Ostatnie ochłapy. Czy sektor publiczny w Polsce przetrwa?

Weszliśmy w orbitę Zachodu akurat wtedy, gdy idea państwa dobrobytu i jego silnych instytucji zaczęła popadać w kryzys. Nasi politycy starają się jednak – ponad podziałami – wydatnie przyspieszyć ich pogrzeb.
Czyta się kilka minut
Protest pod hasłem "Polityka tworzy armię pielegniarek z tektury". Warszawa, 6 czerwca 2024 r. // fot. Marysia Zawada / REPORTER
Protest pod hasłem "Polityka tworzy armię pielegniarek z tektury". Warszawa, 6 czerwca 2024 r. // fot. Marysia Zawada / REPORTER

Nikt z nas nie wie, czy ludzie żyjący 200, 500 czy 1000 lat temu byli bardziej szczęśliwi od nas. Naturalnie można ulec opowieściom spod znaku memicznej frazy „kiedyś to były czasy”, tyle że zawsze będzie to tylko konstrukt poza możliwością weryfikacji. Jedyne, co możemy próbować oszacować, to dane dotyczące przeciętnego poziomu dochodów i ich rozkładu w społeczeństwie, liczby spożywanych dziennie kalorii czy też średniej oczekiwanej długości życia. Choć trudno wnioskować z nich o poziomie społecznego szczęścia, możemy założyć, iż wyższe i bardziej stabilne dochody oraz ogólnodostępna opieka zdrowotna mają niebagatelny wpływ na jakość i długość życia.

Patrząc z tej perspektywy, druga połowa XX wieku w świecie Zachodu, którą kojarzymy z koncepcją tzw. państwa dobrobytu i ustrojem demokracji liberalnej, wydaje się jednym z najlepszych momentów w historii ludzkości. Widać to choćby po zmianie średniej oczekiwanej długości życia, która w powojennej Europie na przestrzeni półwiecza urosła o ok. 20 lat. Co prawda, jeśli przyjrzymy się bliżej tej zmianie, zobaczymy, że była ona spowodowana nie tylko dłuższym życiem, ale też radykalną poprawą w zakresie przeżywalności dzieci – nie neguje to jednak hipotezy, że co do zasady ludzki los po II wojnie światowej stał się o wiele bardziej znośny. Przynajmniej na globalnej Północy.

Co nam daje państwo

Sukces ten osiągnięto dzięki instytucjom. Można się spierać z ubiegłorocznymi laureatami ekonomicznego Nobla Daronem Acemoğlu, Simonem Johnsonem i Jamesem Robinsonem, czy faktycznie rozwój państw zależy głównie od poziomu działających w nim instytucji, jednak trudno polemizować ze stwierdzeniem, że odegrały one w procesie poprawy warunków życia pozytywną rolę.

Czym te instytucje właściwie są? To w uproszczeniu normy i reguły porządkujące życie społeczne, polityczne i gospodarcze, oraz narzędzia, które służą do ich wdrażania. Mowa tu choćby o wymiarze sprawiedliwości, publicznej ochronie zdrowia czy edukacji, wreszcie o całej administracji publicznej, której zadaniem jest wdrażanie konkretnych rozwiązań oraz procedur. Instytucje to zatem w jakimś sensie zarówno prawo oraz regulacje, jak i ludzie, którzy odpowiadają za ich stosowanie.

Nie ma bowiem sprawnych instytucji bez dobrze działającego sektora publicznego – urzędników i inspektorów, ale też sędziów i prokuratorów, nauczycieli i naukowców, lekarzy i pielęgniarek, bibliotekarzy i animatorów kultury, policjantów i strażaków, czy wreszcie pracowników publicznych mediów. Wszystko to współtworzy nam państwo – metainstytucję, której wspólnym zadaniem jest ochrona interesów obywateli. W pierwszym rzędzie tych najsłabszych, którzy sami nie są w stanie się obronić.

Nie powinno być zatem żadnym zaskoczeniem, iż sprawne funkcjonowanie państwa zależy w dużym stopniu od jakości kadr sektora publicznego. Problem pojawia się w momencie, w którym przestają one bronić najsłabszych i najbardziej defaworyzowanych przed różnymi wpływowymi grupami interesu. Kiedy instytucje, których zadaniem jest eliminacja ze stosunków społecznych przemocy, same tej przemocy zaczynają ulegać, lub co gorsza – stosować ją. Trzeba mieć oczywiście świadomość różnic pomiędzy nauczycielką sumiennie wykonującą swoje obowiązki w gminnej szkole a skorumpowanym dyrektorem ds. planowania przestrzennego w dużym mieście, jednak nieefektywność instytucji wpływa na społeczne postrzeganie całego sektora publicznego, niezależnie od cząstkowych „zasług”.

