Reklama

Paraliż postępowy

Paraliż postępowy

07.08.2007
Czyta się kilka minut
Po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości zamiast "Polski solidarnej" mamy Polskę zawistną, skonfliktowaną wewnętrznie, pogardzającą sobą nawzajem, a najbardziej - politykami...
rys.M.Wicha
N

Niezależnie od tego, czy kolejne przesilenie w koalicji rządowej doprowadzi do przedterminowych wyborów, rządy Prawa i Sprawiedliwości dobiegają końca. Ekipa Jarosława Kaczyńskiego może jeszcze trwać przez kilka miesięcy, lecz nie jest w stanie sprawować realnej władzy. Wszystkie kłopoty, z jakimi boryka się Polska, muszą na swe rozwiązanie poczekać do nowych wyborów. 

Pułapka przesady

Rychły upadek rządów PiS-u skłania do sporządzenia bilansu. Ten, który wyszedł spod pióra Marcina Króla ("Władza dla władzy", "TP" nr 30/07) jest miażdżący. Zdaniem wybitnego historyka idei szlachetna utopia rewolucji moralnej kończy się na naszych oczach upadkiem w polityczny nihilizm, próba wzmocnienia państwa skutkuje jego dramatycznym regresem, a wysiłek, by wzmocnić polską suwerenność, prowadzi do gwałtownego pogorszenia obrazu naszego kraju za granicą.

Większość krytycznych uwag Króla jest z pewnością trafna. Jeśli mam kłopot z ich akceptacją, to bierze się on z nagminnej w antypisowskiej publicystyce przesady. Doprawdy nie jest tak, że bracia Kaczyńscy chcą sięgnąć po pełnię władzy i że sprawują ją poza kontrolą parlamentarną czy społeczną. Do realizacji swych projektów dysponują przecież tylko niewielką i chybotliwą większością sejmową, a żaden z rządów po 1989 r. nie był poddany równie surowej kontroli ze strony mediów. Wrażenie, że liderzy PiS-u dążą do "demokratycznego absolutyzmu oświeconego" wynika z kontrastu między poprzednimi ekipami, mającymi niewielkie kompetencje formalne i na ogół jeszcze mniejszą determinację, by z nich korzystać, a współpracownikami Jarosława Kaczyńskiego, którym czego jak czego, ale woli wzmocnienia władzy i determinacji w jej sprawowaniu na pewno odmówić nie można.

Nie rozumiem też opinii, że mamy do czynienia z jakimś ostrym kryzysem państwa, a już tym bardziej że obecna ekipa jest najgorsza z tych, jakie musieliśmy w ciągu ostatnich 18 lat znosić (gwoli ścisłości, tej ostatniej opinii w tekście Króla nie znajdziemy, ale swoją tonacją dobrze wpisuje się on w rozpowszechnione w mediach lamenty). Przy degrengoladzie standardów życia publicznego, jaką jest dopuszczenie do rządu ludzi pokroju Andrzeja Leppera oraz (z innych powodów) Romana Giertycha, dzisiejszą Polskę uważam za kraj o wiele bardziej demokratyczny i praworządny niż za czasów Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera.

Wpadając w przesadę, krytycy PiS-u wbrew swoim intencjom wzmacniają jego rząd. Często bowiem dzieje się tak, że zwykli Polacy, skądinąd niepałający do ekipy rządowej przesadną sympatią, słysząc zarzuty, które kłócą się z ich poczuciem zdrowego rozsądku, odruchowo biorą stronę braci Kaczyńskich.

Manowce etatyzmu

W przeciwieństwie do Marcina Króla nie uważam ostatnich dwóch lat za okres całkowicie dla Polski stracony. Doceniam wysiłek min. Grażyny Gęsickiej, by przygotować nasz kraj do wykorzystania środków unijnych, trafny wydaje mi się kierunek polityki prorodzinnej, dzięki prezydentowi Kaczyńskiemu nadrobione zostało skandaliczne zaniedbanie, jakim był brak uhonorowania bohaterów walki z komunizmem. Nie przekreślałbym do końca efektów pracy min. Zbigniewa Ziobry ani dążeń do ograniczenia wpływów rozmaitych korporacji zawodowych.

