PiS zapatrzony w Niemcy

Antyniemieckie kampanie rządu służą tylko dwóm celom: stawianiu pod pręgierzem przeciwników w Polsce i zwróceniu na siebie uwagi Berlina.

30.07.2019

Czyta się kilka minut

Ursula von der Leyen i Mateusz Morawiecki w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Warszawa, 25 lipca 2019 r. / ADAM CHEŁSTOWSKI / FORUM
Ursula von der Leyen i Mateusz Morawiecki w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Warszawa, 25 lipca 2019 r. / ADAM CHEŁSTOWSKI / FORUM

Kiedy Donald Tusk został ponownie wybrany na prezydenta Rady Europejskiej, pisowska propaganda kreowała go na proniemieckiego polityka i marionetkę Angeli Merkel. Gdy po raz pierwszy od czasów Waltera Hallsteina znowu na czele Komisji Europejskiej zasiądzie ktoś z paszportem niemieckim, premier Morawiecki świętuje to jako zwycięstwo, bo „głosy Prawa i Sprawiedliwości były języczkiem u wagi”.

Dlaczego lepsza od Tuska ma być zaufana koleżanka Angeli Merkel, która głosowała za równouprawnieniem małżeństw homoseksualnych, zapowiadała bezkompromisową obronę praworządności w UE, poświęciła walce ze zmianami klimatycznymi (a więc z energetyką opartą na węglu) największą część swojego przemówienia w Parlamencie Europejskim, a nie mówiła nic ani o wartościach chrześcijańskich, ani o Nordstream 2? Zdzisław Krasnodębski tuż po tym przemówieniu słusznie określił ją w rozmowie z niemiecką telewizją jako federalistkę, to znaczy osobę, która zmierza do wzmocnienia instytucji ponad- narodowych i nadania UE więcej kompetencji kosztem kompetencji państw członkowskich. To dokładne przeciwieństwo tego, czego PiS domaga się od lat.

Jeśli zagubieni w tej logice zwolennicy obozu rządowego zastanawiali się nad tymi sprzecznościami, to usłyszeli jeszcze bardziej karkołomne tłumaczenie: bo von der Leyen bardziej niż Niemką, jest konserwatystką. Czy europosłowie PiS faktycznie głosowali za nią z tego powodu?

Dlaczego wyjechali?

Opozycja i niechętne rządowi media tłumaczą te sprzeczności w prosty sposób: politycy PiS są niekompetentni w polityce zagranicznej, którą podporządkowują polityce wewnętrznej, a partia wysłała swoją wierchuszkę do Brukseli, aby mogła dobrze zarabiać. Zapewne jest w tym jakaś prawda, jeśli faktycznie Jarosław Kaczyński, negocjując z sekretarzem CDU Paulem Ziemiakiem ratowanie kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą jednej z komisji PE, przeoczył pewien gruby szczegół: w tej komisji chadecy nie mają większości. Ziemiak, cokolwiek by chciał obiecać, i tak nie byłby w stanie tego dotrzymać. Czy Kaczyński nie miał się z kim konsultować? No właśnie...


Czytaj także: Olaf Osica: Jeszcze Unia nie umarła


Argument, że liderzy PiS uciekli do Brukseli za wyższymi zarobkami, jest natomiast trudny do obrony. PiS posiada w tej chwili tak rozległe wpływy w gospodarce, tak szeroki dostęp do funduszy banków państwowych, może obsadzać tyle rad nadzorczych, że możliwości zarabiania dla czołowych polityków w kraju są na pewno większe niż w PE. Tym bardziej że krajowe źródła dorabiania nie podlegają unijnym kontrolerom, tylko policji, prokuraturze i służbom, które PiS już sobie podporządkował.

Więc dlaczego partia rządząca tak spustoszyła szeregi swojego kierownictwa i rządu, wysyłając sporo pierwszoplanowych polityków do Brukseli, mimo że wielu z nich nie mówi obcymi językami, nie ma doświadczenia w polityce zagranicznej i niewiele wie o UE? W Polsce krążą na ten temat dwa wytłumaczenia: że krył się za tym plan, aby skutecznie walczyć z marginalizacją Polski w instytucjach unijnych i zakończyć konflikt o praworządność w sposób dla rządu korzystny. Jeśli taki był plan, to całkowicie zawiódł już teraz i obnażył przykry fakt, że ci sami politycy, którzy w Polsce wiele mogą (wygrać wybory i utrzymać poparcie w sondażach na stabilnym poziomie), w Brukseli są całkowicie bezradni i zagubieni, niczym Beata Szydło po głosowaniu w swojej komisji.

