Opium dla masy. Dlaczego bieganie jest przyjemne

Jeżeli przyjąć, że na przyjemność powinno się zasłużyć, najsprawiedliwszą z rozkoszy będzie euforia towarzysząca biegaczom.

03.08.2023

Czyta się kilka minut

Triathlonistka Sarah Piampiano podczas treningu do wyścigu Iron Man. Kalifornia, 26 maja 2020 r. / EZRA SHAW / GETTY IMAGES
Triathlonistka Sarah Piampiano podczas treningu do wyścigu Iron Man. Kalifornia, 26 maja 2020 r. / EZRA SHAW / GETTY IMAGES

Od kilkunastu dni żar lał się z nieba. Dopiero gdy sierpniowe słońce zbliżyło się do horyzontu, założyłem buty do biegania i wytoczyłem na zewnętrz ociężałe od upału cielsko. Plan treningowy na tamten dzień zakładał osiem kilometrów. Po raz pierwszy w życiu miałem pokonać biegiem więcej niż pięć kilometrów i prawdę mówiąc nie wierzyłem, że uda mi się zrealizować to założenie przy tak niesprzyjającej pogodzie.

Pierwsze trzy kilometry, zgodnie z obawami, okazały się katorgą. Rozgrzane powietrze kleiło się do skóry. Stopy wychwytywały każdą nierówność terenu i gubiły rytm. Spodenki nagle zrobiły się za małe, koszulka – krzywo uszyta. Lewy but uciskał podbicie stopy, podczas gdy prawy był zasznurowany – okazało się – zbyt luźno, chociaż przysiągłbym, że oba zawiązałem jednakowo starannie. Po dwudziestu minutach walki, rozczarowany samym sobą, postanowiłem przerwać, a może nawet przestać na zawsze.

Wtedy zjawiły się meszki. Za nimi bąki, gzy i reszta łąkowego towarzystwa czającego się w wysokiej trawie na wszystko, co porusza się dość wolno, żeby dało sobie utoczyć krwi na kolację. Niespodziewanie zniknął też upał i zadyszka, nawet ucisk w bucie. Ścigany przez wygłodniałe owady gnałem ścieżką pośród traw w stronę domu, zupełnie nieświadomy tego, że przestałem czuć zmęczenie. Płuca pracowały miarowo. Każdy wdech nagle dostarczał organizmowi dostatecznie dużo tlenu, by móc poruszać się szybko, a do tego z lekkością.

Kiedy w końcu dotarło do mnie, jak fantastycznie mi się biegnie, spróbowałem przyspieszyć. Uczucie lekkości nie zniknęło. Przeciwnie. Miałem wrażenie, że mógłbym tak pędzić godzinami, wolny od własnego ciężaru, ledwie muskając podeszwami ścieżkę. W domu sprawdziłem wskazania zegarka biegowego. Okazało się, że ja, początkujący wtedy biegacz ze sporą nadwagą, ostatnie dwa kilometry pokonałem w średnim tempie czterech minut i czterdziestu siedmiu sekund na kilometr. Wcześniej nie udało mi się zejść poniżej sześciu minut! Biegnąc w tym tempie na całej trasie maratonu, pokonałbym go w rewelacyjnym dla debiutanta czasie trzech godzin i 36 minut.

– To proste – wzruszył ramionami Adam Klein, ówczesny redaktor naczelny serwisu bieganie.pl, gdy opowiadałem mu o tym doświadczeniu. – Zaliczyłeś swój pierwszy ­runner’s high, odlot biegacza.

Na treningowym głodzie

Nie jest to temat, któremu biegacze poświęcają wiele uwagi. Wyniki, metody treningowe, sprzęt – cały ten naskórek biegowej pasji pojawia się w dyskusjach i relacjach systematycznie, zapewne dlatego, że daje się także porównywać i poprawiać. A przecież bieganie, zwłaszcza długodystansowe, od pewnego etapu rozgrywa się przede wszystkim w głowie. Nieważne, czy jesteś zaprawionym ultramaratończykiem, który walczy o podium na dystansie 100 km, czy debiutantem usiłującym pierwszy raz w życiu przebiec bez zatrzymywania się 10 km.

Kiedy organizm zużyje zgromadzone w wątrobie zapasy glikogenu, paliwa na czarną godzinę, wtedy nieuchronnie przychodzi kryzys, który może pokonać tylko siła woli (wsparta kilkoma kęsami banana lub batonikiem).

