Francuski premier pochodzi z Sabaudii, czyli z francuskich Alp. Chętnie nawiązuje do tych korzeni: mawia, że cechuje go wytrzymałość i cierpliwość typowa dla górali. Jeśli trzymać się tego porównania, na drodze Barniera wyrosła teraz stroma ściana. Prowadzi nią wprawdzie wąska ścieżka po grani, ale obok czyha przepaść.
Dni centroprawicowego rządu, powołanego ledwie trzy miesiące temu, są bowiem policzone. Opozycyjna lewica zapowiedziała wotum nieufności wobec gabinetu, które poprzeć zamierza także nacjonalistyczna prawica Marine Le Pen. Od głosów parlamentarzystów tej ostatniej formacji zawisł los rządu, a co za tym idzie, także Francji.
„Świadomość, że już jutro rano można stąd odejść, jest czymś raczej motywującym” – ironizował 73-letni Barnier na niedawnym spotkaniu z samorządowcami. Tyle że ten żart przypomina przepowiednię.
Znany z opanowania i nienagannego savoir-vivre’u, Barnier byłby pewnie dobrym premierem na względnie spokojne czasy. Problem w tym, że kieruje rządem w momencie, gdy jego kraj, Europa i świat są mocno rozchwiane.
Marine Le Pen zdecyduje, czy francuski rząd przetrwa wotum nieufności
Pierwszy problem Francji – to polityczna niestabilność. Francja stała się krajem, którym właściwie nie sposób rządzić.
Wszystko zaczęło się w czerwcu, gdy centrowy prezydent Macron niespodziewanie rozwiązał parlament i rozpisał nowe wybory. W ich wyniku powstały trzy polityczne bloki: lewicowy (zdominowany przez radykalną LFI Jeana-Luca Mélenchona), centroprawicowy oraz skrajnie prawicowy (to Zjednoczenie Narodowe, RN; partia Marine Le Pen). Żadna z tych formacji nie uzyskała większości koniecznej do powołania rządu. Z racji różnic programowych i antagonizmów nikt nie jest też skłonny do porozumienia z pozostałymi blokami.
W efekcie centroprawicowy mniejszościowy rząd Barniera – mimo poparcia Macrona – skazany jest na pertraktacje za każdym razem, gdy próbuje przepchnąć tę czy inną ustawę. Wewnętrznie zwaśniony blok lewicowy, pod nazwą Nowy Front Ludowy, trwa w konsekwentnej opozycji do rządu. Za to lepeniści, trzecia siła w parlamencie, są bardziej elastyczni. Trzymają Barniera w szachu: są skłonni poprzeć rząd, ale w zamian za uzyskanie dla siebie takich czy innych korzyści.
Wskutek tej gry to Marine Le Pen rozdaje dziś polityczne karty we Francji. I to ona decyduje, czy rząd Barniera przetrwa wotum nieufności, które lewica chce zgłosić przed końcem roku.
Premier Michel Barnier chce uzdrowić finanse państwa
Tutaj pojawia się drugi powód turbulencji, ekonomiczny: rządowy projekt ustawy budżetowej na rok 2025. Aby weszła na czas w życie, parlament musi ją przyjąć przed 21 grudnia. Projekt zakłada radykalne oszczędności na kwotę ok. 60 mld euro.
Rząd Barniera nie zebrał większości dla poparcia budżetu, wobec czego będzie musiał przyjąć tę ustawę w trybie nadzwyczajnym, czyli bez głosowania w parlamencie. Taką procedurę dopuszcza art. 49.3 konstytucji. Przewidziano ją właśnie po to, by umożliwić finansową ciągłość państwa w razie parlamentarnego paraliżu.
Problem w tym, że użycie tej ścieżki legislacyjnej pociąga za sobą automatycznie głosowanie nad wotum nieufności wobec rządu. A w tej sytuacji prawdopodobne jest, że mimo ideowych różnic lewica i skrajna prawica połączą siły, by obalić Barniera.
W ostatnim tygodniu listopada premier próbował przekonać Marine Le Pen do zmiany zdania. Na razie bez powodzenia. Po spotkaniu z Barnierem liderka radykalnej prawicy oświadczyła, że jej partia poprze wotum nieufności, jeśli premier nie zgodzi się na zmiany w ustawie budżetowej zgodne z jej postulatami. W szczególności chce, by rząd wycofał się z propozycji, które uderzą w portfele obywateli, jak podwyżka podatku od energii elektrycznej.
