Nic nie zniesmaczyłoby mnie bardziej niż wygranie Oscara” – miał powiedzieć Luis Buñuel w wywiadzie dla magazynu „Variety” z 1971 r. „Tę nagrodę zawsze dostawali ci, którzy lepszą robotę wykonali wcześniej albo dopiero mieli ją wykonać” – wtórował mu Robert Redford, którego żadna z ról nie zyskała uznania Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej...
Być może aktor zachował się jak lis z bajki La Fontaine’a o kwaśnych winogronach. Również sam Buñuel, mimo dwóch nominacji za scenariusz, nigdy nie otrzymał statuetki, dołączając tym samym do zacnego grona niedocenionych za życia gigantów kina, z Alfredem Hitchcockiem i Ingmarem Bergmanem na czele. Gdyby jeszcze dołożyć do tego przypadek Martina Scorsese, który doczekał się nagrody dopiero po 40 latach niezwykle owocnej pracy w kinie, i to za film w swojej karierze nie najlepszy („Infiltracja”, 2006), okazuje się, że nie ma o co kruszyć kopii z pozłacanym rycerzem stojącym na postumencie z taśmy filmowej. Oscary to wszakże targowisko próżności fetujące amerykański przemysł filmowy, dla wielu symbol kulturowego imperializmu i masowego gustu. Mimo to kiczowata impreza transmitowana z Los Angeles na cały świat wzbudza emocje nie tylko wśród samych nominowanych czy klientów zakładów bukmacherskich – jest świętem kina przypominającym o jego jarmarcznym rodowodzie (patrz: zwycięstwo „Artysty” w roku ubiegłym), ale czasem i o wyższych aspiracjach. W tym roku świętowano po raz 85., ze specjalnym udziałem Michelle Obamy, która osobiście ogłosiła zwycięstwo „Operacji Argo”, potwierdzając tym samym, że kino w USA jest nie tylko ważną gałęzią przemysłu, ale i politycznym orężem.
BEZ CZARNEGO KONIA
W dziewiątce szczęśliwców walczących o Oscara dla najlepszego filmu brakowało w tym roku czarnego konia, co zdecydowanie podkręcało temperaturę. Z drugiej strony pominięcie w głównych nominacjach tak ważnych tytułów ubiegłego roku, jak „Mistrz” Paula Thomasa Andersona czy „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom” Wesa Andersona pozbawiało złudzeń co do samej istoty oscarowych zmagań. Warto pamiętać, że najjaśniejsza statuetka tradycyjnie trafia w ręce producentów, a nie twórców filmu, choć często pokrywała się z nagrodą za reżyserię. Tymczasem obaj Andersonowie reprezentują wyraźnie autorski, nie producencki model kina, pewnie dlatego musieli się zadowolić nominacjami jedynie dla swoich aktorów (Paul Thomas) i za scenariusz oryginalny (Wes).
Tym bardziej zaskakuje fakt, że wśród najważniejszych nominacji znalazł się tytuł tak mało oscarowy, jak „Miłość” Michaela Hanekego – laureat canneńskiej Złotej Palmy honorującej zwykle filmy z przeciwległego wobec Hollywood bieguna. W całej historii Oscara tylko dziewięciokrotnie filmy nieanglojęzyczne dopuszczone zostały do głównej konkurencji. Wybitny film Hanekego, traktujący o przewlekłej chorobie, starości i śmierci, doczekał się aż pięciu ważnych nominacji, co tłumaczyć można nie tylko artystycznymi walorami filmu, ale pewnie też wyjątkową wagą tematu – spośród 6 tysięcy profesjonalistów skupionych w Amerykańskiej Akademii wielu jest w podeszłym wieku, zapewne wielu też z dużym sentymentem patrzyło na grające w „Miłości” legendy europejskiego kina: Emmanuelle Rivę i Jeana-Louisa Trintignanta. Nie było jednak wątpliwości, że na tle poprawiających samopoczucie błyskotek, jak „Życie Pi” Anga Lee, „Django” Quentina Tarantino czy – nomen omen – „Poradnik pozytywnego myślenia” Davida O. Russella, oraz ważkich amerykańskich tematów, jak „Lincoln” Stevena Spielberga, „Wróg numer jeden” Kathryn Bigelow czy zwycięska „Operacja Argo” Bena Afflecka, kameralny film austriackiego reżysera z francuską obsadą odbierze co najwyżej statuetkę w niszowej kategorii filmów niemówionych w języku prezydenta Lincolna.