Jak doszło do degradacji sektora publicznego

Kłopot robi się jeszcze większy, kiedy osoby z sektora publicznego przyzwalają na demontaż tworzonych przez siebie instytucji. Kiedy zamiast strzec interesu publicznego, wybierają indywidualne profity. Kiedy umożliwiają poszczególnym podmiotom prywatyzację korzyści przy jednoczesnym upublicznianiu kosztów, co widać m.in. w ochronie zdrowia. Kiedy wreszcie publicznie akceptują antysolidarnościowe praktyki. 

Patrząc na historię polskiej transformacji ustrojowej, inteligencja stanowiąca ważny element sektora publicznego stanęła w praktyce po stronie interesów międzynarodowego kapitału. Mniejsza o motywy – czy przedstawiciele wspomnianej warstwy społecznej zrobili to ideowo, czy z pragmatycznych pobudek, czy też z czystej nieświadomości. Zresztą wszystkie te odpowiedzi się nie wykluczają – mogli bowiem mieć fałszywe przekonanie o dziejowej konieczności takiego „ustawienia się” w nowej rzeczywistości, licząc naiwnie, że będą w stanie z tego jakoś skorzystać.

Niewykluczone, że bezwarunkowe poparcie dla polityki mocnego zaciskania pasa u progu przemian we wczesnych latach 90. XX wieku było najpoważniejszym błędem, który ta grupa popełniła. Nie dostrzegła bowiem procesu demontażu państwa dobrobytu, jaki równolegle rozpoczął się na Zachodzie. Dodatkowo w Polsce sektor publiczny startował ze znacznie gorszej pozycji, gdyż był społecznie kojarzony jako sojusznik starej i niewydolnej władzy komunistycznej. Te dwa powody były wystarczające, by wygenerować dość szybko społeczny gniew wobec przemian i resentyment.

W efekcie cała historia III RP to proces postępującej degradacji społeczno-ekonomicznej sektora publicznego. Miał on dostać to, na co sobie „zasłużył” w latach PRL-u i w czasie transformacji.

Język taniego państwa łączy przeciwników politycznych

Ta opowieść wymaga zniuansowania – inaczej potoczyły się losy nauczycieli czy gminnych urzędników, a inaczej prawników oraz lekarzy. Jeśli jednak pominiemy zwłaszcza tę ostatnią grupę, zobaczymy dość wyraźnie pogłębiającą się zapaść statusu tzw. budżetówki – proces ten przyśpieszył zwłaszcza na początku XX wieku. Symbolicznym momentem upadku była afera Rywina i publiczne zanegowanie mitu o czystości intencji i niekwestionowanej, opiniotwórczej roli środowiska, umownie skupionego wokół „Gazety Wyborczej”. Nie jest przypadkiem, iż partie polityczne, które przejęły władzę po wyborach 2005 roku (i dzierżą ją po dziś dzień), budowały się w opozycji do starych, postkomunistycznych/postsolidarnościowych elit, które porządkowały życie polityczne przez pierwsze 15 lat po Okrągłym Stole.

Jeśli bowiem przyjrzymy się czy to Akcji Wyborczej Solidarność, czy to Sojuszowi Lewicy Demokratycznej z tamtego okresu, znajdziemy tam jeszcze odwołania do etosu sektora publicznego. Zarówno Platforma Obywatelska, jak i Prawo i Sprawiedliwość wyraźnie się od tego odcięły. PO pozycjonowała się jako partia liberalna, reprezentująca interes małych i średnich przedsiębiorców, patrzących często na instytucje jak na narzędzie opresji. Dla odmiany PiS widział się jako partię solidarną, mówiącą głosem ludu. Oba ugrupowania operowały jednak zgodnie językiem deregulacji i taniego państwa (program 500 plus był przecież trochę wyrazem przekonania, iż państwo nie ma własnego pomysłu na instytucjonalne wsparcie dla dzieci). W konsekwencji urzędnicy, pracownicy instytucji kultury oraz nauczyciele w pewnym momencie stracili nawet tych deklaratywnych, politycznych obrońców.