Występowanie euforii biegowej część naukowców wiąże właśnie z deficytem energetycznym. W latach 70. minionego wieku, gdy rosnąca popularność amatorskiego ­biegania ­zaowocowała wysypem relacji o tym stanie, badacze doszli do wniosku, że odpowiedzialne zań mogą być receptory opioidowe odkryte niedawno w mózgu. W reakcji na długotrwały wysiłek o umiarkowanej intensywności, taki jak bieganie, pływanie czy kolarstwo, organizm zaczyna wytwarzać endorfiny, hormony, które oddziałują właśnie na owe receptory, zmniejszając odczuwanie bólu i zmęczenia. Zdaniem fizjologów opowiadających się za tym wyjaśnieniem efektem ubocznym pobudzenia receptorów opioidowych jest właśnie stan euforii. Część badaczy wyprowadziła stąd nawet daleko idący wniosek, że potrzeba treningu, jaką odczuwają zaprawieni biegacze, może być po prostu odmianą narkotykowego głodu.

Może więc to stanowi wytłumaczenie, dlaczego w relacjach ze startów zawodowców tak rzadko pojawia się wątek biegowej euforii? Jeżeli bieganie działa jak narkotyk, to uzależnione od niego osoby, zwiększając systematycznie obciążenia treningowe, w pewnym momencie automatycznie wypadają poza fizjologiczne zakresy, w których następuje zwiększona produkcja endorfin. Byłby to dowód przedziwnej zapobiegliwości natury, która elity obdarza smakiem sportowego sukcesu, zachowując frajdę na wyłączność dla amatorów.

Piotr Hercog, jeden z najlepszych polskich ultramaratończyków, słuchając tej hipotezy uśmiecha się tajemniczo.

– Przykro mi, ale ja również często miewam biegowe odloty – odpowiada w końcu. – Zdarzają mi się i podczas ważnych startów na długich dystansach, i w trakcie treningów czy choćby wtedy, kiedy idę pobiegać dla przyjemności na dwie-trzy godziny. Nie wiem nawet, czy trzeba to wiązać z intensywnością wysiłku. Ważniejsze jest chyba otoczenie, to, co widzę i czuję podczas biegu.

Teoria endorfinowa ma solidne podstawy laboratoryjne, bo w organizmach poddanych długotrwałemu wysiłkowi rzeczywiście następuje uwolnienie dużych dawek tego hormonu. Szkopuł w tym, że endorfiny krążą po układzie krwionośnym, który od mózgu dzieli, jak wiadomo, bariera fizjologiczna, rodzaj naturalnego filtru zapobiegającego przedostawaniu się niepożądanych substancji do układu nerwowego. Wzrost stężenia endorfin we krwi podczas wysiłku nie musi zatem przekładać się na proporcjonalny skok ich zawartości w mózgu.

Przeciw teorii endorfinowej przemawiają zresztą jeszcze inne przesłanki. Badania na zawodnikach, którym podczas wysiłku podawano substancje blokujące receptory opioidowe, pokazały, że część z nich odczuwała jednak biegowe odloty nawet bez endorfinowego pobudzenia.

Metafizyka ruchu

Co zatem stoi za cudownym stanem towarzyszącym biegaczowi na pewnym etapie treningu? Niektórzy badacze za sprawców zamieszania uważają wytwarzane przez organizm fenyloaminy, substancje zbliżone do amfetaminy. Inni wskazują na anandamid, naturalną substancję psychoaktywną, występującą w śladowych ilościach m.in. w nasionach kakaowca, która powstaje także w ludzkim organizmie – zwłaszcza w trakcie długotrwałego wysiłku o umiarkowanej intensywności.

Rozwiązanie tej fizjologicznej zagadki ma jednak w gruncie rzeczy znaczenie drugorzędne, a może nawet kieruje naszą uwagę w niewłaściwą stronę. Bo czy ważniejsza nie jest odpowiedź na pytanie, po co natura pozwala nam odczuwać euforię podczas biegania?

Wśród hipotez bodaj najciekawszą jest ta, która w biegowej euforii widzi swoisty odpowiednik orgazmu, premię od natury za życie zgodne z jej rytmem. Bo jeśli w zamian za próbę przedłużenia gatunku możemy liczyć na chwilę rozkoszy, dlaczego natura nie miałaby nagradzać nas także za umiejętność poruszania się dłuższy czas w szybkim tempie – czyli za coś ewolucyjnie równie ważnego dla przetrwania gatunku? Kładąc na szalach wagi obie rozkosze, trzeba od razu uczciwie zaznaczyć, że nagroda za bieganie waży więcej, bo trwa po prostu znacznie dłużej.

