Ostrzykani

Dziś, w odróżnieniu od większości dyskutantów, spróbujemy nie odpowiedzieć na pytania, kto był de facto przywódcą Solidarności ani kto wprowadzał Polskę do Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Czyta się kilka minut
Stanisław Mancewicz / / Fot. Grażyna Makara /
Stanisław Mancewicz / / Fot. Grażyna Makara /

Otóż mniemamy z całą mocą, że są to pytania interesujące tylko dla bardzo wąskiego grona, oderwanego gruntownie od naszych przemiłych mas. Przemiłym masom jest całkowicie obojętne, któż to był przywódcą Solidarności i z jakiej to okazji znaleźliśmy się w NATO, dlatego właśnie – jak pokazuje praktyka – pytania o te detale można publicznie stawiać wielokrotnie oraz bezkarnie dowolnie na nie odpowiadać.

Wiele jest pytań dotyczących historii naszego kraju. Trudnych i łatwych. Na wiele, a nawet rzec można – na żadne z nich – nie ma kanonicznej, obowiązującej wszystkich odpowiedzi, prócz może tych związanych z okolicznościami i datą bitwy pod Grunwaldem. I chyba dlatego historia Polski jest w świadomości społeczeństwa bardziej kategorią z krainy mitu niźli dziedziną nauki. Bardzo porządnie się utrwaliło, że każda okoliczność historyczna może podlec tu modyfikacji. Doświadczenie społeczeństwa naszego w kombinacjach przy jego historii jest bodaj największe w Europie. Mniej więcej co pół pokolenia dostaje ono coś innego do wierzenia i co innego do niewierzenia, co innego do świętowania i coś innego do gardzenia, kogoś innego do patronowania i takoż kogoś innego do opluwania. Role postaci i wydarzeń zmieniają się w ekspresowym tempie, a ich interpretacje gonią się jak białe myszy. Zawsze z takich okazji pojawia się emocja łącząca: jednym w tych sporach wydaje się, co głoszą, że nieładnie jest kłamać, drugim, że komukolwiek ich interpretacja otwiera oczy.

Otóż smutna prawda jest taka, że w Polsce ładnie jest kłamać, ale i tak prawie nikogo to nie obchodzi. Choć może nie do końca. Wiele razy opisywanym zjawiskiem jest działalność grup rekonstruujących zdarzenia historyczne. Jest to bodaj największa aktywność tego typu na kontynencie. Są one, owe grupy, być może instynktowną próbą poradzenia sobie ze zmieniającym się bezustannie smakiem i składem serwowanej masom karmy historycznej. Jest to być może forma samoobrony jakiejkolwiek. Otóż rekonstrukcje owe – siłą rzeczy – są odtworzeniami tylko elementów fizycznych. Musi się w nich zgadzać stuprocentowo krajobraz wiejski bądź miejski, model menażki, giwery i guzika munduru. Prawda jest taka, że jest to maksimum tego, co rekonstruktor jest w stanie w sprawie prawdy historycznej zrobić, dla siebie i dla ojczyzny. W kwestiach interpretacji poważniejszych jest bezradny jak dziecko, i dlatego może owe spektakle wydają się dowodem na gruntowne zdziecinnienie rzesz dorosłych facetów i babek w tym uczestniczących. Nawiasem: i tu zdarza się coraz częściej bujda na resorach, czysta fikcja i coś, co byśmy byli skłonni nazwać – fantazją chorobliwą. Dobrym przykładem był ów ślub dawnego bohatera, z udziałem nie zrekonstruowanych, a najprawdziwszych osobników ze sfer partyjno-rządowych.

Na koniec zwierzamy się publicznie, że niestety nie mamy żadnej cudownej receptury, by ów stan zmienić, by znaleźć jakąkolwiek radę na bezustanne ostrzykiwanie nas botoksem nowej wiary, zastępującej wiedzę. Jest na to wyłącznie rada prastara: jeżeli ktoś daje nam cokolwiek do wierzenia, trzeba natychmiast zapoznać się z dokumentacją zebraną przez poprzedników. Naturalnie systemik ów ma wady, nader często bowiem kłamią jedni i drudzy, poprzednicy i ich następcy. Stan ów i metoda mają takoż zaletę: oto teoretycznie winniśmy być gruntownie zorientowani we wszystkich kłamstwach na nasz własny temat. To, owszem, niewiele, ale zawsze coś. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 30/2016