Patriarchat w komunie

Vinterberg, który wspomina dzieciństwo w kopenhaskiej komunie raczej ciepło, nie próbuje skompromitować samej idei. Konfrontuje ją raczej z emocjami, ambicjami i namiętnościami.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Komuna” / Fot. Gutek Film
Kadr z filmu „Komuna” / Fot. Gutek Film

Współczesne kino skandynawskie chętnie rozlicza się z utopijnymi projektami społecznymi. Najostrzej dokonał tego ostatnio Erik Gandini w dokumencie „Szwedzka teoria miłości”, gdzie pokazał, jak kult indywidualizmu, niezależności i samowystarczalności zmienił oblicze rodziny i stosunków międzyludzkich.

Duńczyk Lars von Trier w słynnych „Idiotach” (1998) obnażył całą naiwność i nieodpowiedzialność posthippisowskich projektów, których celem jest bezwzględne poszukiwanie autentyczności i wolności.

W komedii „Tylko razem” (2000) szwedzki reżyser Lukas Moodysson spojrzał na życie w komunie oczami dzieci. To one okazały się najbardziej dorosłe, zdawały się widzieć więcej.

Thomas Vinterberg, kolega von Triera z czasów manifestu Dogma 95, w latach 70. dorastał w podobnym kolektywie i pośrednio również wprowadza do „Komuny” dziecięcą perspektywę: chorującego na serce małego Viladsa oraz nastoletniej Freji, która szuka prawdziwej bliskości poza komuną. I tu daje się odczuć samotność „starych” dzieciaków wciągniętych w eksperymenty dorosłych „młodziaków”. Ale ten film traktuje o czymś innym.

Vinterberg, który sam wspomina dzieciństwo spędzone w kopenhaskiej komunie raczej ciepło, nie próbuje skompromitować samej idei, ile raczej konfrontuje ją z czynnikiem czysto ludzkim – z emocjami, ambicjami, namiętnościami, z indywidualnym cierpieniem. Erik i Anna, odziedziczywszy duży, drogi w utrzymaniu dom, zapraszają pod swój dach grupę znajomych wierząc, że dzieląc się sprawiedliwie kosztami i podejmując demokratycznie wszelkie decyzje, stworzą zgrany kolektyw. A przy okazji dodadzą małżeńskiemu pożyciu trochę ostrzejszych przypraw. Okazuje się jednak, że mieszkanie w większej grupie to coś więcej niż biesiady przy stole i wspólne kąpiele w morzu na golasa. To zgoda na rozmaite dziwactwa (jeden z członków komuny w ramach porządków ma zwyczaj palenia osobistych rzeczy innych mieszkańców domu). To także akceptacja faktu, że życie w pełnej demokracji może łączyć się z wzajemną kontrolą. Wreszcie, Anna i Erik przekonują się, że coraz trudniej im się porozumieć w gwarnym tłumie.

W jednej ze scen filmu komuna musi przegłosowywać ważny problem. Tym razem nie chodzi o rachunki za piwo czy zakup nowej zmywarki, ale o to, czy studentka Emma, od pewnego czasu będąca kochanką Erika, zamieszka razem z nimi. Cała absurdalność sytuacji zostaje przefiltrowana przez uczucia Anny – zdradzanej żony, która za wszelką cenę próbuje trzymać fason (w tej roli wyśmienita, nagrodzona w Berlinie Trine Dyrholm). Starzejąca się kobieta stara się patrzeć na rywalkę z życzliwością – jakby widziała w niej samą siebie z przeszłości.

Im bardziej się stara, tym bardziej wzbiera w niej rozpacz i gorzka świadomość, że to wszystko, na czym zbudowała swoje dotychczasowe życie, jest bardzo nietrwałe. W dekoracjach z lat 70. XX wieku toczy się stara jak świat dyskusja o granicach indywidualnej wolności, o konflikcie między jednostką a grupą, najgłośniej rozbrzmiewa jednak rozpaczliwe wołanie o bliskość.

„Komuna” nie ma w sobie tego napięcia i emocjonalnej intensywności, które pamiętamy z najlepszych filmów Vinterberga: z „Festen”, gdzie podczas rodzinnej uroczystości wychodziły na jaw haniebne praktyki pana domu, czy z „Polowania”, w którym lokalna społeczność urządzała nagonkę na opiekuna przedszkolnego oskarżonego o pedofilię. Tym razem mamy do czynienia z materią dużo subtelniejszą. Zakwestionowanie utopii dokonuje się tu poprzez cichy dramat kobiety osamotnionej w gronie najbliższych. Anna, która jak na ironię byłą inicjatorką pomysłu z komuną, zostaje ukarana najdotkliwiej. Czyżby Vinterberg chciał nam powiedzieć, że niezależnie od tego, jak bardzo wyzwolony i otwarty jest związek dwojga ludzi płci odmiennej, to zazwyczaj kobieta ponosi w nim największe emocjonalne koszta? Okazuje się, że nawet w warunkach kolektywu opartego na pełnej demokracji patriarchat ma się całkiem dobrze. Co więcej, to właśnie kobiety u Vinterberga są tymi, które potrafią dostrzec, że w realizacji sympatycznego projektu, w którym wszyscy mieli być równi i mogli bez skrępowania realizować swoje potrzeby, coś jednak poszło nie tak. ©

​KOMUNA (Kollektivet) – reż. Thomas Vinterberg. Prod. Dania/Holandia/Szwecja 2016. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 19 sierpnia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 34/2016