Po raz kolejny okazało się, że Oscary są imprezą z gruntu konserwatywną. Ciemnoskórą aktorkę w roli pierwszoplanowej uhonorowano dopiero w 2002 r. (Halle Berry za „Czekając na wyrok”), a pierwszą kobietę, i jak na razie jedyną, nagrodzono za reżyserię raptem cztery lata temu – była nią Kathryn Bigelow, twórczyni „The Hurt Locker. W pułapce wojny”. W tym roku Bigelow raz jeszcze stanęła w szranki o najważniejszą nagrodę Akademii, zresztą w podobnej formule gatunkowej i ideologicznej. „Wróg numer jeden” to kolejny przykład współczesnego kina, które ma ambicję być sumieniem Ameryki, ale zbyt jest zachowawcze, zarówno w swoim komentarzu wobec toczonych przez USA wojen, jak i w swoim formalnym kształcie, podporządkowanym zasadom trzymającego w napięciu hollywoodzkiego widowiska. Nawet kiedy w najnowszym filmie Bigelow prezentuje nam katalog wymyślnych tortur stosowanych przez CIA w celu wydobycia informacji o kryjówce Bin Ladena, nie wiadomo, czemu służy ta szczegółowa prezentacja: potępieniu bestialskich metod czy przekonaniu o ich nieuchronności. Dopiero finałowe ujęcie zmęczonej twarzy Jessiki Chastain, grającej agentkę wywiadu, której udało się namierzyć przywódcę Al-Kaidy, przynosi próbę odpowiedzi – w tej twarzy nie ma triumfu. Najwyraźniej jednak amerykańscy akademicy przestraszyli się niejednoznaczności tego filmu, nagradzając go jedynie za montaż dźwięku.
PIERWSZA DAMA
Tym zasadniczo różni się „Wróg...” od nagrodzonej głównym Oscarem „Operacji Argo”, w której Ben Affleck pokazał, jak amerykańskie służby specjalne wespół z Hollywoodem przeprowadziły brawurową akcję wywiezienia z porewolucyjnego Teheranu szóstki pracowników amerykańskiej ambasady. Przykrywką dla całej operacji miały być zdjęcia do filmu, kręcone przez fałszywych Kanadyjczyków na terenie Iranu. Ironia polega na tym, że supersprawnie zrealizowany, ale przegięty ideologicznie film znanego aktora jest w istocie tym samym, co inscenizuje, czyli filmową superprodukcją w służbie doraźnej polityki Białego Domu. W czasach, kiedy to właśnie Iran uchodzi za amerykańskiego wroga numer jeden, namaszczenie przez Pierwszą Damę wygranej filmu Afflecka wydaje się gestem dość znaczącym.
Nie tylko w tym rozdaniu werdykt Amerykańskiej Akademii okazał się zachowawczy. „Miłość” Hanekego zgodnie z przewidywaniami oddelegowano do sekcji zagranicznej, Quentina Tarantino połechtano statuetką za scenariusz oryginalny do „Django”, a „Bestie z południowych krain”, niezależny debiut Benha Zeithlina, będący pochwałą ludzkiej solidarności i siły przetrwania w warunkach ekstremalnych, pominięto całkowicie.
W oczekiwanym pojedynku między dwoma liderami: „Lincolnem” (12 nominacji) a „Życiem Pi” (11), ten pierwszy okazał się największym przegranym tegorocznych Oscarów. Nagrody za reżyserię, zdjęcia i muzykę zgarnął film Anga Lee – terapeutyczna baśń dla dzieci i dorosłych. W kategorii aktorskiej wyjścia nie było – musiał zwyciężyć grający Lincolna Daniel Day-Lewis, choć konia z rzędem temu, kto udowodni, że jest on bardziej przekonujący od Joaquina Phoenixa w roli neurotycznego bohatera filmu „Mistrz”. To samo można by rzec o nagrodach drugiego planu: grający w „Mistrzu” rolę tytułową Philip Seymour Hoffman czy cudownie odrodzony Robert De Niro w „Poradniku pozytywnego myślenia” wcale nie wypadli gorzej niż Christoph Waltz, nagrodzony za „Django”. Takich wątpliwości nie przynosi za to główna nagroda kobieca: młodziutka Jennifer Lawrence w „Poradniku...” dzięki swej nieprzewidywalnej energii właściwie stwarza cały film, bijąc na głowę role tak wyczynowe, jak wspomniana Chastain we „Wrogu numer jeden” czy urzekająca dziewięciolatka Quvenzhané Wallis w „Bestiach...” Zeitlina. Aktorskie Oscary nie są jednak sprawą polityczną, mają w sobie urok konkursu piękności i, jak wiadomo, są wypadkową bardzo kapryśnych gustów.