To było do przewidzenia, choć niekoniecznie dla samych zainteresowanych. Mogli zakładać, że w Brukseli uda im się powtórzyć sukcesy, które odnieśli w kraju. Świadczyłoby to zresztą też o tym (i jest z kolei sprzeczne z narracją opozycji), że PiS traktuje Unię bardzo poważnie i wcale nie zamierza Polski z niej wyprowadzić, lecz postarało się na nią wpływać od wewnątrz.

Drugie tłumaczenie jest i śmieszniejsze, i straszniejsze: że to wcale nie kierownictwo PiS wysłało kwiat swojego ugrupowania na pożarcie brukselskich elit, lecz ci politycy sami się o to ubiegali z obawy przed utratą władzy i przywilejów po jesiennych wyborach do Sejmu. To by oznaczało, że w tej chwili wszyscy – obóz rządowy i opozycja – wierzą, że te wybory przegrają, z tą różnicą tylko, że rządzący byli o tym już przekonani przed wyborami europejskimi, a opozycja dopiero po nich. Stawiałoby to obserwatorów polskiej sceny politycznej przed kłopotliwym pytaniem: czy na polskim statku został jeszcze ktoś, kto nie wierzy, że statek tonie? Owszem – i jest to Donald Tusk. W ostatnich miesiącach, kiedy negocjował pakiet obsad czołowych instytucji UE dla Rady Europejskiej, miał doskonałą okazję, aby sobie załatwić posadę na przyszłość, ale tego nie zrobił. Skoro jest za młody na emeryturę, widocznie szykuje swój powrót do krajowej polityki.

Taką mamy orientację

Przegrana PiS jest jednak w tej chwili mało prawdopodobna i kolejne porażki w Brukseli w tym nic albo bardzo niewiele zmienią. Przecież – poza kilkudziesięcioma ekspertami, polskimi dziennikarzami w Brukseli i dość hermetycznym światem polityków – Polaków ani grzeje, ani ziębi kwestia, czy Beata Szydło została przewodniczącą jakiejś komisji w PE i ile polityków z krajów wyszehradzkich lub z Polski dostaje się na wysokie stanowiska w brukselskich urzędach. Statystyczny obywatel nie odróżnia ich od agend NATO, Rady Europy albo ONZ.


Czytaj także: Andrzej Stankiewicz: Wymarzona wojna Prezesa


To, co się teraz stało w Brukseli, ma więc nikłe znaczenie dla wyborów w Polsce. Ale ma znaczenie dla pozycji Polski na świecie i jej funkcjonowania w UE. Karkołomne próby przemianowania niemieckiej polityczki, która popiera protesty w obronie niezależności sądownictwa, jest za „małżeństwem dla wszystkich”, popiera liberalizację aborcji i równouprawnienie kobiet, na pozbawioną atrybutów narodowych konserwatystkę może śmieszyć, ale ma nieco głębsze tło i poważne następstwa.

Od dawna PiS marzy o tym, by stać się i zostać uznanym przez innych za „normalną europejską partię konserwatywną”. Próby zbliżenia się do chadecji niemieckiej i austriackiej spełzły już na niczym w latach 90., ale w PiS nadal wielu o tym marzy. Można się oczywiście pytać, dlaczego partia, która w swoich mediach prowadzi antyniemieckie kampanie i swoich przeciwników nazywa agentami niemieckimi, jako główny punkt odniesienia bierze zawsze Niemcy, tamtejsze partie i obyczaje, a nawet swoją reformę sądownictwa próbuje uzasadnić przykładami z Niemiec. Ale tak już jest. Bardziej niż jakakolwiek inna partia w Polsce, PiS jest zapatrzony w Niemcy.