Francja zajmuje trzecie miejsce w Europie pod względem wysokości długu publicznego
Barnier, znany jako spec od kompromisów, nie zamierza jednak rezygnować z budżetowego rygoru. Ma żelazny argument: sytuacja kasy państwowej jest fatalna. Mur zadłużenia rośnie od lat, i to niezależnie, kto rządzi: prawica, lewica czy centrum. Można o to obwiniać nie tylko polityków, ale też dość beztroskie podejście większości Francuzów, którzy, jak zauważył publicysta ekonomiczny François Lenglet, przez lata „mieli w nosie” dług publiczny, bo nie odczuwali go od razu na własnej skórze.
Francja zajmuje dziś trzecie miejsce w Europie, po Grecji i Włoszech, pod względem wysokości długu publicznego. W 2024 r. jego wielkość ma przekroczyć 112 proc. PKB. Poszybował gwałtownie w ciągu czterech ostatnich lat prezydentury Macrona – przed pandemią wynosił „tylko” 98 proc. PKB. Z kolei deficyt budżetowy przekroczy w tym roku 6 proc. PKB, czyli dwa razy więcej, niż określają to wymogi strefy euro.
Stąd projekt budżetu Barniera przewiduje 60 mld euro oszczędności, dzięki którym deficyt miałby zejść w przyszłym roku do 5 proc. PKB. Dwie trzecie z tych 60 miliardów miałyby dać redukcje wydatków państwa (np. kosztów administracji, funduszy ubezpieczeń społecznych), a jedną trzecią dodatkowe podatki, nałożone zwłaszcza na koncerny i najbogatszych. Uderzenie miliarderów po kieszeni to gest prawicowego rządu Barniera wobec lewicowych wyborców.
Warto zaznaczyć, że według dziennika „Le Monde” cięcia nie powinny dotknąć wojskowości. Od inwazji na Ukrainę Francja intensywnie się zbroi. Do 2030 r. budżet armii, dziś nieco niższy od 2 proc. PKB wymaganych przez NATO, ma wzrosnąć dwukrotnie w stosunku do stanu z 2017 r.
Prokuratura oskarża polityków skrajnej prawicy o sprzeniewierzenie środków unijnych
Równocześnie z batalią o istnienie rządu toczy się inna, z tą pierwszą powiązana. Także Marine Le Pen jest przyparta do muru, choć z innego powodu niż Barnier. Trzykrotna już kandydatka na urząd prezydenta jest oskarżona przez prokuraturę o sprzeniewierzenie środków publicznych. Zarzuty dotyczą lat 2004-16 i fikcyjnego, jak twierdzą śledczy, zatrudniania asystentów przez eurodeputowanych skrajnej prawicy.
W procesie, który toczy się w Paryżu, przed sądem stanęła Le Pen i 24 członków lub współpracowników partii. Dochodzenie wykazało, że rzekomi asystenci eurodeputowanych, opłacani z unijnej kasy, w istocie pracowali dla partii; często w ogóle nie odwiedzali Brukseli. Śledczy twierdzą, że Front Narodowy (poprzednik RN przed zmianą nazwy w 2018 r.) miał wyłudzić ze środków unijnych 4,5 mln euro.
Prokuratorka Louise Neyton twierdzi, że dla partii Le Penów (szefem formacji był do 2011 r. Jean-Marie Le Pen, jej ojciec; po nim schedę przejęła Marine) Parlament Europejski był (tu cytat za dziennikiem „Le Figaro”) „dojną krową”.
Czy Marine Le Pen zostanie skazana na 5 lat „niewybieralności”?
Trudno byłoby ująć to dosadniej. Nie ulega wątpliwości, że francuska skrajna prawica, która wcześniej pożyczała pieniądze w rosyjskim banku związanym z Kremlem, potrafiła także, łamiąc prawo, wypompować dla siebie miliony euro z Unii Europejskiej. Zresztą nie ona jedna – pseudoasystentów w Parlamencie Europejskim zatrudniała też np. centrowa francuska partia MoDem, ale na dużą skromniejszą skalę niż partia Le Pen.