Pewnie parę rzeczy dałoby się jeszcze do tej listy dorzucić. Zgoda jednak, że jak na dwa lata jest to dorobek mniej niż nikły. Krytycy PiS-u mają też rację, gdy wskazują, że obok zaniechań (z których najbardziej fatalne w skutkach okażą się zaniechania reformy wydatków publicznych i reformy służby zdrowia) pod pewnymi względami rządy Jarosława Kaczyńskiego przyniosły regres. Paradoksalnie, największy z nich dotyczy tego, co - obok walki z korupcją i rozliczenia z czasami komunizmu - było trzecim filarem programowym PiS-u: wzmocnienia państwa.

Inaczej niż wielu krytyków Prawa i Sprawiedliwości uważam postulat wzmocnienia władzy wykonawczej za słuszny. Problem w tym, że obecna ekipa zabrała się do tego zadania w sposób świadczący o anachronicznym rozumieniu państwa. Posłużyła się mianowicie metodą centralizacji, i to podwójnej. Z jednej strony podjęto próbę ograniczenia kompetencji samorządów, a także lokalnej administracji państwowej (wojewodów), z drugiej - skupiono ogromny zakres decyzji w rękach premiera i wąskiego grona jego najbardziej zaufanych współpracowników. Skutkiem tych działań musi być postępujący paraliż państwa. Administracja rządowa nie jest bowiem w stanie wywiązać się z nadmiernie rozbudowanych zadań, a jednocześnie nie pozwala rozwiązywać ich samym obywatelom.

Właściwa droga wzmocnienia państwa prowadzi w odwrotnym kierunku. Po pierwsze, musi ono się pozbyć zadań zbytecznych. Powinno więc ograniczyć swoją obecność w gospodarce (pełniąc rolę raczej strażnika reguł gry niż jednego z graczy) albo przez prywatyzację, albo stosując - tak zalecaną przez UE - metodę partnerstwa publiczno-prywatnego. Powinno poszerzać kompetencje samorządu terytorialnego, a także stwarzać warunki do rozwoju organizacji pozarządowych, które o wiele skuteczniej niż administracja realizują zadania charytatywne bądź edukacyjne. Dopiero takie państwo - ograniczone i kierujące się zasadą pomocniczości - może działać skutecznie.

Do tego jednak potrzebny jest drugi etap jego wzmacniania, czyli cały skomplikowany system zmian strukturalno-proceduralnych, które pozwalają administracji na działania sprawne i szybkie. Przykładem takich zmian może być wprowadzenie budżetu zadaniowego czy generalnej zasady zarządzania poprzez cele. Niezbędne jest stworzenie silnego centrum legislacyjnego nadzorującego proces stanowienia prawa, w obecnym bowiem stanie prawo to - niechlujne, przerośnięte i nierzadko wewnętrznie sprzeczne - paraliżuje inicjatywę Polaków i prowadzi do gigantycznego marnotrawstwa. Równie niezbędne jest stworzenie przyrządowego ośrodka, który oceniać będzie finansowe skutki przyjmowanych ustaw, by ukrócić "radosną twórczość" ministrów i parlamentarzystów.

Wchodząc na manowce etatyzmu, Jarosław Kaczyński doprowadził do rozrostu biurokracji, ograniczeń, przepisów, kontroli... Dzisiejsze państwo jest jeszcze bardziej pasożytnicze niż za czasów SLD i doprawdy niewielką pociechę niesie świadomość, że rządzą nim (dodajmy: w resortach podległych PiS) ludzie na ogół zdecydowanie uczciwsi od tych, których pamiętamy z dawnych lat.