Antyniemieckie kampanie prawie zawsze służą dwóm celom: stawianiu pod pręgierzem przeciwników w Polsce i zwróceniu na siebie uwagi w Niemczech. Ale to drugie udaje się bardzo rzadko, co budzi niekończące się frustracje. Na razie nawet Alternatywa dla Niemiec nie daje się prowokować (skądinąd to jedyna partia o zbliżonym do PiS programie, choć ma diametralnie inne wyobrażenia o stosunkach z Rosją niż PiS i jej niemiecki nacjonalizm jest trudny do pogodzenia z naszą polityką historyczną). A kiedy już ktoś zauważa PiS w Niemczech, to przyczynia się do dalszej izolacji tej partii i utwierdza wszystkie negatywne wrażenia o niej wśród niemieckich elit. Być może PiS negocjowałby teraz przystąpienie do Europejskiej Partii Ludowej (czyli konserwatywnej, chadeckiej „rodziny” w Parlamencie Europejskim) nawet wbrew protestom PO, gdyby nie frontalny atak rządu na niezależność sądownictwa, który spowodował, że Jarosława Kaczyńskiego wymienia się teraz w europejskich debatach politycznych jednym tchem nie tylko z Wiktorem Orbánem, ale i z Recepem Erdoğanem.

Trzeba więc było robić dobrą minę do złej gry i nazwać utratę niemal wszystkich wyższych stanowisk zwycięstwem, dlatego von der Leyen przemianowano na konserwatystkę. Ten zabieg sugeruje, że PiS jest podobny do niemieckiej chadecji, a nie żadną wykluczoną z salonów partią „prawicowo-populistyczną” albo „konserwatywno-narodową” (tak ją określają niemieckie media), lecz taką normalną, europejską, konserwatywną prawicą.

Skądinąd, jeśli teraz partia Kaczyńskiego zamierza prowadzić kampanię wyborczą, odwołując się do haseł walki z LGBT, być może pozwoli to na skuteczną mobilizację twardego elektoratu, ale doprowadzi do izolacji jej nawet w gronie partii prawicowo-populistycznych w Europie. W kierownictwie AfD zasiada lesbijka, która z partnerką adoptowała dzieci, a wszystkie partie i ruchy prawicowo-populistyczne w Holandii głosiły hasła antyislamskie, uzasadniając to brakiem tolerancji muzułmanów wobec tego, co w Polsce teraz nazywa się „ideologią LGBT”.

Imposybilizm czy godzenie skrajności

Wbrew pozorom nie jest to tylko wizerunkowy problem PiS – między- narodowa izolacja partii odzwierciedla bowiem polaryzację wewnątrz Polski i w UE. Te warstwy społeczne, które w Polsce powodują, że PiS jest obecnie hegemonem na scenie partyjnej, istnieją też w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, ale na zachodzie Europy są przeważnie o wiele słabsze, ­ponieważ tam brakuje społecznego zaplecza dla takiej polityki. Znalezienie kompromisu między interesami wielkomiejskich mieszczan i arcykonserwatywnych mieszkańców prowincji jest już w samej Polsce prawie niemożliwe. Zwłaszcza że ani jedni, ani drudzy o kompromisach nie chcą słyszeć, lecz marzą o tym, by wygrać wybory i narzucić przeciwnikom swoje koncepcje do następnych wyborów. Ten sam problem istnieje jednak też na poziomie UE – trzeba tam znaleźć kompromis między skrajnie indywidualistycznymi obywatelami wielkich miast w Holandii z jednej i mieszkańcami wsi na słowackiej albo chorwackiej prowincji z drugiej strony.


Czytaj także: Klaus Bachmann: Nie straszcie nas populistami


Instytucjonalnie Unia jest dobrze do tego przygotowana. Ma wszystko, co w Polsce w ostatnich latach zostało zniesione (o ile wcześniej istniało): mechanizmy, normy i instytucje wymuszające nieustannie kompromisy niwelujące różnice interesów. Te normy i instytucje są w stanie skłonić do respektowania innych poglądów oraz pogodzić prawa jednostki z interesami gospodarki i rządów.

