Opcja zerowa

Klucz do sytuacji na polskiej scenie politycznej ma Jarosław Kaczyński. To on rekomendował na stanowisko premiera Kazimierza Marcinkiewicza i jemu Lech Kaczyński meldował po wygranych wyborach wykonanie zadania. Zaiste komfortowa sytuacja: sprawować władzę bez konstytucyjnej odpowiedzialności. Tym bardziej, że w odróżnieniu np. od Lecha Wałęsy Jarosław Kaczyński ma nie tylko zderzaki, ale także poduszkę powietrzną w postaci brata-prezydenta.

20.11.2005

Czyta się kilka minut

 /
/

Z powstaniem koalicji PiS i PO wiązałem duże nadzieje, podobnie jak wielu wyborców, którzy wprawdzie głosowali na jedną z tych partii, ale w przekonaniu, że koalicja zostanie zawiązana. Trudno było sądzić inaczej. Wszak w kampanii wyborczej słyszeliśmy stanowcze zapewnienia liderów obu partii, że mimo przedwyborczych potyczek, po wyborach, niezależnie od tego, która partia je wygra, PO i PiS pospołu od razu wezmą się za uzdrawianie struktur państwowych, oczyszczanie życia publicznego z układów, cwaniactwa i cynizmu, a do polityki wprowadzą elementarne zasady przyzwoitości i uczciwości. Mówiono o przywróceniu państwa obywatelom, a nawet coś o rewolucji moralnej w polityce, co miało zachęcić do udziału w niej szersze grono ludzi przyzwoitych, a młodzieży pokazać, że polityka nie musi być brudną grą.

Programy obu zwycięskich partii różniły się oczywiście w kilku istotnych elementach i nie mogło być inaczej, bo gdyby nie było różnic, nie miałoby uzasadnienia istnienie odrębnych formacji politycznych. Ale nad różnicami dominowało przekonywanie wyborców, że cel nadrzędny - sanacja państwa, eliminacja korupcji i myślenia o władzy w kategoriach łupów do podziału - jest obu partiom wspólny i stwarza solidną podstawę do zgodnej współpracy. PiS i PO, dysponując zdecydowaną większością w Sejmie i Senacie, miały stworzyć stabilny rząd, który szybko weźmie się do roboty. Co więcej: padały jednobrzmiące deklaracje, które, jak można mniemać, wynikały z przedwyborczych uzgodnień, że zwycięska partia desygnuje kandydata na premiera, zaś druga wyznaczy kandydata na marszałka Sejmu. Przecież nie tylko ja to słyszałem.

Odsetki od politycznego kredytu

Rozstrzygnięcie wyborcze zaskoczyło zarówno PO, jak PiS. I oba ugrupowania okazały się do niego nieprzygotowane: PO nie umiała szybko pogodzić się z porażką (bo przecież nie klęską!), zaś PiS - nie zdołał oprzeć się pokusie tryumfalizmu po wygranej (ale przecież nie przytłaczającej!). PO przygotowała się do rządzenia, ale nie do grania drugoplanowej roli w formowaniu wspólnego rządu. Desygnowanie Kazimierza Marcinkiewicza było dla liderów PO kolejnym zaskoczeniem. Wszystkie te czynniki razem wzięte wywołały frustrację w szeregach Platformy. Stąd zapewne brały się zgryźliwe komentarze jej liderów i narastająca nieufność do potencjalnego partnera koalicyjnego.

