Widzą we mnie kogoś, kto ma temperament Sundance’a Kida, urok protagonisty „Kandydata”, poczucie humoru niczym z „Żądła” i garderobę jak z „Wielkiego Gatsby’ego” – żartował w jednym z wywiadów. A było to w latach 70., w czasach jego największych ekranowych sukcesów. Robert Redford już wtedy nie chciał być jedynie „złotym chłopcem” amerykańskiego kina. I mimo że dobrze się czuł w rolach czarujących bohaterów ze skazą, rychło udowodnił sobie i światu, że jest kimś więcej – filmową instytucją. Bo czego się dotknął, bardzo często zamieniało się w złoto, niekoniecznie to przeliczalne na wielkie pieniądze.
Dlatego dziś jego legendę tworzą już nie tylko aktorskie wcielenia i gwiazdorski nimb, ale także osiągnięcia reżyserskie. Za swój debiut po drugiej stronie kamery, czyli „Zwyczajnych ludzi” (1980), w którym zresztą osobiście nie zagrał, otrzymał aż cztery Oscary, w tym dla najlepszego filmu. Niewielu aktorów może się poszczycić tak dojrzałym transferem w twórcze rejony kina.
Potem była jeszcze „Rzeka życia” (1992), „Quiz Show” (1994), „Zaklinacz koni” (1998) i kilka innych. Za honorarium aktorskie ze słynnego westernu George’a Roya Hilla kupił działkę w stanie Utah, gdzie stworzył swój nowy dom, a także Sundance Film Institute, organizujący po dziś dzień najważniejszy festiwal kina niezależnego na świecie i wspierający offowych artystów różnych dziedzin. To głównie za te zasługi otrzymał w 2002 r. statuetkę Amerykańskiej Akademii, co można by uznać za swoisty paradoks – jeden z najbardziej rozpoznawalnych hollywoodzkich aktorów nigdy nie doczekał się Oscara za rolę.
Przez lata szkocko-irlandzka, a może i trochę kowbojska krew dawała o sobie znać w społecznym i politycznym aktywizmie Redforda. Znany był ze swojego zaangażowania w ochronę środowiska, zwłaszcza wobec grabieżczej polityki amerykańskich koncernów naftowych, upominał się też głośno o prawa rozmaitych mniejszości. Z aktorstwem zdążył się pożegnać już w 2018 r. i zrobił to w wielce finezyjnym stylu.
Jako tytułowy bohater „Dżentelmena z rewolwerem” był esencją i zarazem parodią swoich najbardziej charakterystycznych ról, czyli legendarnym włamywaczem Forrestem Tuckerem – z szelmowskim wdziękiem, aparatem słuchowym i lekką zadyszką.
W zbiorowej wyobraźni pozostanie jednak na zawsze tamtym wysportowanym „słonecznym chłopcem”, choć czasami z wyraźną smugą cienia – z „Trzech dniach Kondora”, „Wszystkich ludzi prezydenta”, „Pożegnania z Afryką”…
Co ciekawe, a w tych okolicznościach może wręcz niestosowne, wielu uważało, że Robert Redford wcale nie jest aktorem wybitnym. Zwłaszcza w porównaniu z innymi osobowościami jego epoki – Dustinem Hoffmanem, Gene’em Hackmanem, Marlonem Brando czy Jackiem Nicholsonem. Mówiono, że aktor miał po prostu szczęście do filmów bardzo dobrych i ważnych.
Jednak niezależnie od oceny na pewno trudno mu odmówić charyzmy, którą przez sześćdziesiąt lat, z osiemdziesięcioma rolami na koncie, regularnie rozświetlał ekrany. Tę naturalną świetlistość, nie mówiąc o wspomnianej działalności społecznej na rzecz niekomercyjnego kina, na pewno będzie mu się długo pamiętać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















