Filmowa „Akademia pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego powstała w roku 1984, tuż po zniesieniu stanu wojennego. Zaledwie pięć lat później Krzysztof Kieślowski i Krzysztof Piesiewicz nakręcili „Dekalog” – wyrastający z doświadczeń stanu wojennego „serial” ujmujący zasadnicze pytania i wątpliwości dotyczące naszego życia w rodzaj przypowieści.
Zarówno „Akademia…”, jak i „Dekalog” powstawały w momencie, w którym – jak pisał Dariusz Kosiński – w Polsce zamiast bojowych pieśni wybrzmiewały już raczej pytania metafizyczne. Czas tuż przed transformacją był dziwnym okresem ciszy i pustki oraz kryzysu wszelkich narracji, także tych alternatywnych wobec władzy, symbolizującej ciemną stronę mocy.
Niespodziewany powrót Alberta
W pierwszej części „Dekalogu” poznajemy historię ojca i syna. Trwa mroźna zima na ursynowskim osiedlu. Krzysztof – informatyk i naukowiec – wierzy w nieomylność komputera, który wylicza, że jego syn może bezpiecznie wybrać się na łyżwy na pobliską sadzawkę. Grubość lodu wydaje się odpowiednia, na wszelki wypadek ojciec sam sprawdza jego wytrzymałość. Wszystko wydaje się w porządku, ale z przyczyn, których ani Krzysztof, ani nieomylna w swoich obliczeniach maszyna nie mogą przewidzieć, lód pod chłopcem pęka. Pawełek ginie.
W nowej historii na motywach „Akademii pana Kleksa” jest inaczej: chłopiec, który zniknął pod lodem, niespodziewanie powraca. Tragiczny wypadek okazuje się odległą wariacją na temat „Dekalogu” oraz momentem tragicznego wglądu: to sam Albert jest maszyną.

Pojawienie się chłopca-androida w drugiej części nowych przygód z uniwersum Kleksa (w kinach od 10 stycznia) zapowiada powrót pytań, przed którymi stawiali nas Piesiewicz i Kieślowski. Twórcy „Wynalazku Filipa Golarza” wraz z tajemniczym Albertem wyciągają na powierzchnię dawno zamrożone pytania o relacje wiary i rozumu oraz istnienie prawdziwej Tajemnicy. Tym razem padają one w świecie, który deleguje maszynom do podjęcia niepoliczalnie więcej decyzji. Także tych bezpośrednio dotyczących naszego życia.
Ada Niezgódka i Ambroży Kleks wyruszają w podróż
Uprzedzam, będą spojlery. Otóż kiedy jasnowłosy Albert, przyjaciel Ady Niezgódki, okazuje się pozbawionym możliwości odczuwania robotem, zarówno Ambroży Kleks, jak i uczennica Akademii postanawiają zgłębić tajemnicę jego pochodzenia. Profesor nie potrafi jednak samodzielnie poradzić sobie z przywróceniem chłopcu prawdziwego ciała i – co za tym idzie – emocji. Albo inaczej – przerywa próby, gdy dostrzega, że coś go z małym androidem łączy (w powieści Jana Brzechwy był to moment, w którym Kleks zdał sobie sprawę, że sam jest tworem czyjegoś pragnienia – rodzajem golema, postacią z bajki).
Ada postanawia najpierw dokładnie przepytać samego Alberta. Ma nieodpartą potrzebę interpretowania znaków i sensu zdarzeń. Jest siłą, która nieustannie domaga się wyjaśnień. Próbuje racjonalnie „rozczytać” Alberta poszukując na wszelkie sposoby „dostępu” do jego Tajemnicy. Szybko okazuje się, że to, co ją interesuje, leży jednak poza pamięcią chłopca (poza możliwościami obliczeniowymi maszyny). Skoro znający zwykle odpowiedzi na wszystkie pytania Albert nie wie niczego na temat własnego pochodzenia, Ada musi spróbować innych metod, a cała historia szybko skręca na baśniowe tory.
Otóż baśniowy porządek w takich sytuacjach podpowiada, że prawdy należy szukać na drodze wtajemniczenia – słowem: trzeba wyruszyć w podróż. Kleks i Ada wyruszają więc w podróż w tym samym czasie, choć niezależnie i w zupełnie inne, obce dla siebie miejsca: Ambroży do świata realnego, jego uczennica zaś do świata pamięci, bajek i zaklęć.

Czas ludzki, czas baśni i moment ich przecięcia
Ambroży Kleks może opuścić Akademię tylko na 24 godziny, w innym przypadku nigdy nie będzie mógł do niej powrócić. Dlaczego w ogóle podejmuje próbę mimo tak dużego ryzyka utknięcia w nieprzyjaznym miejscu? W wywodzącej się z mitów tradycji wejście magii do świata realnego to moment wyjątkowy, a więc taki, który może zmienić wszystko: to czas decyzji, kairos.
Jak pisała w „Biegunach” Olga Tokarczuk, kairos działa w punkcie przecięcia linearnego czasu ludzkiego i kolistego czasu boskiego, charakterystycznego także dla czasu baśni (opowieści). Pojawienie się Kleksa w świecie rzeczywistym jest więc wyjątkiem, wyjściem poza znany porządek. Taki zabieg rzeczywiście może odmienić los Alberta.