Prócz grzywny w wysokości 300 tys. euro prokuratura zażądała dla Le Pen kary 5 lat więzienia (w tym 2 lat bezwzględnego pozbawienia wolności) oraz 5 lat niewybieralności na urzędy publiczne. Co ważne: ten ostatni punkt ma być natychmiastowo wykonany, co oznaczałoby czasowe wykluczenie Marine Le Pen ze startu w jakichkolwiek wyborach.
Wyrok poznamy 31 marca 2025 r. Według „Le Monde” wobec licznych dowodów można się spodziewać werdyktu skazującego. Sędziowie mogą jednak zawiesić wykonanie kary niewybieralności do czasu, aż swoją decyzję wyda wyższa instancja. Jeśli natomiast przychylą się do głosu prokuratury, szefowa RN straci szanse na start w wyborach prezydenckich w 2027 r.
Dla tej, która od lat marzy o Pałacu Elizejskim, byłby to prawdziwy dramat. Po tym, jak wysłuchała oskarżycieli, obecna na sali sądowej Marine Le Pen robiła wrażenie zdruzgotanej.
Lepeniści szykują „plan B” na wybory prezydenckie w 2027 roku
Zaraz po wystąpieniu strony oskarżycielskiej, co miało miejsce 13 listopada, liderka nacjonalistów zarzuciła prokuraturze, że ta chce jej „politycznej śmierci”. Twierdziła też, że „niektórzy” próbują jej „przeszkodzić w byciu kandydatką na drodze sądowej, ponieważ nie są w stanie zrobić tego przy urnach”.
W kontekście tego głośnego procesu można widzieć też zmianę linii RN w sprawie wotum nieufności wobec rządu Barniera. Po usłyszeniu zarzutów prokuratury Le Pen dokonała wyraźnego zwrotu, ogłaszając, że gotowa jest zadać decydujący cios centroprawicowemu gabinetowi. Według komentatorów w ten sposób Le Pen chce pokazać: „To ja tutaj rządzę!”. A zarazem odwrócić uwagę opinii publicznej od sądowych tarapatów własnej partii.
W obozie lepenistów szykuje się już – na razie w kuluarach – „opcję B” na wybory prezydenckie w 2027 r. Gdyby wyrok wykluczył Le Pen, jej miejsce zająłby 29-letni przewodniczący Zjednoczenia Narodowego, eurodeputowany Jordan Bardella (Marine Le Pen formalnie oddała mu stanowisko lidera RN, ale faktycznie to ona jest numerem jeden).
Wygląda na to, że Bardella zaczął już swoją kampanię: w listopadzie wyszła jego autobiografia, której czarno-biała okładka ze zdjęciem Bardelli z profilu – jak zauważa tygodnik „Le Canard enchaîné” – przypomina do złudzenia wcześniejszą okładkę autobiografii Baracka Obamy.
Trudno jest wiecznie żyć na kredyt
Wróćmy do kryzysu polityczno-budżetowego. Czy gabinet Barniera przetrwa wotum nieufności? Co stanie się w razie upadku rządu i odrzucenia budżetu? W chwili kończenia tego tekstu, 28 listopada, nie znamy odpowiedzi na pierwsze pytanie. Co do drugiego: dramatu może nie będzie, bo państwo jest w stanie funkcjonować jakiś czas z prowizorium budżetowym, aż do przyjęcia nowej ustawy budżetowej. Ale przy takim scenariuszu groźba zamętu na rynkach finansowych i obniżenia noty Francji przez agencje ratingowe jest całkiem realna.
Politycznym wyjściem z kryzysu byłoby być może powołanie przez Macrona apartyjnego „rządu technicznego”, aż do nowych przedterminowych wyborów latem 2025 r. Taką opcję przedstawia np. znany konstytucjonalista Benjamin Morel na łamach „Le Figaro”.
Pewne jest tylko to, że następca Barniera, ktokolwiek nim będzie, także zderzy się z niebotycznie wysokim murem zadłużenia.
Trudno jest wiecznie żyć na kredyt. Nawet jeśli jest się siódmą potęgą gospodarczą świata. Czy Francja długo nią pozostanie, jeśli nie poskromi swojej budżetowej nonszalancji?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