Jerzy Skarżyński, jeden z najbardziej utytułowanych polskich maratończyków, nie pamięta tego swojego pierwszego razu.

– Ale ja od dzieciaka byłem bardzo aktywny, jak nie ganiałem za piłką, to się ścigałem albo grałem w inne dyscypliny. O tym, jaką przyjemność daje bieganie, wiedziałem chyba od zawsze. Potem, kiedy już biegałem zawodowo, miałem przez to nawet problemy.

Bo ten sam odlot, który sprawia, że amator wspomina potem biegowe doświadczenia ze wzruszeniem, z punktu widzenia zawodnika bywa zgubny. Podczas biegania dla przyjemności przyjemnie jest dać się porwać myślom lub muzyce w słuchawkach. Ale podczas zawodów, gdy walczysz o podium, a nie o dotarcie do mety, musisz stale kontrolować, co się dzieje na trasie. Trzeba obserwować rywali, dostosowywać opracowaną wcześniej taktykę do bieżącej sytuacji. No i nie możesz odpłynąć, bo wtedy istnieje ryzyko, że złapiesz biegowy flow, za wcześnie zaczniesz biec zbyt szybko i nie dowieziesz tempa do mety – ostrzega maratończyk.

Na szczęście – jak zauważa Skarżyński – stany euforyczne może zapewnić także dokładna realizacja założeń taktycznych. Zwłaszcza gdy towarzyszy jej świadomość, że plan prowadzi do wygranej.

– Londyn, rok 1983 – wspomina. – Na całej trasie maratonu towarzyszył nam lekki deszczyk. Nie było gorąco, biegło się więc przyjemnie, a świadomość, że jestem najszybszym Polakiem na trasie i biegnę na swój życiowy rekord, od pewnego momentu niosła mnie jak na skrzydłach. Wpadłem na metę, ale czułem się tak, że chyba bez trudu pocisnąłbym jeszcze półmaraton. Myśmy wtedy nie mieli takich lekkich fajnych strojów jak teraz. Biegało się w zwykłej bawełnie, która od deszczu i potu robiła się ciężka jak cholera. O tym, że ten mokry bawełniany podkoszulek zdarł mi sutki do żywego mięsa, zorientowałem się dopiero za metą. Jakieś pół godziny po biegu, kiedy prysła euforia, wyłem już z bólu.

Poza ciałem

Siostra Madonna Buder jest prawdopodobnie jedyną zakonnicą, której urodziny wielka korporacja uczciła specjalną reklamą. Firma Nike – bo o niej mowa – od dawna chętnie podkreśla w reklamach swój feministyczny genotyp, a siostra Madonna nadaje się do tego jak mało kto.

W 2012 r., licząc 82 lata, ustanowiła światowy rekord wiekowy w triathlonie Iron Man, osiągając przy tym czas, którego na tym wymagającym dystansie nie powstydziłoby się wielu czerstwych czterdziestolatków. 16 godzin i 32 minuty – dokładnie tyle zajęło siostrze przepłynięcie 3,86 km wpław, a następnie pokonanie 180,2 km na rowerze i 42,2 km biegiem na trasie maratonu. Wśród ponad 300 startów w karierze Madonna Buder ma na koncie aż 45 ukończonych Iron Manów, co zapewniło jej pseudonim „Iron Nun” i szacunek w triathlonowym światku. Tym większy, że startami (a od pewnego etapu także kontraktami reklamowymi) zakonnica zarabia na działalność charytatywną swojego zgromadzenia.

Na trasie jednego z najbardziej wymagających Iron ­Manów globu, słynnych zawodów Kona na Hawajach, siostra przeżyła doświadczenie, które z grubsza można opisać także jako euforię biegową, choć lekarze pewnie dostrzegliby w nim więcej podobieństw do śmierci klinicznej.

