Pochwała różnorodności

"Paw królowej Masłowskiej, "Ta chmura powraca Matywieckiego, "Wszystkie języki świata Mentzla, "Warunek Rylskiego, "Dwukropek Szymborskiej, "Wołoka Wilka i "Lubiewo Witkowskiego to tegoroczne książki-finalistki Nagrody Nike. Która z nich zwycięży? I co oznacza taki wybór?.

04.09.2006

Czyta się kilka minut

 /
/

Nagroda przyznana zostanie w tym roku po raz dziesiąty i od dziesięciu już lat rytualnie narzekamy na jej regulamin, który każe konkurować książkom gatunkowo zupełnie nieporównywalnym - bo to i wiersze, i powieści, i dramaty, i eseje, i reportaże, i publicystyka, i dzieła stricte naukowe. Tym razem jury układając finałową listę ograniczyło się do dwóch gatunków: poezji (Szymborska i Matywiecki) i prozy artystycznej (Rylski, Mentzel, Witkowski, Masłowska, a także Wilk - u którego warstwa reportażowa splata się z bardzo świadomą i przemyślaną kreacją językową). I co? I znów kłopot, bo książki z tegorocznej listy są tak odmienne i osobne, że porównywać je niezmiernie trudno.

Od razu przyznam: dla mnie rozwiązaniem najbardziej oczywistym byłoby przyznanie Nike Wisławie Szymborskiej. Nie "za całokształt", ale za ten konkretny tom: za siedemnaście pięknych wierszy, które korespondują ze sobą, tworząc spójną całość, rozpisaną na poszczególne utwory medytację o przygodzie człowieczego istnienia, o naszym byciu w czasie, o śmierci. I za ów gest, którego znakiem jest tytuł książki i ostatni w niej wiersz, kończący się dwukropkiem właśnie. Dla mnie bowiem - odczytania mogą tu być różne - jest on gestem otwarcia, gotowości przyjęcia tego, co nowe i nieznane.

Czy jednak noblistów powinno się honorować nagrodami literackimi niższego bądź co bądź rzędu? Wątpliwości tego rodzaju pojawiły się, gdy w 1998 r. Nike przyznano Miłoszowi za "Pieska przydrożnego". Trzy lata później poeta zażądał, by jury nie brało pod uwagę tomu "To", książki od "Pieska" niewątpliwie ważniejszej. Później zmieniono regulamin nagrody, odbierając pisarzom prawo do podobnego weta. Echa tamtych sporów, a także wyrażany często sąd, że Nike nie powinna być tylko potwierdzeniem hierarchii oczywistych, mogą mieć jednak wpływ na tegoroczny wybór zwycięzcy.

Piotr Matywiecki (rocznik 1943) trafił do siódemki jako drugi z poetów (nie znaleźli się w niej Urszula Kozioł z "Suplikami", Ewa Lipska ze świetnym tomem "Gdzie Indziej", Adam Zagajewski z "Antenami", najlepszą chyba swoją książką poetycką od lat kilkunastu, i Jacek Podsiadło z "Krą"). Miasto i pamięć, obcowanie żywych i umarłych w świecie dotkniętym Zagładą - to zasadniczy bodaj temat zbioru "Ta chmura powraca". "Wiersz Matywieckiego wciska się w pustkę, jaka pozostała po nieobecnych" - pisał w "ResPublice" Marek Zaleski. "Idzie na śmierć Bóg przezroczysty, / a z Nim mnóstwo czasu, / żeby się przyjrzeć wszystkiemu" - czytamy w jednym z wierszy. A inny, bardzo krótki, który dał tytuł całości, brzmi tak: "Ta chmura powraca co roku -

/ została żebraczką proszącą o czyjeś oczy. / Nikt jej nie widzi".

Pośród prozaików mamy w tym roku przedstawicieli kilku pokoleń i rozległe spektrum form. Eustachy Rylski (rocznik 1944) debiutował jako czterdziestolatek tomem "Stankiewicz. Powrót", publikuje rzadko i niewiele. Jego "Warunek", powieść rozwijająca pomysł fabularny wykorzystany kiedyś przez Conrada w noweli "Pojedynek" - dwóch obcych sobie mężczyzn złączonych węzłem absurdalnego pojedynku - i osadzona, jak u Conrada, w realiach epoki napoleońskiej, uznana została przez niektórych krytyków za arcydzieło. Marta Wyka pisała u nas nieco ostrożniej, że książka Rylskiego "pozwala odbudować wiarę krytyczną w sztukę opowiadania, w sztukę budowania powieściowej intrygi, a także psychologicznych zagadek". Istotnie powściągliwa, mocna, szlachetnie konserwatywna narracja "Warunku" robi wrażenie; tyle że wagę tego balladowego traktatu o wojnie, polskości i właściwej dla niej potrzebie mitu osłabiają trochę elementy rodem niby z romansu gotyckiego.

Zbigniew Mentzel (rocznik 1951) czytelników także nie rozpieszcza; "Wszystkie języki świata" to jego debiut powieściowy. Autobiograficzna materia wykorzystana w nim została do zbudowania konstrukcji z pozoru chaotycznej, a w istocie precyzyjnej jak ów dziewiętnastowieczny zegarek firmy Czapek, pamiątka rodzinna, dzięki której narrator zdobywa swoje żoliborskie mieszkanie. Wydarzenia jednego dnia stanowią punkt wyjścia do wyprawy w przeszłość, będącej zarazem drogą samopoznania i świadectwem narodzin pisarza. Dygresyjna opowieść - Marek Zaleski porównał w "Tygodniku" Mentzla do Sterne'a - znakomicie oddaje zarówno realia peerelowskie, jak i obraz czasów nam współczesnych, jest wyrafinowana stylistycznie i zabawna, a zarazem miejscami dramatyczna i - wstyd powiedzieć - po prostu wzruszająca.