Kleks w starciu z realnym światem okazuje się jednak, co tu kryć, łamagą. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie fabularne i zapewnia całą serię gagów, omyłek i potknięć, które sprawiają, że kinowa sala co rusz wybucha śmiechem.
Ale obecność Ambrożego w naszej rzeczywistości stawia także poważne pytania o przydatność wyobraźni w świecie, w którym o wszystko zapytać możemy wyszukiwarkę albo narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję – generatory tekstów, obrazów i filmów (Kleks postrzega zresztą umiejętność obsługiwania internetu jako nie lada moc).

Ada jest przekonana, że musi istnieć sposób na uzyskanie „dostępu” do nieprzejrzystego Alberta, ale ostatecznie znajduje dla przyjaciela ratunek w zaklęciach wróżki (a więc w czymś, co symbolizuje wiarę, nie rozum). Ambroży z kolei ufa, że wszystko, co widzi, jest prawdą i dzieje się serio. Nie potrafi dekodować znaków nowoczesności. Staje bezradny wobec świata generującego fałszywe znaki i obrazy.
Oboje z Adą wyciągają jednak ze swoich podróży tę samą lekcję: świata nie da się do końca rozczytać, pewne sprawy pozostaną na zawsze domeną Tajemnicy.
Kiedy do świata baśni wkracza zło
Jako czytelnicy baśni (oraz klienci psychologów i psychoterapeutów) doskonale wiemy, że otwierając się na uczucia, zyskujemy dostęp do przeróżnych mocy: zarówno konstruktywnych, jak i niszczycielskich. Wiemy też, że bez postaci reprezentujących ciemną stronę mocy bajki stoją w miejscu. Uczucia takie jak złość i gniew są niezbędne dla właściwej konstrukcji psychicznej. Dlatego Ada, obdarowując Alberta człowieczeństwem, daje mu również całą paletę trudnych emocji: otwiera go na zło, przemoc i pragnienie zemsty. Staje się – i tu leży dramat jej losu – doktorem Frankensteinem i porte parole samego Filipa Golarza.
Filip Golarz naszych czasów jest twórcą algorytmów i sztucznej inteligencji, symbolem efektywności i sukcesu. To aspołeczny geniusz mieszkający na skutej lodem Północy, reprezentującej swoim krajobrazem wszystko to, co w jakimś stopniu bezwzględne, oparte na zimnej kalkulacji. Wkraczając do kwitnącej wyobraźnią Akademii, Filip prędko niszczy bibliotekę baśni, a więc opowieści, w których zawsze – często wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi – wygrywają dobro, troska i imperatyw myślenia w kategoriach wspólnoty.
Bez zawartego w baśniach kompasu moralnego świat robi się przewidywalnie ponury i brutalny. Ludzie tracą zdolność odczuwania. Czy da się temu zaradzić? Czy da się odzyskać dobre historie, kiedy zniszczono gromadzącą je bibliotekę? W historii napisanej przez Krzysztofa Gurecznego i Agnieszkę Kruk okazuje się, że fizyczne nośniki (książki, maszyny) nie są wcale ekwiwalentem życia, to pamięć nas stwarza. A co składa się na naszą wspólną pamięć i co zapewnia jej ciągłość, jeśli nie opowieści, w których stawiamy najważniejsze pytania, na przykład te dotyczące istnienia Tajemnicy?
Ponad dwadzieścia lat temu francuski historyk Pierre Nora jako jeden z pierwszych mówił o rodzącym się na świecie „czasie pamięci”. W jednym ze swoich esejów pisał, że przeróżne grupy społeczne i etniczne zaczynają przeżywać głęboką przemianę stosunku, jaki tradycyjnie utrzymywały z przeszłością. Przemiana ta do dziś przybiera rozmaite znane nam już formy: krytykę oficjalnych wersji historii, ludowy zwrot w kulturze, emancypację mniejszości itp.
Nora wyjaśniał, że taka „głębinowa fala pamięci” rozlewa się zwykle w chwili załamania wiary w postęp. A także w momencie, gdy odkrywamy, że zostaliśmy oderwani od tego, co stanowi naszą bazę i fundament (w porządku filmowym jest to świat baśni). Czyżbyśmy potrzebowali zadać sobie na nowo kilka prawdziwie metafizycznych pytań? Cóż, jeśli szukać odpowiedzi w baśniach, właśnie tak jest.
KLEKS I WYNALAZEK FILIPA GOLARZA – reż. Maciej Kawulski, scenariusz: Krzysztof Gureczny i Agnieszka Kruk, w kinach od 10 stycznia (trwają pokazy przedpremierowe)
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















