszła o 13.50 od strony placu Mariackiego. Biskupi jeszcze nie zdążyli wejść do świątyni, kiedy przed bazylikę zajechał sznur autokarów, wiozących członków rządu i zagraniczne delegacje. Kiedy biskupi zdążyli zająć miejsca, bocznym wejściem weszli nowo przybyli. Było to wszystko doskonale zsynchronizowane. Powitalne przemówienie kardynał Dziwisz rozpoczął niemal z wybiciem zegara.
Urzekające jest piękno pogrzebowej liturgii. Połączenie poruszającej muzyki, śpiewów, pełnych nadziei biblijnych tekstów, spokojne gesty i powolny rytm ceremonii niosą uspokojenie i pobudzają do refleksji. Nawet - umieszczone na obrzeżach nabożeństwa - przemówienia nie są w stanie zakłócić tego klimatu, choć niekiedy jest w nich inny rytm. Liturgia kieruje uwagę ku Bogu. Mówcy (czasem) są bardziej ziemscy. Jeden z nich w żarliwym przemówieniu wpadł w ton niemal litanijny: "prezydencie wartości! żołnierzu prawdy!..." - wołał. Ale choć było to przed ołtarzem, to jednak po zakończeniu wielkiej, liturgicznej modlitwy.
Kardynał Dziwisz w zwięzłym słowie powitalnym wiele miejsca poświęcił Rosji: 70 lat temu Katyń oddalił dwa narody, a ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało się zabliźnić bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra, tkwiących w osobach i narodach. Współczucie i pomoc, jakiej doświadczyliśmy w tych dniach od braci Rosjan, ożywia nadzieje na zbliżenie i pojednanie naszych dwóch słowiańskich narodów. "Te słowa kieruję do pana prezydenta Rosji" - dodał, zwracając się do siedzącego w stallach przy ołtarzu Dmitrija Miedwiediewa.
Ten wątek był też obecny w odczytanej przez Nuncjusza homilii nieobecnego (z powodu pyłu wulkanicznego) papieskiego legata kard. Angela Sodano. O ile ks. kard. Dziwisz mówił jasno, rzymski kardynał rzecz artykułował w typowym watykańskim stylu dawnej epoki: "Polacy - mówił - zawsze potrafili właściwie zareagować na czas próby oraz odnajdywać drogę do lepszego społecznego współistnienia i do wielkiej narodowej jedności". Apelował o "umocnienie w Europie i na całym świecie więzów przyjaźni i współpracy między narodami".
Przemówienia były niejako podsumowaniem, a poniekąd powtórzeniem tego, co powiedziano wcześniej. Zgromadzeni na krakowskim Rynku słuchali wszystkich tych słów w skupieniu.
Czasem reagowali (słabymi, trzeba przyznać) oklaskami, uczestniczyli we Mszy św.: wstawali, klękali, przekazali sobie z uśmiechem na twarzy znak pokoju. Wielu przystąpiło do komunii św.
Liturgię jednak mogli oglądać tylko na bladych w świetle słońca wielkich telebimach. Trudno pojąć, czemu od Mszy św. zostali odcięci murami kościoła Mariackiego. Dlaczego nie można było ołtarza ustawić przed frontonem kościoła? Parlamentarzyści, wysocy urzędnicy, rektorzy uniwersytetów w ciężkich (w tym upale!) togach, pielgrzymi, którzy z trudem uzyskali karty wstępu na Rynek - nie widzieli ołtarza, widzieli telewizyjne jego majaczenie na ekranie, nie słyszeli muzyki, śpiewów, lecz tylko podchwytywany jak echo przez kolejne głośniki, zdeformowany głos przekazany przez te instalacje. Ale nikt nie narzekał.
Kiedy zakończyła się liturgia i miano wynieść z bazyliki trumny, by je umieścić na lawecie armaty, tłumnie ruszono ku barierkom. Wzruszający odruch, żeby być bliżej, bo przecież doprawdy nie po to, by trumny oglądać. Potem kondukt (szli w nim tylko ci, którzy byli w bazylice, nie tłumy) dotarł na wysokość kościoła św. Idziego; wtedy nad Wawelem rozległ się głos Zygmunta. O nim długo mówił marszałek Komorowski, że odzywa się w wielkich dla narodu chwilach, chwilach bolesnych i chwilach radosnych.
W centrum prasowym, kiedy tam poszedłem, nie mogąc iść na Wawel - było pustawo. Rosyjskie dziennikarki z wielkim przejęciem borykały się z identyfikowaniem uczestników pogrzebu, pokazywanych na zdjęciach w internecie. Na pustych dotąd ulicach widać było grupki ludzi z plecakami, idące w kierunku krakowskiego dworca.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















