Reklama

Odejść, by zostać

Odejść, by zostać

w cyklu STRONA ŚWIATA
05.02.2019
Czyta się kilka minut
Amerykański prezydent Donald Trump chce wyplątać Stany Zjednoczone z trwającej 18. rok wojny w Afganistanie i wycofać wojska z Syrii. Z niespokojnego i nieprzyjaznego Ameryce Bliskiego Wschodu chce się jednak wycofać tak, by nadal tam zostać.
Melania i Donald Trump wśród żołnierzy amerykańskich podczas niezapowiedzianej wizyty w bazie Ain al Asad, Irak, 26 grudnia 2018 r. / Fot. Saul Loeb / AFP / East News
Melania i Donald Trump wśród żołnierzy amerykańskich podczas niezapowiedzianej wizyty w bazie Ain al Asad, Irak, 26 grudnia 2018 r. / Fot. Saul Loeb / AFP / East News
T

To naprawdę świetna baza. Wydaliśmy majątek, żeby ją wybudować i chciałbym ją zatrzymać” – wyznał Trump w niedzielnym wywiadzie dla amerykańskiej telewizji CBS. Wychwalał bazę wojenną Ain al Asad w prowincji Anbar, w zachodnim Iraku, przy granicy z Syrią. Właśnie tam, do Ain al Asad, ma się przemieścić dwa tysiące amerykańskich żołnierzy, których Trump postanowił wycofać z Syrii, gdzie wspierali miejscowych Kurdów i syryjskich partyzantów, walczących przeciwko rządowi z Damaszku.

„Ta baza znakomicie by mi się nadała, żeby mieć z niej oko na Iran – dodał Trump. – Bo z tym Iranem jest prawdziwy kłopot. Wszystkie kłopoty, jakie mamy na Bliskim Wschodzie, powodowane są przez Iran. To najbardziej terrorystyczne państwo świata. A my musimy bronić na Bliskim Wschodzie naszych sojuszników, musimy bronić Izraela. Ta baza w Iraku jest świetnie położona. Moglibyśmy jej użyć, gdybyśmy mieli coś do zrobienia w Syrii. Moglibyśmy też z niej mieć oko na Iran”. „Zaatakować z niej Iran?” – zapytał dziennikarz. „Nie, nie! Chcę tylko z niej mieć oko na Iran – odparł Trump. – Chciałbym się móc z niej rozglądać. Czy gdzieś się nie zanosi na jakieś kłopoty? I czy ktoś gdzieś nie majstruje przy broni atomowej? Chcielibyśmy to wszystko wiedzieć zawczasu”.

Nieproszeni goście

O tym, że jego rząd chciałby zachować dla USA bazy wojenne w Iraku, Trump mówił już w grudniu, kiedy wybrał się tam z trzygodzinną przedświąteczną wizytą do stacjonujących w Ain al Asad amerykańskich żołnierzy (jego krytycy wytykali mu, że z pierwszymi odwiedzinami u żołnierzy w strefie walki zwlekał aż do trzeciego roku prezydentury). „New York Times” twierdzi, że od kilku tygodni amerykańscy wojskowi prowadzą dyskretne negocjacje z Irakijczykami w sprawie dzierżawy kilku innych baz (zbudowanych przez USA i wykorzystywanych podczas inwazji na Irak w latach 2003-11) w pobliżu granicy irańskiej, m.in. w Irbilu. Amerykanie chcieliby rozmieścić w nich dodatkowe oddziały komandosów, zastępujących żołnierzy, których Trump postanowił wycofać z Syrii. Amerykańscy wojskowi, zaskoczeni decyzją prezydenta (sekretarz obrony James Mattis podał się do dymisji) przekonali go, by wycofane z Syrii wojska zastąpić właśnie niewielkimi oddziałami komandosów w irackich bazach, z których Amerykanie wycofali się w 2011 roku.

Wycofali się, by wrócić w 2014 r., na prośbę rządu irackiego. Pomagali mu w wojnie z armią samozwańczego kalifatu, który korzystając z powojennego chaosu rozpanoszył się w Iraku i Syrii (za co Irakijczycy obwiniali zresztą Amerykanów). W irackich bazach, głównie w Ain al Asad stacjonuje dziś ponad 5 tys. amerykańskich żołnierzy, walczących z niedobitkami kalifatu, a także szkolących irackie wojsko rządowe.

