Olimpijski bieg z 24 lipca 1908 r. uważany jest za najbardziej dramatyczny w historii nowożytnego maratonu. A największy dramat przeżył ten, kto go wygrał

To opowieść o włoskim maratończyku Dorando Pietrim, samorodnym talencie, który karierę zaczynał, biegając po Carpi z ciastkami. A także o pierwszym maratonie na igrzyskach, po którym został dziwny dystans 42 km i 195 metrów. Maratonie, który obrósł legendami.
Czyta się kilka minut
Dorando Pietri na ulicach Londynu (dzielnica Harlesden) podczas olimpijskiego biegu na dystansie maratońskim, 24 lipca 1908 r. // Fot. London Stereoscopic Company / Getty Images
Dorando Pietri na ulicach Londynu (dzielnica Harlesden) podczas olimpijskiego biegu na dystansie maratońskim, 24 lipca 1908 r. // Fot. London Stereoscopic Company / Getty Images

Cukiernia pana Mellego była słynna nie tylko w maleńkim Carpi, ale i w sąsiednich miastach, jak Reggio Emilia czy Modena. Spływały stamtąd zamówienia na torty i ciasta z kandyzowanymi owocami, uchodzące za najlepsze w całym regionie. Przed witryną w podcieniach rynku, tuż obok katedry, kolejka ustawiała się od rana. Piekarze zaczynali pracę trzy godziny przed świtem.

Dorando Pietri zaczął tu terminować, gdy miał 14 lat. Ponieważ rodzice nie mogli utrzymać siebie i czworga dzieci z pracy na roli, w 1899 r. przenieśli się do miasta, gdzie łatwiej było zarobić. Chłopak palił w piecu, nosił worki z mąką i dostarczał zamówienia do domów.

Dziewięć lat później, gdy stał się już sławny na cały świat, mieszkańcy Carpi mieli z dumą wspominać początki jego kariery.

Bieg z ciastkami

Biegać lubił zawsze. Już jako dziecko, pytany, co chciałby robić w życiu, odpowiadał: „Cokolwiek, byleby było związane z bieganiem”.

Dwa wydarzenia zaważyły na jego przyszłości. Pierwsze, gdy pan Melli, właściciel cukierni, zlecił mu nadanie pilnej przesyłki do Reggio, zapominając, że poczta już nie pracuje. Dorando postanowił sam dostarczyć list. Pobiegł. Z Carpi do Reggio jest 25 km w jedną stronę. Do cukierni wrócił po czterech godzinach, ale signor Melli się nie złościł. Chłopiec trafił pod opiekę lokalnego trenera z Towarzystwa Gimnastycznego „Patria”.

Drugi raz dał się poznać podczas zawodów na 3 km, organizowanych w miasteczku. Nie brał w nich udziału – był w pracy, roznosił zamówienia – ale chciał zobaczyć słynnego na cały kraj Periclego Pagliniego i zapytać go, czy z biegania da się wyżywić rodzinę.

Z paczką ciastek pod pachą dogonił mistrza na drugim kilometrze, zostawiając w tyle innych biegaczy. Dalej do mety biegł z nim ramię w ramię, zagadując go. Zwrócił na siebie uwagę przedstawicieli Włoskiej Federacji Lekkiej Atletyki.

Wkrótce nie miał sobie równych na średnich i długich dystansach. W 1905 r. zajął drugie miejsce w zawodach w Bolonii. Rok później wygrał międzynarodowy bieg na 30 km (na metę dotarł z 6-minutową przewagą nad kolejnym zawodnikiem). W 1907 r. zdobył kwalifikację do igrzysk olimpijskich, wygrywając maraton z czasem 2 godziny 38 minut – o 20 minut lepszym od rekordu Louisa Spyrydiona z 1896 r.

Dorando Pietri, 1908 r. // Fot. Wikipedia.org

Bieg ku czci

Gdy baron Pierre de Coubertine organizował pierwsze igrzyska w Atenach, jego przyjaciel Michel Bréal, francuski filolog, podrzucił mu pomysł, by sportową imprezę zakończyć biegiem, który upamiętni wyczyn Filippidesa. Ten grecki żołnierz pobiegł w 490 r. p.n.e. z Maratonu do Aten z nowiną o zwycięstwie nad Persami. Przyjęto, że legendarny posłaniec pokonał 40 km (choć równie dobrze mogła to być odległość o kilka kilometrów krótsza). Tej wersji trzymano się przez kolejne lata. Choć nie ortodoksyjnie – dystans maratonów wahał się od 40 km do ponad 41 km.