Zjawisko to było wzmacnianie poprzez otwarcie się na globalny kapitalizm, które nastąpiło zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Zaczęliśmy wtedy jako kraj doświadczać z kilkunastoletnim opóźnieniem podobnych co na Zachodzie procesów przechwytywania instytucji przez kapitał i wielkie korporacje, choć mechanizm ten dostrzegalny był już od samych początków naszej transformacji. Przed dwoma laty na łamach „Tygodnika” pisałem, jak wyglądało to na przykładzie państwowych inspekcji, które obecnie są często cieniem samych siebie sprzed lat i nie są w stanie reagować na łamanie prawa.

Kampania wyborcza uczyniła z państwa wroga

Trudno się zatem dziwić, że po upływie 20 lat, w czasie których w przestrzeni publicznej toczyła się najpierw rywalizacja o uwagę państwa pomiędzy sektorem małych i średnich przedsiębiorstw i robotnikami, a od potem także nową grupą profesjonalistów, zatrudnionych w globalnych korporacjach – sektor publiczny stawał się coraz bardziej politycznym sierotą. Efekt nie może zaskakiwać – dziś dominującą opowieść o ludziach w nim zatrudnionych można przedstawić przy użyciu takich słów jak „darmozjady” czy „nieroby”. Niespecjalnie opłaca się nawet z tym walczyć.

Swoistym paradoksem jest fakt, że po wejściu do UE wielu pracowników sektora publicznego przeszło proces profesjonalizacji. Oczekiwania wobec urzędnika pracującego dla ministerstwa czy urzędu marszałkowskiego nie różnią się wcale od tych, które musi spełnić kandydat myślący o pracy w branży konsultingowej. Podobny mechanizm dotyczy nauczycieli – na przestrzeni ostatnich lat spora ich grupa zainwestowała w rozwój własnych kompetencji. Co prawda dziś często pracują w szkołach niepublicznych, ale dokształcali się jeszcze jako nauczyciele sektora publicznego. Tyle że taki przekaz o profesjonalizacji kadr jest kompletnie nie do opowiedzenia w mediach – niewielu uwierzy, że te „nieroby” nie tylko pracują, ale także wykazują jakąś proaktywność, znaną z języka korporacji.

Dlaczego jednak piszę o tym teraz, niedługo po II turze wyborów prezydenckich? Powód jest prosty – tak jak przez ostatnie 20 lat społeczeństwo wyrażało wobec sektora publicznego désintéressement albo niechęć, tak ostatnia kampania uczyniła z państwa, a co za tym idzie pośrednio także i sektora publicznego, wroga. Istnieje wiele powodów, dla których rząd Donalda Tuska nie cieszy się społecznym zaufaniem (co więcej, nie otrzymał nawet tradycyjnej premii za zwycięstwo, bo jego notowania spadały w zasadzie od samego momentu przejęcia sterów władzy), zaryzykowałbym jednak hipotezę, że bardzo ważny był nie tylko brak realizacji większości ze 100 wyborczych konkretów, ale też – paradoksalnie – spełnienie, i to na samym początku (!), jednego z nich w postaci podwyżek dla nauczycieli, i w ogóle sfery budżetowej. Muszę uczciwie przyznać, że byłem szczerze zszokowany nie tyle samą podwyżką, co jej skalą. Ktoś może słusznie wskazać, iż wzrost wynagrodzeń o 30 proc. to w ogromnej mierze waloryzacja płac po okresie wysokiej inflacji – tyle że tak skokowego wzrostu wynagrodzeń realnych spora część sektora publicznego nie zanotowała nigdy wcześniej w historii III RP.

Mentzen, Brzoska i Nawrocki na fali

Skądinąd w 2024 roku płace realne rosły dynamicznie w całej gospodarce, nie jest zatem tak, że tylko nauczyciele czy urzędnicy doznali jakiegoś dochodowego eldorado. Wiemy jednak, że ogromny wpływ na naszą percepcję rzeczywistości mają wartości relatywne – kiedy innym pensje rosną tak samo jak nam, mamy poczucie, że nasze stoją w miejscu. Jeśli jeszcze rosną tak samo „darmozjadom”, to możemy mieć nawet odczucie, jakby nasze dochody spadły. Nie twierdzę, że było to główne źródło niechęci wobec rządu, ale naprawdę nie wykluczam, iż czynnik ten mógł odegrać pewną rolę. Tym bardziej że niemal wszyscy kandydaci w ostatnich wyborach podbijali antyinstytucjonalnego, antypublicznego bębenka. Wisienką na torcie był postulat Sławomira Mentzena, by zlikwidować NFZ. Kandydaci nie byli jednak w tych pomysłach osamotnieni – widząc społeczną emocję także premier Tusk, powołując zespół deregulacyjny pod przewodnictwem Rafała Brzoski, wskoczył na tę antyinstytucjonalną falę.