„Mijała 14. godzina wyścigu – wspomina siostra w dokumencie nakręconym przez stację ABC News. – Na trasie panowały kompletne ciemności. Biegłam sama, gdzieś przede mną i za mną w mroku znajdowali się inni biegacze, ale nie widzieliśmy się nawzajem. Byłam wykończona. Otarte stopy krwawiły. Nogi dosłownie uginały mi się pod ciężarem ciała i pewnie zataczałam się jak pijana. W pewnym momencie poczułam, że nie jestem już w swoim ciele. Zobaczyłam siebie samą biegnącą nieco przede mną. Nie wystraszyłam się, przeciwnie, przepełniła mnie wielka miłość do świata. Byłam szczęśliwa, poczułam harmonię i ten wewnętrzny spokój chyba mnie wzmocnił. Kiedy się ocknęłam, nie czułam już bólu ani zmęczenia. Ostatnie kilometry do mety pokonałam jak uskrzydlona”.

Swoją autobiografię Madonna Buder zatytułowała „The Grace to Race”, w której w niebezpośredni sposób porównuje rywalizację w triathlonie do biegu po zbawienie. W obu wyścigach zdarzają się przecież upadki, wiele razy miewa się też momenty słabości. Wszystko to jednak przestaje mieć znaczenie z chwilą przekroczenia linii mety.

Dlaczego biegam?

Może więc nie powinniśmy mówić o euforii? Być może stan, w którym ludzie na skraju omdlenia, płaczący z bólu, jeszcze przed chwilą powłóczący z ledwością nogami, kilka minut później mkną jak na skrzydłach ku mecie, lepiej opisać za pomocą słowa „zmartwychwstanie”?

Paweł Sadura z Koszalina na trasie stukilometrowego Biegu 7 Dolin stawał dwa razy i za żadnym razem nie dotarł nawet do połowy: – Do trzeciego startu przygotowałem się o wiele porządniej, ale do ostatniego punktu pomiaru czasu na 88. kilometrze i tak doczłapałem z plamami przed oczami. Wcześniej zwymiotowałem resztki jedzenia. Trząsłem się jak w gorączce.

Wolontariuszka podała mu kubek z napojem i spytała, czy pomóc mu zdjąć numer startowy, co oznacza zejście z trasy: – W zasadzie byłem już z tym pogodzony, ale gdy usłyszałem jej słowa, nagle poczułem, że nie mogę zrezygnować. Poczłapałem więc dalej, przekonany, że ostatnie 12 km po prostu sobie przejdę. Kwadrans później zacząłem jednak truchtać. Na metę w Krynicy-Zdroju wpadłem właściwie sprintem nie czując w ogóle zmęczenia. Nie wiem, co to było, ale wiem, że nigdy nie czułem się lepiej.


Tadeusz Sławek: Biegniemy, aby odnaleźć miarę naszego bycia. Biegniemy zaś dobrze, ku zwycięstwu, jeśli czynimy to nie oszczędzając się, ale też zbytnio nie forsując, właśnie na miarę swoich możliwości.


Piotr Hercog posyła mi drugi tajemniczy uśmiech, kiedy pytam, czy uprawiałby bieganie, gdyby na trasach nie zdarzały mu się takie zmartwychwstania.

– Z pewnością – odpowiada po chwili namysłu – ten sport nie byłby wtedy tak wartościowy. Jestem przeciwnikiem robienia z biegania czegoś więcej niż zwykłej aktywności fizycznej. Ale wiem też, że bieganie uczyniło mnie innym człowiekiem. Pod pewnym względem lepszym.

Haruki Murakami nie jest może najwybitniejszym ze współczesnych pisarzy. Z pewnością jest jednak najlepszym wśród nich biegaczem, bo ukończył 20 maratonów, finiszował też w jednym biegu ultra i próbował sił w triathlonie. Obie aktywności łączy – jak pisze w eseju „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” – o wiele więcej, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Bieg i pisanie to w gruncie rzeczy taki sam akt poznawczy: „Gdzie się kończy rozsądna konsekwencja, a zaczyna ograniczenie i obsesja? Ile uwagi powinienem poświęcać światu wokół mnie, a jak bardzo powinienem skupić się na własnym wewnętrznym świecie? Do jakiego stopnia powinienem ufać swoim umiejętnościom, a kiedy powinienem w nie powątpiewać? Wiem, że gdybym, rozpoczynając karierę pisarską, nie zaczął biegać na długich dystansach, moje książki byłyby zupełnie inne”.

Nie lepsze. Inne. Całe szczęście, że w tym miejscu japoński prozaik postawił kropkę, nie dołączając do nielicznej, ale hałaśliwej grupki zelotów, którzy z biegania próbują uczynić religię. W każdej przyjemności warto zachować umiar. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23-24/2020

W druku ukazał się pod tytułem: Opium dla masy