Z kolei liderzy PiS doznali upojenia sukcesem. Zwietrzyli szansę wygrania czegoś więcej niż tylko dominującej pozycji w rządzie. W końcówce kampanii prezydenckiej stanęli wobec strategicznej decyzji, której skutki polityczne łatwo mogli przewidzieć, gdyby nie owo upojenie. A strategiczna decyzja oznaczała albo odwoływanie się do swojego elektoratu i znacznej rzeszy niezdecydowanych, albo pozyskanie poparcia dla kandydatury Lecha Kaczyńskiego ze strony radykalnych środowisk nacjonalistycznych i populistycznych. Wybór pierwszego członu alternatywy oznaczał duże ryzyko przegranej w wyborach prezydenckich, ale zarazem nie komplikował drogi do sformowania koalicyjnego rządu pod kierownictwem Jarosława Kaczyńskiego lub osoby przezeń desygnowanej. Opowiedzenie się za drugim członem alternatywy radykalnie zwiększało szanse na sukces również w wyborach prezydenckich, ale cena polityczna tego wyboru była oczywista i niemała: zdecydowany spadek zaufania ze strony PO co do intencji potencjalnego partnera, a zarazem zaciągnięcie kredytu politycznego u Samoobrony i LPR, który trzeba będzie po wyborach spłacić. Dodatkowo zaciągnięcie kredytu politycznego u Samoobrony wiązało się z łatwym do przewidzenia spadkiem wiarygodności jednego z podstawowych haseł wyborczych PiS o zainicjowaniu rewolucji moralnej w polskiej polityce i zamknięciu do niej drogi przestępcom. Rewolucja moralna w sojuszu z Andrzejem Lepperem i jego ugrupowaniem staje się karykaturą tego, co obiecywano w kampanii parlamentarnej.

Mimo tych łatwych do przewidzenia kosztów, kierownictwo PiS wybrało opcję zwiększenia szans sukcesu Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich przez pozyskanie deklaracji poparcia Leppera z jednej strony, a środowiska Radia Maryja z drugiej. Lech Kaczyński wygrał, głównie dzięki głosom zdyscyplinowanego elektoratu Samoobrony, a zatem - z tego punktu widzenia - decyzja była trafna. Jednak dla stworzenia koalicji okazała się ona zabójcza. Gdyby Lech Kaczyński nie zwyciężył, w zasadzie nic by się nie stało: droga do koalicji nadal stałaby otworem, a kredyt polityczny wobec Leppera i Rydzyka zostałby anulowany. Jednak kandydat PiS wygrał i kredyt został skonsumowany. To w tym momencie pękła koalicja, nim jeszcze formalnie została nawiązana. I w tym momencie wyborcy, którzy dali wiarę zapewnieniom o uformowaniu stabilnego rządu na szerokiej podstawie parlamentarnej koalicji PO i PiS, zostali oszukani.

Głosowanie PiS przeciwko kandydatom PO na marszałka Sejmu i wicemarszałka Senatu oraz poparcie Leppera na stanowisko wicemarszałka Sejmu było początkiem spłacania zaciągniętego wcześniej kredytu politycznego, a nie skutkiem obrażenia się braci Kaczyńskich na wypowiedzi Bronisława Komorowskiego czy Stefana Niesiołowskiego. Rasowy polityk odróżnia retorykę polityczną od realnych działań, a trudno odmówić Jarosławowi Kaczyńskiemu kwalifikacji politycznych. Retoryka polityczna adwersarza może być wykorzystana jako alibi dla własnych działań, ale nie jako ich rzeczywista przyczyna. Przyczyny trudności w zawiązaniu jedynej rozsądnej koalicji tkwią więc gdzie indziej. Gdzie? Aby na to pytanie odpowiedzieć, należy - jak sadzę - spróbować zastanowić się, jak ów podwójny sukces wyborczy PiS może wykorzystać w dalekosiężnych planach politycznych, być może nie do końca jeszcze sprecyzowanych.

Zderzaki i poduszka powietrzna

Osobą, która w tej chwili dysponuje największą władzą w Polsce, jest Jarosław Kaczyński. To on rekomendował na stanowisko premiera Kazimierza Marcinkiewicza i jemu Lech Kaczyński meldował po wygranych wyborach prezydenckich wykonanie zadania. Konstytucyjnie nie ma żadnej władzy; jest tylko posłem i szefem partii, która w wyborach parlamentarnych osiągnęła zaledwie nieznaczną przewagę. Nie jest nawet szefem klubu parlamentarnego PiS. A jednak to w jego rękach spoczywają wszystkie decyzje nadające kierunek i dynamikę życiu politycznemu w Polsce. Zaiste komfortowa to sytuacja dla polityka: sprawować władzę bez konstytucyjnej odpowiedzialności. To nieporównanie lepsza pozycja niż Mariana Krzaklewskiego w czasach nieszczęsnej AWS. Wszak, jak zapowiedział Lech Kaczyński, brat będzie jego najważniejszym doradcą. Jarosław Kaczyński ma więc władzę bez odpowiedzialności. Oznacza to, że w przypadku niepożądanego obrotu spraw ma zawsze miejsce i czas na manewr polityczny. Tak jak Lech Wałęsa, który bez ogródek mówił o “teorii zderzaków". Dziś mamy w istocie powtórzenie tej sytuacji, tyle że gra prowadzona jest misterniej i dlatego nieco trudniej się w niej połapać.