Kampania przed drugą turą wyborów wyraźnie pokazała, że decydujący głos w polskiej polityce przejęła właśnie ta emocja, reprezentowana przez takich polityków jak Sławomir Mentzen czy Grzegorz Braun. To o ich wyborców walczyli Karol Nawrocki i Rafał Trzaskowski, i to prawdopodobnie właśnie Nawrocki okazał się w swojej antyinstytucjonalności bardziej wiarygodny. Co prawda niewiele wiemy o prawdziwych poglądach prezydenta elekta, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, iż nie jest on ambasadorem myślenia państwowo-instytucjonalnego. Z podobnym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że rząd, który ukonstytuuje się po następnych wyborach parlamentarnych, będzie prezentował podobną optykę.

Szansa dla Adriana Zandberga

To jednak oznacza, że wspomniana wyżej podwyżka dla wielu przedstawicieli budżetówki mogła być ostatnią, jaką zobaczą oni w swoim zawodowym życiu. Nie będzie już raczej tak, jak w latach 2005-2025, kiedy ta grupa zawodowa mogła liczyć raz na jakiś czas na ochłapy spadające z pańskiego stołu. Znaki na niebie i ziemi wskazują, że wchodzimy w okres głodzenia sektora publicznego. To zaś rodzi pytanie natury politycznej – czy pracownicy budżetówki przyjmą społeczny wyrok na samych siebie, czy podejmą walkę?

Nie wiem, czy ma ona jakiekolwiek szanse powodzenia, ale po raz pierwszy od lat pojawił się lider polityczny, który jest gotowy, aby interes budżetówki wziąć na swoje sztandary. Jest nim Adrian Zandberg, który w przeciwieństwie do starej, liberalnej Nowej Lewicy, próbuje odwołać się do interesu klasowego: nie tylko robotników, ale też budżetówki. W sytuacji, w której prawica wydaje się opuszczać pozycje „solidarystyczne”, pojawia się przestrzeń do zagospodarowania.

Nie jest ona taka mała – można w niej zbudować partię, która zgromadzi nawet kilkanaście procent elektoratu. W końcu w sektorze publicznym zatrudnionych jest ok. 3,5 miliona pracowników. Pozostaje pytanie, czy lider partii Razem będzie w stanie podtrzymać swoje poparcie z wyborów prezydenckich i przekuć je na te parlamentarne – to wcale nie jest takie oczywiste. Po drugie, czy uda mu się stworzyć przekonującą opowieść, która nada budżetówce wspólną tożsamość? Dziś grupa ta jest bardzo niejednorodna i nie ma jakiejś wielkiej samoświadomości „klasowej”. Co istotne, aby ta narracja mogła stać się maksymalnie inkluzywną, musi przesunąć postulaty światopoglądowe na dalszy plan. A to też nie będzie proste.

Wszystkie wspomniane zadania wydają się bardzo trudne, choć niekoniecznie niewykonalne. Tym bardziej że w dobie rekonfiguracji polskiej sceny politycznej mogą pojawić się nieoczywiści sojusznicy, jak choćby walcząca z deweloperskimi i bankowymi lobbystami minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z Polski 2050. Jej partia właśnie rozstała się z PSL (chyba najbardziej klientelistyczną partią III RP) i będzie szukać nowej opowieści. Wydaje się, że narracja spod znaku troski o publiczne instytucje jawi się dla jej politycznego środowiska jako sensowna alternatywa. Paradoksalnie bowiem im bardziej nowa prawica, ale także liberałowie, będą uderzać w antyinstytucjonalne tony, tym łatwiej będzie wzbudzić gniew sektora publicznego. Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości – jeśli w Polsce ma w ogóle powstać „partia sektora publicznego”, właśnie pojawiają się sprzyjające ku temu warunki.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ostatnie ochłapy