Wściekli z Bagdadu

Swoją dyplomatyczną niezręcznością Trump zaszkodził jednak amerykańskim planom, a pesymiści twierdzą wręcz, że może je udaremnić. W grudniu wywołał gniew Irakijczyków niespodziewaną i nie uzgodnioną z nimi (ani z nikim innym) deklaracją, że Amerykanie nie zamierzają w ogóle zamykać swoich baz wojennych nad Tygrysem i Eufratem. Zirytował Irakijczyków także tym, że o swojej podróży do Ain al Asad w ogóle ich nie uprzedził, a przebywając na irackim terytorium nie znalazł czasu, by się spotkać z szefem bagdadzkiego rządu. Trump tłumaczył się względami bezpieczeństwa i pośpiechem, wyjaśniał, że przed wyjazdem z Ain al Asad zadzwonił do premiera i że zaprosił go do Waszyngtonu. Krytycy wypomnieli mu jednak, że ani George W. Bush (2001-9), ani Barack Obama (2002-17) podczas swoich podróży do Iraku takiego afrontu swoim gospodarzom nie zrobili. Posłowie z Bagdadu okrzyknęli podróż Trumpa pogwałceniem suwerenności Iraku i domagali się, by co prędzej zwołać nadzwyczajną sesję parlamentu i ponownie wyprosić Amerykanów z irackiej ziemi. „Amerykańska okupacja się skończyła” – wygrażali.

Lutowym wywiadem Trump rozwścieczył Irakijczyków po raz kolejny – zarówno proamerykańskich Kurdów, nieufnych wobec Iranu sunnitów, jak życzliwych Teheranowi szyitów. Prezydent Bahram Salih (Kurd) oświadczył, że irackie władze poprosiły o przysłanie amerykańskich wojsk w jednym tylko celu – na wojnę z kalifatem. „Nikt nas nie prosił o zgodę na to, by z irackiej ziemi mieć oko na Iran” – powiedział Salih i przypomniał, że przysyłając ponownie wojska do Iraku Amerykanie obiecali, że nie zaatakują z irackiej ziemi żadnego innego państwa. „Nigdy na to nie pozwolimy – podkreślił iracki prezydent. – Chcemy przyjaźnić się ze wszystkimi, także z Iranem i nie damy się wplątać w żadną wojnę”. Wtórował mu były premier Haider al-Abadi (2014-18), który oznajmił, że „Irak nie pozwoli, by jego terytorium zostało wykorzystane do napaści na któregoś z sąsiadów”. „Nie będziemy niczyim popychadłem” – zapowiedział.

Niedźwiedzia przysługa

Przeciwnicy Ameryki, a także politycy życzliwi Iranowi (sprzyja mu znaczna część irackich szyitów, stanowiących dwie trzecie 40-milionowej ludności kraju i mających większość w obecnych władzach państwa) oświadczyli, że nie tylko nie pozwolą na otwarcie nowych baz wojennych w Iraku i sprowadzenie nad Tygrys i Eufrat dodatkowych żołnierzy USA, ale podczas marcowej sesji parlamentu wypowiedzą Amerykanom umowę o pomocy wojskowej i wyproszą ich z kraju. Przywódcy szyickich milicji zbrojnych, które walczyły z armią kalifatu, a dziś jedynie formalnie podlegają rządowi w Bagdadzie, zapowiedzieli, że jeśli posłowie nie wyproszą Amerykanów, oni sami znajdą sposoby, żeby się pozbyć z Iraku.


Polecamy: "Strona świata" - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


Tony Blinken, były zastępca sekretarza stanu USA (2015-17) komentujący dziś dla telewizji CNN sytuację na świecie, uznał że jeśli rząd Trumpa rzeczywiście zabiega u Irakijczyków o dzierżawę dodatkowych baz i zgodę na zwiększenie stacjonujących tam wojsk, to swoimi słowami i zachowaniem Trump wyrządził niedźwiedzią przysługę amerykańskim wojskowym i dyplomatom. Według Blinkena Irakijczycy nie chcą dać się wciągnąć w jakikolwiek konflikt zbrojny z Iranem, a wysoką cenę płacą już nawet za obecny, polityczny póki co, konflikt między Waszyngtonem i Teheranem oraz wymuszone na innych przez Amerykanów sankcje gospodarcze wobec Iranu. Irak, wciąż podnoszący się na nogi po dwóch wyniszczających wojnach – amerykańskiej z lat 2003-20111 i z kalifatem z lat (2011-17) – uzależniony jest od handlu z Iranem, a jego energetyka od dostaw irańskiego gazu ziemnego.

Talib niestraszny

W brzemiennym w skutki wywiadzie Trump przyznał też, że chciałby zachować dla Ameryki bazy wojenne w Afganistanie, skąd również zamierza wycofać wojska i przerwać trwającą od 2001 r. wojnę, najdłuższą i najkosztowniejszą wojnę, jaką kiedykolwiek toczyły Stany Zjednoczone. Nadzieja na koniec wojny pojawiła się w styczniu, gdy talibowie, kontrolujący już połowę afgańskiego terytorium, podjęli wreszcie poważne rozmowy z Amerykanami.

Poważne, bo rozmawiali z nimi już wcześniej, tyle że wszelkie targi polityczne uzależniali od wcześniejszego wycofania amerykańskich wojsk z Afganistanu. W styczniu, w katarskiej stolicy Dausze, emisariusz Trumpa Zalmay Khalilzad (amerykański dyplomata afgańskiego pochodzenia) złożył talibom zapewnienie, że Amerykanie wycofają się z Afganistanu w półtora roku po podpisaniu przez nich zawieszenia broni. Talibowie obiecali zaś Amerykanom, że nie pozwolą, by z afgańskiej ziemi ktokolwiek przypuścił atak na nich lub na ich sojuszników.