Debata o wyborze von der Leyen była tego świetną ilustracją. W swojej kampanii raz po raz udawała, jakby kandydowała na stanowisko dyktatora Europy, zapowiadając, że będzie „robiła” to i tamto. W liście do posłów w tym miejscu zawsze było jednak sformułowanie „będę proponować” – bo w świetle traktatów szef Komisji Europejskiej faktycznie niewiele więcej może zrobić, niż „proponować”. Najpierw musi swoje pomysły przedstawić w gronie komisarzy, którzy o nich głosują, potem propozycja Komisji pójdzie do Parlamentu Europejskiego i Rady UE, które mogą ją niemal dowolnie zmieniać. Skrajny „imposybilizm”, który jednak maksymalnie wygładza różnice interesów. Problem z tym jest taki, że zwykły obywatel oczekuje, aby UE była skuteczna i szybka jak dyktator, ale wobec jego interesów i wartości zachowała się jak Matka Teresa.

Pułapki „Europy ojczyzn”...

Unijna machina do wymuszania kompromisów spoczywa na dwóch filarach: reprezentacji obywateli (w PE) i reprezentacji państw (w Radzie UE). Zwolennicy „Europy ojczyzn” (w tym PiS) opowiadają się za renacjonalizacją kompetencji UE, ale zapominają przy tym, że wtedy znikną zachęty dla płatników netto, aby wpłacać do wspólnego budżetu. Bez silnych instytucji ponadnarodowych płatnicy netto utracą bowiem kontrolę nad tym, czy ich pieniądze będą wydawane zgodnie ze wspólnie ustalonymi celami.

Drugi problem z renacjonalizacją polega na tym, że odpadają wtedy ograniczenia dla największych i najbogatszych państw, aby się dogadać nad głowami pozostałych. Obecnie w sprawach zastrzeżonych dla UE takie negocjacje muszą się odbywać z udziałem wszystkich państw. Każde z nich ma prawo siedzieć przy stole – ma być słuchane. Czuwają nad tym silne instytucje ponadnarodowe. Trzeci problem z tą „Europą ojczyzn” jest taki, że czyni ona UE mniej demokratyczną, a to właśnie zwolennicy „Europy ojczyzn” trąbią o „deficycie demokracji Unii”.

...i demokratyzacji na skróty

Unię można szybko i łatwo demokratyzować: wystarczy wprowadzić ogólnoeuropejskie referendum, wybrać posłów według takich samych zasad i na podstawie równych sobie okręgów wyborczych w całej UE. Obecnie bowiem system wybierania Parlamentu Europejskiego jest mało demokratyczny. Na Malcie do wyboru posła wystarczy ułamek tej liczby głosów, jaką dla zdobycia mandatu musi uzyskać kandydat w Niemczech lub we Francji. Można by też, w ramach szybkiej demokratyzacji Unii, obsadzić wszystkie wysokie funkcje w wyniku wyborów bezpośrednich. Szkopuł w tym, że działoby się to ze szkodą dla wszystkich mniejszych państw. Obywatele największych krajów mogliby wtedy przegłosować obywateli mniejszych w dowolnej sprawie. Kto w liczącej 500 mln obywateli Unii ma trochę więcej niż 250 mln zwolenników, może wtedy przegłosować dowolne prawo, nawet jeśli to potem głęboko skrzywdzi poczucie sprawiedliwości pozostałych prawie 250 mln. Innymi słowy: demokratyzować Unię można tylko kosztem poszanowania państw i jeśli zastępuje się „machinę do wymuszania kompromisów” czymś, co przypomina system polityczny RP po 2015 r.: machinę, która raz na kilka lat wprowadza kilkuletnią dyktaturę większości nad mniejszością.

Taka reforma wymagałaby zmiany traktatów i jest w tej chwili kompletnie nierealna. Gdyby doszło do renegocjacji traktatów, zwolennicy „Europy ojczyzn” dostaliby dokładne przeciwieństwo tego, czego chcą: Unię Europejską jeszcze bardziej federalistyczną, z jeszcze większymi kompetencjami i jeszcze silniejszymi instytucjami ponadnarodowymi. Gwoli sprawiedliwości trzeba tu dodać, że o ile nadzieje zwolenników „Europy ojczyzn” są mało realistyczne, o tyle komunikują oni swoje zamiary otwarcie: podkreślają, że chcą zmiany traktatu.