I na dodatek, w odróżnieniu od Wałęsy, Jarosław Kaczyński ma nie tylko “zderzaki", ale także (by pozostać przy tej samochodowej metaforze) “poduszkę powietrzną" w postaci prezydenta-elekta, a niebawem - prezydenta.

Do czego ta potężna koncentracja władzy zostanie wykorzystana? Tego oczywiście nie wiemy. Być może nawet stratedzy PiS nie mają jeszcze jasności, w jakim kierunku zmierzają i jak wykorzystają owe dary wyborczej fortuny. Kilku publicystów mówi o planach budowy szerokiej, prawicowej formacji, która na trwałe wkomponowałaby się w system reprezentacji interesów politycznych. Z pewnością hipoteza ta musi być poważnie brana pod uwagę, zwłaszcza że Jarosław Kaczyński otwarcie mówi, iż jego priorytetem jest budowanie i rozwijanie partii. Czy zatem władza ta wykorzystana będzie w interesie jednej partii? Gdyby tak miało się stać, byłaby to bardzo niedobra wiadomość dla Polaków, zwłaszcza dla tej ich części, która żywi odmienne przekonania polityczne i ideowe. Można by wówczas spodziewać się pogłębienia podziału ujawnionego w ostatnich wyborach.

Solidarni czy sarmaccy

W drugiej turze wyborów prezydenckich rywalizowali kandydaci wywodzący się z “Solidarności". Zatem podział na postkomunistów i postsolidarnościowców nie miał w tej kampanii znaczenia, bo nie różnicował kandydatów. Sztab wyborczy PiS wprowadził do kampanii podział na Polskę solidarną (którą miał reprezentować kandydat PiS) i liberalną (którą miał reprezentować kandydat PO), co było zręcznym zabiegiem socjotechnicznym. W tak zdefiniowanym podziale Lech Kaczyński miał możliwość odwoływania się do mitu “Solidarności", a zarazem mógł występować w roli reprezentanta szerokich warstw społecznych, niezadowolonych z rosnących nierówności społecznych. Tymczasem Donalda Tuska wtłaczano w ubranko samolubnego liberała, dbającego jedynie o interesy bogatych kosztem uzasadnionych potrzeb ludzi biednych (ilustracją tego były obrazki z pustoszejącymi lodówkami zwykłych obywateli i mdlejącymi pluszakami). Podział ten był użyteczny jako technika mobilizowania szerokiego poparcia dla Lecha Kaczyńskiego, ale nie jest zbyt dobrym narzędziem opisu rzeczywistości społecznej.

Jan Rokita określa strony tego podziału jako “Sarmatów" i “reformatorów" oraz nawołuje do stworzenia - dzięki koalicji PO i PiS - liberalno-konserwatywnej syntezy tych dwóch nurtów. Nawoływanie to, jeśli pominąć werbalne deklaracje, pozostanie prawdopodobnie bez echa. Jedyna synteza, jaką dzisiaj skłonny byłby poprzeć Jarosław Kaczyński, to aneksja PO. Synteza na zasadzie równowagi sił nie jest dla PiS interesująca, bowiem byłaby przeszkodą w realizacji planu budowy szerokiej ludowo-narodowej formacji politycznej pod przywództwem braci Kaczyńskich. Dodatkowo sama Platforma jest już syntezą konserwatywno-liberalną i właśnie dzięki temu zyskała poparcie większe, niż mogłaby uzyskać partia o profilu “czysto" liberalnym.