Klęska rewolucji moralnej

Równie dotkliwe jest fiasko idei moralnej sanacji życia publicznego. Sanacja ta była powszechnie oczekiwana przez Polaków po szoku afery Rywina. Obie partie centroprawicowe otrzymały w roku 2005 tak duże poparcie, gdyż wyborcy wiązali z nimi nadzieje na rządy nie tylko bardziej kompetentne, ale przede wszystkim zdecydowanie bardziej uczciwe. Pierwszym ciosem w tę nadzieję było fiasko koalicji PO-PiS. Ale prawdziwą lekcją cynizmu okazało się zawiązanie koalicji z Samoobroną. Zdecydowana większość Polaków nie przyjmuje do wiadomości argumentacji liderów PiS, że dla koalicji tej nie było alternatywy i że warto płacić cenę legitymizacji ugrupowań populistycznych w zamian za wprzęgnięcie ich w dzieło naprawy Rzeczypospolitej. W oczach milionów Polaków uznanie Andrzeja Leppera czy Stanisława Łyżwińskiego za prawowitych partnerów do współrządzenia stanowi dowód, że liczy się tylko władza. Patrząc na to, co dzieje się na jej szczytach, zwykli obywatele przechodzą skrócony kurs demoralizacji.

Drugim ciosem w fundament moralny rządów PiS-u­ było zamazanie granicy między religią a polityką. Do niedawna pakt z o. Tadeuszem Rydzykiem politycy rządzącej partii tłumaczyli zamysłem pogodzenia elektoratu Radia Maryja z prozachodnim i promodernizacyjnym kierunkiem polskich przemian. Po ujawnieniu przez "Wprost" taśm z "wykładem" dyrektora toruńskiej rozgłośni już chyba nikt nie wierzy w powodzenie tego zamysłu. Pozostał niczym nieprzysłonięty deal polityczny, wyrachowany sojusz w walce o utrzymanie władzy. Tyle że o. Rydzyk nie jest szefem partii, lecz duchownym. Zawierając z nim rodzaj kontraktu politycznego, Jarosław Kaczyński dopuszcza się instrumentalizacji Kościoła, przykłada rękę do zamazania granicy między wiarą a ideologią. Dlatego jednym z najbardziej negatywnych skutków jego rządów będzie upolitycznienie wizerunku i nadszarpnięcie autorytetu Kościoła - najcenniejszego kapitału moralnego jakim dysponujemy.

Trzecim przejawem klęski projektu moralnej sanacji Polski są losy ustawy lustracyjnej. Kolejne nieudane wersje, atak na Trybunał Konstytucyjny, wyciekanie z IPN wygodnych dla rządu teczek - wszystko to prowadzi do podważenia zasadności lustracji, do zmęczenia sprawą nawet ze strony jej zwolenników, do zobojętnienia młodego pokolenia na kwestię odpowiedzialności historycznej.

Ostatnią wreszcie fatalną pozostałością po obecnych rządach będzie pogłębienie atmosfery konfliktów i braku zaufania. Zaufanie to podstawowy we współczesnej cywilizacji kapitał społeczny. Po czasach komunizmu odziedziczyliśmy go wyjątkowo mało, ale ostatnie dwa lata były czasem bezprzykładnego trwonienia tego bezcennego spoiwa więzi międzyludzkich.

Eskalowanie konfliktów i posługiwanie się w sporach politycznych retoryką "zimnowojenną" to ze strony liderów PiS-u bardziej efekt tuszowania poczucia zagubienia niż świadomej kalkulacji. Pod pewnym jednak względem bracia Kaczyńscy dążą do przeprowadzenia prawdziwej rewolucji społecznej. Chodzi im o obalenie "łże-elity", czyli tych środowisk politycznych, społecznych czy zawodowych, które - w oczach liderów Prawa i Sprawiedliwości - były pasożytniczymi beneficjentami III RP. Inaczej niż wielu komentatorów lub polityków uważam, że osławiony "układ" - a więc korupcyjny styk części kręgów biznesowych, politycznych, medialnych z dawnymi służbami komunistycznymi i światem przestępczym - nie jest bynajmniej wymysłem. Problem w tym, że walka z "układem" bardzo szybko przybrała formę ataku na wszelkie elity społeczne, zwłaszcza na niechętną PiS-owi część inteligencji. Nierzadko też retoryka walki z patologiami służyła do dyskredytowania opozycji. W efekcie po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości zamiast "Polski solidarnej" mamy Polskę zawistną, skonfliktowaną wewnętrznie, pogardzającą sobą nawzajem, a najbardziej - politykami...