Na pierwszych igrzyskach w 1896 r. bieg maratoński okazał się wydarzeniem najbardziej wyczekiwanym przez kibiców, głównie Greków. Nie tylko ze względu na narodową symbolikę, ale też ich dominację na tym morderczym dla zwykłego śmiertelnika dystansie. Na starcie stanęło 17 śmiałków (w tym 14 Greków), do mety dotarło 9 (8 Greków i Węgier Gyula Kellner; zajął trzecie miejsce). Zwycięzcą został wspomniany Louis Spyrydion (z czasem 2:58:50).

Warto dodać, że wśród zgłoszonych zawodników była kobieta, Stamata Rewiti z Grecji, jednak nie pozwolono jej na udział, wymawiając się uchybieniami formalnymi (następnego dnia Rewiti przebiegła cały dystans samotnie, by zademonstrować swój sprzeciw).

Kobiety dopuszczono do olimpijskiego maratonu dopiero w 1984 r., choć wcześniej od wielu lat brały udział w zawodach rozgrywanych poza systemem olimpijskim. Najsłynniejszą bojowniczką o prawo do biegu stała się Violet Piercy, która w 1926 r. stanęła na starcie maratonu londyńskiego w męskim przebraniu i dotarła do mety (w czasie 3:40:22), mimo prób usunięcia jej z trasy przez sędziów.

Dziwny dystans

Igrzyska w 1908 r., na które zakwalifikował się Dorando Pietri, były czwartymi z kolei. Miały odbyć się w Rzymie, ale Włochy zrezygnowały z ich organizacji ze względu na trudną sytuację ekonomiczną. Nowy, liberalny rząd Giovanniego Giolittiego zaczynał właśnie proces zmniejszania monstrualnego długu publicznego i uzdrawiania finansów. W dodatku w kwietniu 1906 r. doszło do narodowej tragedii: w wybuchu Wezuwiusza zginęło 216 osób, a ponad 30 tys. straciło dach nad głową. Nikt nie myślał o igrzyskach.

Organizacji podjęli się Anglicy. Do budowy głównej areny – londyńskiego White City Stadium – przystąpili na rok przed imprezą. Na stadionie, obliczonym na 66 tys. widzów, miała odbyć się większość konkurencji. Tam też zaplanowano metę biegu maratońskiego, punkt startu wyznaczając przed wejściem do Zamku w Windsorze. Sygnał do biegu miała dać sportowcom Maria Teck, księżna Walii i późniejsza królowa (żona Jerzego V).

Z tego powodu zdecydowano się wydłużyć trasę do 41,843 km, zaczynając ją wspaniałą, długą na 700 jardów (640 m) aleją królewskiego ogrodu. W ostatniej chwili dystans znów nieco wydłużono. Jedni twierdzili, że stało się tak na życzenie księżnej, która chciała, by jej dzieci z okien pałacu mogły oglądać start. Inni, że powodem była trwająca niemal do otwarcia igrzysk budowa stadionu (biegi próbne kończono na stadionie Wembley). Jeszcze inni, że komisja techniczna zakwestionowała fragmenty trasy, wymuszając zmiany.

Gdy dokonano ostatecznego pomiaru, okazało się, że zawodnicy przebiegną 26 mil i 385 jardów (42 km 195 m).

Cztery butelki lambrusco

22-letni Pietri nie był faworytem. Owszem, miał już na koncie wiele wygranych i osiągał fantastyczne czasy. Ale wśród 55 zawodników, z którymi stanął na starcie w Windsorze, kilku miało lepsze rekordy – jak Tom Longboat, słynny Kanadyjczyk z plemienia Mohawków (czas 2:24:24) albo Amerykanie Thomas Morrisey (2:25:43) i Johnny Hayes (2:26:04), którzy kilka miesięcy wcześniej zajęli dwa pierwsze miejsca w Maratonie Bostońskim.