Elektorat dla dużej formacji

Wydaje się, że podział ujawniony przez wybory prezydenckie przebiega nie pomiędzy konserwatyzmem a liberalizmem, a tym bardziej nie między solidaryzmem a liberalizmem. W programie PO też są elementy solidaryzmu społecznego, tyle że droga do solidarności wiedzie przez sukces jednych, który ma za sobą pociągnąć sukcesy kolejnych. Tymczasem solidaryzm w wydaniu PiS jest definiowany odmiennie: to politycy sprawujący władzę powinni decydować o tym, kto i w jakim zakresie będzie solidarnie dzielił się z tymi, którym wiedzie się gorzej. Solidaryzm PO opiera się na wierze w żywotność społeczeństwa, zaś solidaryzm PiS - na wierze w państwo i jego sprawczą moc. Ta odmienna perspektywa nakłada się na wiele wymiarów podziałów strukturalnych i mentalnych realnie istniejących w naszym społeczeństwie. Odnajdujemy więc podziały na osi miasto-wieś, na katolicyzm ludowy i otwarty, na tradycjonalistów i modernistów czy wreszcie na bardziej wykształconych i postrzegających otwarcie na świat jako szansę oraz mniej wykształconych i widzących otwarcie Polski na świat w kategoriach zagrożenia.

Tym, co te części społeczeństwa odróżnia, jest sposób definiowania sprawiedliwości społecznej. Dla jednych sprawiedliwe jest to, by wszyscy dostawali mniej więcej po równo niezależnie od osobistych “wkładów", dla innych - by wszyscy otrzymywali “zwroty" proporcjonalne do “nakładów". Pierwsi, których dla uproszczenia nazwę egalitarystami, nie chcą, by państwo wycofywało się z redystrybucji bogactwa narodowego, która powinna mieć coraz bardziej egalitarny charakter. Inni, kierujący się merytokratyczną zasadą sprawiedliwości społecznej, uważają, że osoby bardziej utalentowane, pracowite, inwestujące w kwalifikacje i wykształcenie powinny uzyskiwać więcej niż ci, którzy nie palą się ani do nauki, ani do pracy. Państwo nie powinno więc zbyt silnie ingerować w redystrybucję bogactwa narodowego, bowiem ingerencja taka narusza merytokratyczną zasadę sprawiedliwości, a także upowszechnia klientelizm polityczny.

Te różne wymiary podziałów społecznych kumulują się na osi egalitarno-merytokratycznej. “Egalitaryści" są na ogół mniej wykształceni, starsi, mieszkają w większości na wsi i w małych miastach, przeważają wśród nich osoby przywiązane do tradycyjnych form bytowania, nieufnie odnoszące się do otwarcia Polski na świat. Tymczasem “merytokraci" są lepiej wykształceni, młodsi, mieszkają głównie w wielkich miastach i nie boją się świata. W naszym społeczeństwie ciągle egalitarystów jest więcej niż merytokratów. Mobilizacja tego elektoratu i skupienie go wokół jednej partii zapewnia więc sukces wyborczy. Ponieważ ta sztuka udała się Jarosławowi Kaczyńskiemu, pojawiła się myśl, by ów elektorat przywiązać do PiS bardziej trwale.

Tak więc kredyt polityczny zaciągnięty przez Kaczyńskiego u Leppera i Giertycha ma w tej perspektywie charakter krótkoterminowy, by nie powiedzieć - doraźny. Kiedy uda się zatrzymać tę część elektoratu Samoobrony i LPR przy PiS - a tym samym zmarginalizować tamte partie - dalsze spłacanie kredytu nie będzie już potrzebne, a politycznie niewygodne alianse będzie można zerwać.

Jednak rachuby te, jeśli ich rekonstrukcja jest poprawna, mogą okazać się zawodne. Elektorat, na bazie którego miałaby powstać taka duża i stabilna formacja ludowo-narodowa, ma szczególny charakter: jest on w dużej mierze roszczeniowy, w swoich wyborach politycznych kierujący się raczej emocjami niż trwałymi zasadami ideowymi. Aby go utrzymać, trzeba będzie owe roszczenia zaspokajać, a jeśli nie będzie to możliwe ze względów ekonomicznych (a zapewne nie będzie), to narastającą frustrację i negatywne emocje trzeba będzie skierować na jakiś cel zastępczy. W przeciwnym razie grozi wpadnięcie w koleiny AWS-u z wiadomym zakończeniem.