Ale są też zwolennicy opcji przeciwnej, o wiele chytrzejsi. Chcą demokratyzować Unię bez zmiany traktatów, po kryjomu. Pięć lat temu wymyślili system „wiodących kandydatów” (Spitzenkandidaten), mechanizm pozatraktatowy, polegający na tym, że Parlament Europejski zapowiedział Radzie, iż będzie akceptować tylko kandydata na szefa Komisji, którego rodzina partyjna uprzednio wygrała wybory. Pięć lat temu było to możliwe, ponieważ socjaliści i chadecy mieli po wyborach większość i groźba niewybrania innego kandydata była realna. Gdyby się w tym roku udało zakotwiczyć taki mechanizm na stałe, skutki byłyby daleko idące: negatywne dla mniejszych krajów i dla równowagi instytucji.

Cała ta koncepcja jest zaczerpnięta z niemieckiego systemu politycznego, gdzie partie w kampanii wyborczej przedstawiają swoich kandydatów na kanclerza i obiecują, że po ich wygranej ta właśnie osoba zostanie wybrana na szefa rządu. W Niemczech system odchodzi do lamusa, bo wobec wielości partii oraz słabości chadecji i socjaldemokracji następna kampania wyborcza przyniesie na pewno czterech albo nawet pięciu Spitzenkandidaten. A w wyniku skomplikowanych układanek przy tworzeniu koalicji może się okazać, że żaden z nich nie zostanie kanclerzem.

Przeniesienie tego systemu na poziom Unii, gdzie nie ma systemu kanclerskiego, wyklucza z góry kandydatury z mniejszych rodzin partyjnych. Więcej: traktaty nie zakazują Radzie nominowania kandydatów bezpartyjnych albo pochodzących z partii niezrzeszonych w żadnej rodzinie – ale system Spitzenkandidaten by taką ewentualność zablokował. Kampania za pomocą tego systemu ma tylko sens w krajach, gdzie jego logika i sami kandydaci są znani – a więc w największych. I faktycznie, gdy się obserwowało kampanię do PE, widać było, że debaty z udziałem Spitzenkandidaten odbywały się wyłącznie w niemieckojęzycznych krajach i (z racji roli Fransa Timmermansa) w krajach Beneluksu. Czy Manfred Weber i Frans Timmermans spierali się w polskiej telewizji? Czy w Portugalii ktoś wiedział, kogo reprezentuje Manfred Weber? Koncepcja Spitzenkandidaten to chytry zabieg, aby bez zmiany traktatów demokratyzować Unię Europejską, ale kosztem małych partii, mniejszych krajów członkowskich i potencjalnych kandydatów bezpartyjnych.

Nowe pomysły

Tego w Europie Środkowo-Wschodniej nikt nie zauważył. Kiedy już w mediach toczyła się jakaś kontrowersja, to poruszała się w utartych ramach przeniesionych z Niemiec: że szkoda, iż Rada pogrzebała taką piękną demokratyczną koncepcję. Ale dla równoważenia interesów między Wschodem i Zachodem była ona o wiele groźniejsza niż kwestia, czy Timmermans zostanie szefem, czy wiceszefem KE. To była próba wyrwania jednego z filarów „unii obywateli i państw” bez zmiany traktatów i nawet bez mówienia o takiej konieczności.

Wkrótce zresztą pomysł powróci. Tuż po nominacji przez Radę Europejską, Ursula von der Leyen starała się udobruchać Parlament Europejski, obiecując poparcie dla pomysłu „wiodących kandydatów” za pięć lat. Ma się to odbywać na podstawie „porozumienia między- instytucjonalnego”, co oznacza, że Parlament i Rada podpisałyby taką umowę bez zmiany traktatu (i tym samym bez możliwości blokowania tego przez jedno państwo). Takie porozumienie wymaga w Radzie tylko zwykłej większości jej członków i absolutnej większości ważnie oddanych głosów w Parlamencie Europejskim (a partie popierające koncepcję Spitzenkandidaten mają tam prawie dwie trzecie).

A następny podobny pomysł czeka już w kuchni brukselskiej: przepis na ponadnarodowe listy partyjne do PE, który potencjalnie wzmacnia wpływy partii z krajów o wysokiej frekwencji wyborczej (jak Niemcy) i osłabia wpływy partii z krajów o niskiej frekwencji (jak Polska). ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Profesor nauk społecznych na SWPS Uniwersytecie Humanistyczno–Społecznym w Warszawie. Bada, wykłada i pisze o demokratyzacji, najnowszej historii Europy, Międzynarodowym Prawie Karnym i kolonializmie. Pracował jako dziennikarz w Europie środkowo–wschodniej, w… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2019