"Wołoka" Mariusza Wilka (rocznik 1955) to druga, po "Wilczym notesie", a przed wydanym w tym roku "Domem nad Oniego", część zapisu jego życiowej przygody, a zarazem pewnego dość niezwykłego projektu pisarskiego. Autor od kilkunastu lat przebywa w Rosji - najpierw mieszkał na Wyspach Sołowieckich, potem w Karelii, dziś na półwyspie Kola - i fascynację rosyjską (a także ugrofińską) Północą przenosi w prozę, brnąc zarazem coraz odważniej w eksperyment polegający na ponownym wszczepianiu w polszczyznę zapomnianych, a wspólnych z ruszczyzną słów, na budowaniu nowej językowej jakości. Ów "Wilczy volapük", jak go nazwał Jerzy Giedroyc, który pierwszy zaczął Wilka drukować, a nawet uczynił go korespondentem "Kultury" na Sołowkach, jednych fascynuje, innych odpycha, a kolejne książki autora "Wołoki" budzą prawdziwie skrajne emocje.

Emocje jeszcze większe, choć innego rodzaju, towarzyszyły ukazaniu się "Lubiewa" Michała Witkowskiego (rocznik 1974). Ta świetna, brawurowa proza wprowadza bowiem do polskiej literatury temat wcześniej w niej właściwie nieobecny. "Witkowski z impetem i bezwstydem wpuścił na jej pokoje obleśnego pedała i wymuskanego geja" - pisał w naszej ankiecie "Dla kogo Nike?" zachwycony "Lubiewem" Karol Maliszewski. Przy czym, dodajmy, właściwym bohaterem tej książki jest właśnie "obleśny pedał" czy raczej "ciota" - opętany seksem, "przegięty", mówiący o sobie w rodzaju żeńskim. Piotr Gruszczyński w "ResPublice" nazwał to "Proustowskim westchnieniem za dawną Sodomą". Poznajemy świat egzotyczny, odpychający, często żałosny. Margines? Tak, ale to margines naszego przecież świata, a to, co Witkowski pisze o rezerwie, z jaką jego bohaterowie traktują czasy wielkiej zmiany, o ich tęsknocie za odeszłym w niebyt Peerelem, nie odnosi się tylko do "ciot". Słuch zaś językowy autora, ale i jego umiejętności kreacyjne - są niezrównane.

I jeszcze Dorota Masłowska. "Paw królowej" dowiódł, jak bardzo mylili się ci, którzy po "Wojnie polsko-ruskiej..." uznali ją za autorkę jednej książki, "cudowne dziecko", które nic już nie napisze. Owszem, napisała: zjadliwą i śmieszną, autoironiczną (bo siebie umieściła wśród bohaterów) powiastkę o tandetnym świecie współczesnych mediów i szołbiznesu, o pułapce "mechanizmów promocyjnych". Sięgnęła po pokraczny język, jakim się posługują ludzie działający w tej branży, przełamując go rytmem rapu. Umiał to docenić nawet Stanisław Lem, skądinąd lekko w książce ukłuty, choć odstręczała go rzeczywistość przez Masłowską przedstawiona ("jakby ktoś motorówką usiłował podróżować w kanale"). Ale literatura ma przecież między innymi poszerzać nasze pole widzenia - i odnosi się to także do Witkowskiego, choć szanuję tych, którzy zaglądać w pewne rejony po prostu nie mają ochoty.

Ktoś może się zżymać na eklektyzm tej listy. Po pierwsze jednak skład jury jest co najmniej równie różnorodny jak tegoroczni finaliści i ustalanie ostatecznego kształtu listy musiało być kompromisem, przynoszącym nieoczekiwane czasem rezultaty. Po drugie zaś obowiązkiem krytyka - jak przekonywał przed laty Jerzy Kwiatkowski, jeden z najznakomitszych u nas przedstawicieli krytycznej profesji - jest właśnie otwartość na różne stylistyki i różne dykcje, szeroka wrażliwość estetyczna, umiejętność dostrzeżenia wartości także w dziele, które skądinąd nas odpycha.

"Poezja Wojaczka jest mi obca" - stwierdzał Kwiatkowski kategorycznie w jednym ze szkiców, następnie wyłuszczał szczegółowo, czego w niej nie lubi, by podsumować wywód zdaniem: "Wszystko to nie znaczy bynajmniej, żebym w Rafale Wojaczku nie widział jednego z najwybitniejszych poetów jego generacji". Rzadko dziś spotyka się taką postawę, a szkoda. Dlatego chwalę decyzję jury, choć żal mi niektórych pominięć. Kto zaś w tym roku otrzyma Nike? Zobaczymy już za miesiąc.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Ur. 1955 w Krakowie, absolwent prawa i historii sztuki na UJ, w latach 1980-89 w redakcji miesięcznika „Znak”, od 1990 r. w redakcji „TP”, na którego łamach prowadzi od 1987 r. jako Lektor rubrykę recenzyjną. Publikował również m.in. w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2006