Zmiana i kontynuacja

Marcin Król kończy swój artykuł smętną konstatacją, że z całego dzisiejszego zamętu nie widać roztropnego wyjścia. Rzeczywiście, jeśli sprawdzą się przedwyborcze sondaże, to w nowym parlamencie będzie niesłychanie trudno wyłonić spójną programowo i lojalną większość.

Z drugiej jednak strony po doświadczeniach koalicji PiS-Samoobrona-LPR wiemy dobrze, jaki powinien być zrąb programu przyszłego rządu. Pod wieloma względami musi on odwrócić kierunek, w jakim podążaliśmy przez ostatnie dwa lata. Nie wolno dłużej odkładać niepopularnych reform gospodarczych: ograniczenia wydatków publicznych i deficytu budżetowego, obniżenia i uproszczenia podatków, częściowej prywatyzacji służby zdrowia i rynku ubezpieczeń społecznych etc. Drugi element to reforma państwa, a więc jego decentralizacja, ograniczenie biurokracji, deregulacja, odtworzenie służby cywilnej czy wprowadzenie procedur zapewniających transparentność podejmowanych przez ośrodki władzy decyzji. Trudno sobie wyobrazić, by nowy rząd nie podjął się zadania poprawy wizerunku Polski za granicą, przede wszystkim zaś wzmocnienia wiarygodności naszego kraju w oczach partnerów europejskich, rzecz jasna nie drogą łatwych ustępstw i "siedzenia cicho", tylko umiejętnych negocjacji i szukania w poszczególnych sprawach sojuszników. Ostatnią wreszcie generalną zmianą powinno stać się porzucenie języka agresji i konfliktów. Zastąpić go musi dążenie do ładu i budowa ponad podziałami partyjnymi konsensu wokół nadrzędnych celów państwa.

Nie znaczy to, że należy zakwestionować wszystko, co robi (lub częściej: mówi, że robi) Prawo i Sprawiedliwość. Fenomen poparcia dla tej partii, utrzymującego się mimo tylu kompromitujących wpadek, wymaga rzetelnego namysłu. Moim zdaniem nie da się go wytłumaczyć tylko siłą resentymentów, na jakich żeruje obecna ekipa. Bracia Kaczyńscy zdołali utrafić w głębokie i uzasadnione potrzeby Polaków: potrzebę sprawiedliwości, potrzebę bezpieczeństwa i potrzebę dumy narodowej. To prawda, że odpowiedzieli na te potrzeby w sposób właściwy dla ich anachronicznej wizji państwa i stosunków międzynarodowych. Ale każda następna ekipa stanie przed tymi samymi wyzwaniami: niewydolny ustrój państwowy, słaba, patologicznie rozbudowana administracja, niski poziom wykształcenia, nieinnowacyjny charakter gospodarki, kryzys etosu służby publicznej, brak elit przywódczych z prawdziwego zdarzenia. I nie będzie w stanie tym wyzwaniom sprostać, jeśli zlekceważy etyczne potrzeby i oczekiwania milionów zwykłych Polaków przywiązanych do paru prostych wartości, które tylko na pozór wydają się anachroniczne.

JAROSŁAW GOWIN jest rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie, senatorem PO, filozofem i publicystą.

Za tydzień w cyklu "Władza dla władzy" opublikujemy rozmowę z Rafałem Matyją.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]