Za mało sił do odnowy

W tym kontekście rząd Marcinkiewicza skazany jest wcześniej czy później na kryzys gabinetowy. Spodziewać się go należy zwłaszcza wtedy, gdy Lepper i Giertych zorientują się, że tracą bazę społeczną na rzecz PiS. Jarosław Kaczyński ma zapewne jakiś plan B na tę właśnie okoliczność. Można przypuszczać, co on zawiera. Jeśli sondaże nie wykażą wyraźnego i stabilnego wzrostu poparcia dla PiS, może to być np. ponowne wyciągnięcie ręki w stronę PO, tym razem na warunkach, które będą do zaakceptowania dla Platformy. Z łatwością będzie można poświęcić Leppera i jego stanowisko wicemarszałka Sejmu w zamian za zyskanie czasu, zwłaszcza że przekonujące uzasadnienie dla swojego odwołania Lepper zapewne dostarczy sam. Jeśli sondaże będą korzystne dla PiS, kryzys gabinetowy rozwiązać można np. przedterminowymi wyborami, co nie powinno być specjalnie trudne w sytuacji, gdy prezydentem będzie Lech Kaczyński. W każdym razie Jarosław Kaczyński zawsze może liczyć na to, że w sytuacji kryzysowej ma możliwość manewru: może wymienić “zderzaki", może też liczyć na to, że “poduszka powietrzna" w Pałacu Prezydenckim skutecznie zamortyzuje skutki ewentualnego zderzenia.

A co z zapowiadaną odnową życia publicznego, rewolucją moralną, rozbiciem nieformalnych układów odziedziczonych po PRL, walką z korupcją, usprawnieniem wymiaru sprawiedliwości i aparatu ścigania, milionami mieszkań, obniżeniem podatków i uzdrowieniem służby zdrowia? Działania w tym kierunku oczywiście zostaną podjęte, niektóre z nich zapewne zakończą się spektakularnymi sukcesami (te są konieczne dla utrzymania wyborców wyłuskanych z elektoratu Samoobrony i LPR). Będzie to jednak rząd zdany na igraszkę doraźnych koalicji interesów partyjnych w Sejmie. A ryzyko kryzysu gabinetowego towarzyszyć będzie każdej inicjatywie rządowej wymagającej akceptacji Sejmu. To nie jest dobra sytuacja, jeśli myśli się o zasadniczej sanacji państwa. Poważna rozprawa z patologiami będzie napotykać na opór zagrożonych grup interesu, tym skuteczniejszy, im słabszy politycznie będzie rząd. Dlatego należy sceptycznie podchodzić do deklaracji odnowy życia publicznego. Bez stabilnej większości parlamentarnej deklaracje te są zawieszone w próżni.

***

Czy możliwe jest, mimo wszystko, powstanie koalicji PO i PiS? W obecnej sytuacji jest mało realne, choć nie można tego całkowicie wykluczyć. Wyjściem z impasu mogłaby być swoista opcja zerowa, czyli ponowne wybory marszałka i wicemarszałków Sejmu oraz wicemarszałków Senatu. Tylko w ten sposób przywrócić można minimum zaufania, bez którego koalicja tych dwóch partii nie może dobrze funkcjonować. Sformowanie tej koalicji należy się wyborcom, wobec których liderzy obu ugrupowań składali deklaracje współpracy. Jest ono także potrzebne naszemu krajowi, który naprawdę wymaga naprawy.

Jeśli więc główny cel, dla którego obie partie szły po władzę, nie przestał być istotny, to poczucie odpowiedzialności za Polskę powinno przeważyć nad wąsko definiowanymi interesami partyjnymi. Politycy PiS i PO dostali od wyborców ogromny kredyt zaufania, wzbudzili też wśród Polaków nadzieję na życie w kraju lepiej rządzonym. Na PiS, jako zwycięzcy, spoczywa podwójna odpowiedzialność, bowiem to ta partia ma inicjatywę. Znaczna część tego początkowego kredytu zaufania już została roztrwoniona, ale nie przestaję wierzyć, że interes Polski nie dozna uszczerbku w partyjnych rozgrywkach. Opcja zerowa brzmi dzisiaj jak naiwne fantazjowanie. Czy będzie tak również wtedy, gdy PiS zacznie mieć kłopoty z Lepperem? Nie wiem.

Prof. EDMUND WNUK-LIPIŃSKI (ur. 1944) jest socjologiem polityki oraz wykładowcą w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas w Warszawie. Zajmuje się m.in. badaniem konsekwencji radykalnej zmiany ustrojowej. Wydał ostatnio: “Świat międzyepoki. Globalizacja, demokracja, państwo narodowe" (2004).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2005