Odszedł Marcel Łoziński. Arcymistrz polskiego dokumentu

Uważał, że najważniejsze to kręcić filmy tak, „żeby nie bolało”, nie eksploatować czyjegoś życia w imię artyzmu. W zamian tworzył dzieła do głębi nas poruszające. Dla Łozińskiego rzeczywistość chciała przemówić sama.
Czyta się kilka minut
Marcel Łoziński, Warszawa 2008 r. // Fot. Michał Mutor / Agencja Wyborcza.pl
Marcel Łoziński, Warszawa 2008 r. // Fot. Michał Mutor / Agencja Wyborcza.pl

Podobno w zawodzie dokumentalisty ważniejsze jest widzieć niż wiedzieć. Zmarły właśnie Marcel Łoziński (1940-2025) był wierny tej maksymie przez prawie sześćdziesiąt lat swojej pracy w kinie, a zarazem znany ze swojej bezpośredniości i skromności. Łączył w sobie wiele różnych funkcji: czujnego obserwatora, powściągliwego w środkach poety, tropiciela białych plam polskiej historii i na dodatek inspirującego pedagoga. W każdej z tych ról okazał się arcymistrzem i drugiego takiego już nie będzie.

Kino według Łozińskiego

Mawiał często, że dobre kino dokumentalne uśmierza naszą samotność. Dzisiaj młodzież określiłaby to modnym słowem „rel”, czyli „mam tak samo”. Bo wspólną cechą filmów Łozińskiego wydaje się dziś właśnie to, że potrafił nawiązać bliską więź ze swoim widzem. 

Niezależnie, czy było to podpatrywanie mikroabsurdów systemu („Moje miejsce”), bolesne rozliczenie z żydowskim rodowodem („Tonia i jej dzieci”), czy rodzinna konfrontacja przed kamerą („Ojciec i syn w podróży”). Dlatego dziś, gdyby ktoś chciał poczuć na własnej skórze, czym było na przykład życie prywatne w zideologizowanym Peerelu, niechaj obejrzy sobie „Jak żyć”, dokumentalną psychodramę z 1977 r. Czyli nakręconą na obozie dla młodych par doskonałą próbkę rzeczywistości i zarazem filmowego języka tamtych czasów.

Doceniany na całym świecie, w 2016 r. na Krakowskim Festiwalu Filmowym, z którym związany był przez wszystkie lata swojej aktywności, otrzymał nagrodę Smoka Smoków – za całokształt. Bo w kinie dokumentalnym, nie tylko polskim, niewielu twórców potrafiło do takiej perfekcji doprowadzić metodę zwaną przez niego „uruchamianiem rzeczywistości”. 

Dokumenty „żeby nie bolało” 

Nie chodziło mu o to, by poszukiwać jakiejś absolutnej prawdy, ale po prostu wiarygodności i elementarnej uczciwości. Oraz by umieć to skondensować na ekranie. I niewielu jest filmowców tak samoświadomych, kwestionujących otwarcie niewinność „człowieka z kamerą”. Weźmy dokument „Żeby nie bolało” z 1998 r. Choć opowiadał o relacji między stołeczną dziennikarką a jej wiejską bohaterką, był poniekąd osobistą wypowiedzią samego twórcy filmu na temat uprawianego przezeń zawodu.

Uwrażliwiał swoich studentów, że najważniejsze to kręcić filmy właśnie tak, „żeby nie bolało”. Żeby nie eksploatować czyjegoś życia w imię artyzmu czy odgórnej tezy. Z natury temperamentny, całym sobą angażował się w fundamentalne spory, również o to, co i jak wolno w dokumencie. 

Bywał stanowczy i nieprzejednany, lecz po latach potrafił przyznać rację dużo młodszemu koledze po fachu. Każdym kolejnym tytułem przypominał także, iż udany film dokumentalny to przede wszystkim dobrze opowiedziana historia i przemyślana struktura (o czym tak wielu dziś zapomina).

Niezapomniane filmy mistrza

Sam był prawdziwym mistrzem krótkich form, jak w nominowanym do Oscara „89 mm od Europy” (1993). Tytuł odnosił się do różnicy w szerokości torów kolejowych na granicy w Brześciu, obserwacja wymiany kół pociągu zamieniała się zaś w polityczną metaforę. 

Poniekąd ciągle aktualną, podobnie jak inne jego filmy, chociażby „Jak to się robi” (2006), demaskujący rodzimy marketing polityczny. Był to zresztą ostatni tak zaangażowany w polską rzeczywistość dokument Łozińskiego. Spełniwszy z nawiązką swoją społecznikowską rolę, oddał pole młodszym, zwracając kamerę głównie na siebie i swoich bliskich.

W najchętniej oglądanym dzisiaj filmie mistrza, „Wszystko może się przytrafić” (1995), swoim medium zadającym pytania najtrudniejsze i zarazem najważniejsze uczynił sześcioletniego synka. Nagradzany w Krakowie, Oberhausen czy San Francisco dokument to filozoficzna przypowieść i summa ludzkiego życia, którą dziś ogląda się ze ściśniętym gardłem. 

„Jeśli ktoś umrze, to nie znaczy, że już go nie spotkasz” – mówił Tomaszek do jednego z sędziwych bohaterów napotkanych w Parku Łazienkowskim. Ci, którzy mocno wierzą w kino, będą spotykać twórcę tego filmu jeszcze nie raz, również w tych bardzo licznych dokumentach, do których zdążył przyłożyć swoją rękę jako życzliwy opiekun artystyczny. Zatem do widzenia, mistrzu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Do widzenia, Smoku Smoków