O kaprysie nie mogło być mowy w przypadku Oscara dla filmu dokumentalnego (zasłużenie i spodziewanie wygrał „Sugar Man” Malika Bendjelloula, przedstawiający niewiarygodną biografię muzyka Sixto Rodrigueza) czy nieanglojęzycznego („Miłość” ponad wszystko!). W tym ostatnim zestawieniu zwróciła także uwagę mocna pozycja skandynawskiego kina: nominowany był duńsko-szwedzko-czeski „Kochanek królowej” Nikolaja Arcela, a także duńsko-norwesko-brytyjski film „Kon-Tiki” Joachima Roenninga i Espena Sanberga, oba zresztą świetnie wpisujące się w hollywoodzkie gusta: pierwszy jako kostiumowy melodramat, drugi jako film przygodowy. Gdyby wygrał drugi ze wspomnianych tytułów, sytuacja byłaby bezprecedensowa: bohater filmu „Kon-Tiki”, słynny podróżnik Thor Heyerdahl, w 1951 r. sam otrzymał Oscara jako autor najlepszego dokumentu, również pod nazwą „Kon-Tiki”.
W MROKU GABINETÓW
Polscy widzowie nie mieli podczas tegorocznej gali specjalnych powodów do ekscytacji, choć przyznać trzeba, że rodzimi dystrybutorzy tym razem dopisali i dali nam możliwość wcześniejszego zobaczenia w kinie wszystkich filmów z głównymi nominacjami. Niestety, od kilku lat jedynie abonenci telewizji Canal+ oraz internetowi szperacze mają możliwość obejrzenia samej uroczystości na żywo, w tym roku poprowadzonej przez śmiejącego się z własnych dowcipów Setha MacFarlane’a. Mieliśmy za to jeden polski akcent, czyli zasłużoną nominację dla Janusza Kamińskiego za zdjęcia do filmu Spielberga. Była to piąta nominacja w dorobku znakomitego operatora, w tym czwarta we współpracy z reżyserem „Lincolna” (w przypadku „Listy Schindlera” i „Szeregowca Ryana” zwieńczona statuetką). Warto przy tej okazji przyjrzeć się wielkiemu przegranemu, bo dopiero ta spektakularna klęska uświadamia, jak bardzo film Spielberga nie pasował do oscarowego rozdania.
U Spielberga jedna z najbardziej świetlistych postaci amerykańskiej historii została sfilmowana w mroku gabinetów, bo też i koncepcja scenarzysty Tony’ego Kushnera, twórcy „Aniołów w Ameryce”, wykracza poza klasyczną epicką biografię, a właściwie rozmyślnie zamyka ją we wnętrzach i redukuje do kilku ostatnich miesięcy z życia prezydenta. Historia jest znana: wraz z końcem wojny secesyjnej Abraham Lincoln za pomocą rozmaitych forteli, nie zawsze etycznych, przeforsowuje 13. poprawkę do konstytucji, mającą na trwałe znieść niewolnictwo we wszystkich stanach USA i tym samym zjednoczyć podzielony naród. Wydarzenie to, będące kamieniem milowym w amerykańskiej historii i arcyciekawym przyczynkiem do rozważań o demokracji, wydaje się mało spektakularne z filmowego punktu widzenia, i tak też ogrywa je Spielberg. Nie poświęca zbyt wiele uwagi ani wojnie, ani przyszłemu zamachowi na Lincolna, skupiając się na tym, jak prezydent w domowym zaciszu roztrząsał rozmaite legislacyjne niuanse, by w końcu pokonać swoich przeciwników w Kongresie. W dodatku metraż rozciągnięty zostaje do dwóch i pół godziny – posunięcie wielce ryzykowne jak na film oparty przede wszystkim na szermierce słownej i aktorskich kreacjach.
Ale niedoceniony geniusz twórców „Lincolna” polega właśnie na tym: na otrzepaniu teatralnych dekoracji z naftaliny i maksymalnym ufilmowieniu tego, co z pozoru niefilmowe. I nawet jeśli nie jest to nasza lekcja historii, to lekcja politycznych gier, bolesnych kompromisów, mistrzowskiej retoryki, godzenia pragmatyzmu z ideami i przekuwania idei w obowiązujące prawo na pewno warta jest odrobienia. Daniel Day-Lewis ściąga swojego Lincolna z koturnów, na których cierpki film Spielberga mimo wszystko go stawia, wyraźnie lekceważąc kontrowersje narosłe wokół 16. prezydentury. Bohater Lewisa to szczwany lis i sympatyczny maruda w jednym, postać-enigma odtworzona w półtonach i półcieniach.
***
Gdyby powstał wcześniej, „Lincoln” mógłby być także lekcją dla polskiego kina, zmagającego się z ciężarem rodzimych postaci ikonicznych, takich jak Jan Paweł II czy Lech Wałęsa. Jeśli nie lekcją wzorcową, to na pewno poglądową. Wbrew temu, co mówił Buñuel czy Redford, Oscary czasem do czegoś się przydają, choć w tym roku okazały się przede wszystkim triumfem ideologicznie zabarwionej rozrywki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