Do Londynu jechał sam, pociągiem, z przesiadkami w Modenie, Mediolanie, Paryżu i  Hawrze, gdzie wszedł na statek. Cała podróż zajęła mu cztery dni. Od włoskiej federacji dostał na drogę 100 lirów, które ledwo starczały na bilety w trzeciej klasie, hotel i wyżywienie. O tym, by towarzyszył mu trener lub ktoś z bliskich, nie było mowy. Do walizki spakował chleb z piekarni pana Mellego, kilo szynki, dwie kiełbasy, suszone owoce, cztery flaszki wina lambrusco i butelkę octu balsamicznego z Modeny.

Sportowcy jak on – amatorzy w pełnym tego słowa znaczeniu – mogli tylko marzyć o ekipie trenerów, medyków czy masażystów, jakimi dysponowali rywale z bogatych krajów.

Wcześniej w swojej czteroletniej karierze Pietri miał kilka razy pecha. Podczas tzw. międzyigrzysk – rozgrywanych w Atenach w 1906 r., gdzie był faworytem – nie ukończył biegu finałowego z powodu problemów żołądkowych. Do maratonu w Gentilly (Francja) w 1907 r. stanął z odbitą piętą i musiał wycofać się po kilku kilometrach. Start w Londynie był więc dla niego wielką niewiadomą.

Chusteczka od słońca

Olimpijski bieg z 24 lipca 1908 r. uznawany jest za najbardziej dramatyczny w całej historii nowożytnego maratonu.

Deszczowe niebo nad Londynem rozchmurzyło się w dniu startu, powietrze było więc wilgotne i rozgrzane, temperatura w cieniu doszła do 26 stopni Celsjusza. Start wyznaczono na godzinę 14.30, gdy słońce najmocniej dawało się we znaki, na co większość zawodników nie była przygotowana – nie mieli nic na głowie i niewiele pili. Pietri, który znał morderczą siłę słońca, założył sobie zawiązaną na cztery węzełki chusteczkę do nosa.

Przed startem zawodnikom podano ciężki lunch, złożony ze steków i jajek. Potem, w dwóch punktach żywieniowych na trasie, dostali bulion wołowy, pudding ryżowy, rodzynki, banany, napoje gazowane i mleko (a także wodę kolońską i środki pobudzające na wypadek zapaści).

Wielu sportowców polegało na własnych metodach, o których chętnie opowiadali dziennikarzom. Trener Kanadyjczyków radził swoim zawodnikom, by w trakcie biegu ssali pomarańcze i pili tylko odrobinę wina Mariani. Alex Duncan z Anglii miał przy sobie suszone winogrona i butelkę wody destylowanej. James Baker z Południowej Afryki – butelkę z galaretką cielęcą i cytrynę. Georg Lind z Rosji – herbatę z utartym jajkiem. Johnny Hayes – wodę z Florydy do nawilżania twarzy i brandy do płukania gardła.

Dorando Pietri zabrał gąbkę nasączoną octem balsamicznym. Od czasu do czasu przykładał ją do nosa, pobudzając się tym do wysiłku.

Dorando Pietri, podtrzymywany przez dyrektora wyścigu Jacka Andrew (z tubą) i lekarza Michaela Bulgera, przekracza linię mety olimpijskiego maratonu w Londynie, 24 lipca 1908 r. // Fot. Hulton-Deutsch Collection / CORBIS / Getty Images

Zdyskwalifikowany

Do mety nie dotarła połowa zawodników, w tym faworyci Morrisey i Longboat, którzy nie dostosowali tempa do warunków. Gdy Longboat wycofał się na 39. kilometrze, stawce przewodził Charles Hefferon z Południowej Afryki z kilkuminutową przewagą nad Pietrim. Ale chwilę później wypił kieliszek szampana, podany mu przez wiwatującego kibica – i osłabł. Pietri wyprzedził go 2,5 km przed metą. Choć sam też biegł resztkami sił. A raczej szedł, słaniając się – pokonanie ostatnich 500 metrów zajęło mu niemal 10 minut.