Pakistańskie gazety twierdzą, że w Afganistanie Amerykanie chcieliby zachować niewielkie bazy wojenne. W Dausze zapewniali talibów, że ze swoich baz nie wtrącaliby się w afgańskie sprawy, ale traktowaliby je wyłącznie jako strażnice, pilnujące amerykańskich interesów w tej części świata. W zamian za zgodę na dzierżawę baz (w podkabulskim Bagramie, Kandaharze czy położonych w pobliżu irańskiej granicy Szindandzie i Heracie) Amerykanie obiecują miliony dolarów na powojenne utrzymanie i odbudowę afgańskiego państwa. Do zgody na amerykańskie bazy namawiają talibów także ich starzy sojusznicy z Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (jako jedyne wraz z Pakistanem uznawały w latach 90. rządy talibów), będący również najważniejszymi sprzymierzeńcami Trumpa na Bliskim Wschodzie.

Moskwa utrudnia

Nie brak opinii, że na Bliskim Wschodzie to nie Trump wspiera się Saudami i szejkami z Abu Zabi i Dubaju, ale że to oni, do spółki z Izraelem, wysługują się Amerykaninem we własnych interesach. Opływający w petrodolary szejkowie, wrogowie irańskich ajatollahów, również kuszą talibów złotą manną, byle tylko zgodzili się pozostać amerykańskim żołnierzom nad wschodnią granicą Iranu. Pakistan, kolejny mecenas i dobrodziej talibów, zapewnia, że nic nie ma przeciwko amerykańskim bazom w Afganistanie, ale wolałby, żeby uzgodnić to również z innymi regionalnymi mocarstwami – Chinami i Rosją.

Pekin, a zwłaszcza Moskwa, niechętnie widziałyby amerykańskie bazy w Afganistanie. Rosjanie, uważający tę część Azji za własną strefę wpływów (a przynajmniej nie amerykańską) od czasu lądowania wojsk USA pod Hindukuszem robili wszystko, by nie pozwolić im się tam zadomowić. Podejrzewając, że afgańską inwazję Amerykanie spróbują wykorzystać do otoczenia ze wszystkich stron swojego najbardziej nienawistnego wroga, Iranu, Kreml nie dopuścił do otwarcia amerykańskich baz ani posterunków w Gruzji czy Azerbejdżanie. Pobuntował też Uzbeków i Kirgizów, by wypowiedzieli Amerykanom przyznane im wcześniej umowy na dzierżawę baz lotniczych.

Prezydent jest niepotrzebny

Utrudnieniu afgańskiego życia Amerykanom służą urządzane przez Rosjan w Moskwie rozmowy talibów i przedstawicieli afgańskiej opozycji, niechętnej panującemu od 2014 r. proamerykańskiemu prezydentowi Aszrafowi Ghaniemu. Wychodzi na to, że Ghani jest jedynym afgańskim przywódcą, z którym nikt o przyszłości nie rozmawia. Do Moskwy nie jest zapraszany, a w Dausze nie chcą z nim rozmawiać talibowie. Uważają, że jest jedynie marionetką Amerykanów, a rozmowa z nim jest tylko stratą czasu.


Czytaj także: Afganistan: wojna bez końca - Wojciech Jagielski w cyklu "Strona świata"


Dotąd, zabiegając o rozmowy z talibami o pokoju, amerykańscy dyplomaci upierali się, że muszą w nich uczestniczyć także przedstawiciele kabulskiego rządu. Trump to zmienił i choć zapewnia, że o przyszłości Afganistanu zadecydują wyłącznie sami Afgańczycy, zaczął układać się z talibami. Jeśli przekona (albo przekupi) ich, by zgodzili się zostawić w Afganistanie niewielkie amerykańskie strażnice, stosowne porozumienie w tej sprawie będzie musiał zawrzeć z urzędującym prezydentem z Kabulu.

Upokorzony i wściekły Ghani nie chce nawet o tym słyszeć. „Po wojnie żadne obce wojska nie zostaną w Afganistanie!” – odgraża się prezydent. Doskonale wie, że nic tak nie jednoczy Afgańczyków jak obcy najazd czy okupacja. I że potrafią zapomnieć swoim władcom tyranię, chciwość czy głupotę, ale nie wybaczą, okrzykną zdrajcą i wcześniej czy później obalą każdego, kto dzięki obcym wojskom zdobędzie władzę i spróbuje ją sprawować. Wiedział to także poprzednik Ghaniego, Hamid Karzaj (2001-2014), który choć wyniesiony do władzy przez Amerykanów, wolał wdać się z nimi w spór i stracić władzę niż złożyć podpis na umowie, przyznającej Jankesom prawo do utrzymywania baz wojennych w Afganistanie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]