Tak czy inaczej, na stadionie Pietri pojawił się pierwszy. Odruchowo skręcił w prawo, przekonany, że – jak zawsze – musi jeszcze pokonać pełne okrążenie. Jednak tym razem, aby nie wydłużać dodatkowo dystansu, organizatorzy zmienili zasady: zawodnicy mieli od razu kierować się w stronę mety. Tyle że sędziowie informowali ich o tym dopiero w bramie stadionu. Wyczerpany Włoch nie zrozumiał lub nie usłyszał komunikatu. Zawrócono go, półprzytomnego, dopiero po kilkunastu metrach. Wybite z rytmu nogi odmówiły posłuszeństwa. Upadł. Sędziowie pomogli mu wstać. Po kilku metrach znów upadł. Podtrzymywany, a właściwie prowadzony przez lekarza i jednego z sędziów, przekroczył linię mety.

Pół minuty później na White City Stadium zjawił się Hayes, a po nim Hefferon.

Po proteście złożonym przez ekipę USA sędziowie uznali, że Pietri nie ukończył biegu o własnych siłach – został zdyskwalifikowany.

Dorando zawodowiec

Dla blisko 70 tys. widzów, którzy oglądali dramatyczny finisz, to on był moralnym zwycięzcą. Królowa Aleksandra, żona Edwarda VII, ufundowała dla Pietriego puchar, który osobiście wręczyła mu podczas dekoracji zwycięzców. Peany na jego cześć pisali najwięksi dziennikarze, w tym Arthur Conan Doyle. Autor powieści o Sherlocku Holmesie był zafascynowany jego siłą woli. Niektórzy twierdzili, że to on był sędzią podtrzymującym Pietriego na mecie (w istocie pisarz był na trybunie, jako korespondent „The Daily Mail”).

Królowa Aleksandra wręcza puchar pocieszenia Dorandowi Pietriemu, Londyn, lipiec 1908 r. // Fot. Hulton Archive / Getty Images

Gdy Pietri wrócił do Włoch, witano go jak narodowego bohatera – tak potrzebnego młodemu i biednemu państwu.

Cztery miesiące po londyńskich igrzyskach Pietri i Hayes zmierzyli się znów, startując w gali maratońskiej w Madison Square Garden w Nowym Jorku; sprzedano na nią 20 tys. biletów. Wygrał Włoch, wyprzedzając Amerykanina na przedostatnim z 262 okrążeń.

Łącznie w latach 1908-11 Pietri wziął udział w 46 biegach, wygrywając większość i zarabiając zawrotną sumę 200 tys. lirów z samych nagród (poza tym, jako sportowiec zawodowy, otrzymywał od agenta miesięczną pensję w wysokości 1250 lirów). Rekord życiowy na dystansie maratońskim (2:38:48) ustanowił w Buenos Aires w 1910 r.

Po zakończeniu kariery próbował sił w biznesie, otwierając hotel w Carpi, ale z gorszym skutkiem. Został gorliwym wielbicielem Mussoliniego i wstąpił do faszystowskiej milicji. Po jednej z akcji „czarnych koszul”, w której brał udział (zakończonej zasztyletowaniem dwóch młodych działaczy katolickich i ranieniem kilkunastu), wyjechał do San Remo, gdzie otworzył wypożyczalnię samochodów. Historycy uważają, że chciał usunąć się z oczu rodzinom ofiar, choć odpowiedzialność karna mu nie groziła.

Zmarł w 1942 r., w wieku 55 lat, na udar mózgu. Został pochowany, zgodnie ze swą wolą, w czarnej koszuli. Pogrzeb przerodził się w wielką narodową manifestację.

Co nam zostało

Rywalizacja Pietriego z Hayesem zapoczątkowała modę na maratońskie biegi w USA. Do maratonu w Bostonie – istniejącego od 1897 r., a zorganizowanego na fali pierwszych igrzysk olimpijskich – doszły kolejne. W samym Nowym Jorku organizowano je pięć razy w roku. Z czasem maratonomania opanowała cały świat.

Trwałą pamiątką po olimpijskim biegu w Londynie z 1908 r. jest dystans 42 km i 195 metrów – ustalony tam po raz pierwszy i potem przyjęty przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). Dodajmy, pamiątką bolesną, o czym wie każdy, kto go pokonał. Do dziś zawodnicy – nie tylko amatorzy – złorzeczą na 40. kilometrze na księżnę Walii, świadomi, że gdyby nie ona, ich katorga już dobiegałaby końca.

O czym autor tego tekstu (4:36:51) też wielokrotnie się przekonał.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Maratończyk z Carpi