Reklama

open eyes economic summit 2019

Pożegnanie ze Wschodem

Pożegnanie ze Wschodem

w cyklu STRONA ŚWIATA
26.10.2019
Czyta się kilka minut
„Wycofamy się z ociekających krwią piachów Bliskiego Wschodu” – powtarza Donald Trump, który walcząc o władzę obiecywał, że ściągnie „amerykańskich chłopców do domu”. Aby przed reelekcją dotrzymać słowa, wycofuje wojska z Syrii, ale także z Afganistanu.
Donald Trump, Waszyngton, 25 października 2019 r. / Fot. Ting Shen/Xinhua News/East News
W

Wynosimy się stąd. Niech ktoś inny teraz walczy na tych okrwawionych piachach. Nie musimy być żandarmem na całym świecie” – zapowiedział w tym tygodniu prezydent USA w orędziu z Białego Domu. Po raz kolejny odpowiadał krytykom, zarzucającym mu, że wycofując tysiąc amerykańskich żołnierzy z Syrii, zdradza Kurdów, dotychczas najwierniejszych sojuszników Waszyngtonu w pięcioletniej wojnie z dżihadystami z Państwa Islamskiego i wystawia ich na skazaną na klęskę konfrontację z armią turecką. „Niech inne państwa wezmą teraz na siebie choć część wojennego trudu. Moim celem jest jedynie wygrana Ameryki i jej korzyść” – mówił Trump.

„Zajęliśmy w Syrii pola naftowe i dlatego niewielki oddział pozostanie tam, by strzec ropy” – dodał, mówiąc o bazie w al Tanf, przy granicy z Irakiem, gdzie Amerykanie zamierzają pozostawić 200-300 żołnierzy. Pozostały tysiąc chcieli przerzucić na iracką stronę, gdzie w bazie wojennej Ain al Assad stacjonuje już pięć tysięcy Amerykanów.

Samoloty dla Amerykanów

Po inwazji na Irak i ośmioletniej wojnie, w 2011 roku Waszyngton, wobec niezgody Bagdadu, by amerykańscy żołnierze nie podlegali jego jurysdykcji, wycofał wojska znad Tygrysu i Eufratu. Wysłał je tam ponownie w 2014 roku, na prośbę irackiego rządu, zagrożonego przez dżihadystów z Państwa Islamskiego, którzy po wycofaniu Amerykanów wzniecili zbrojne powstanie, zajęli Mosul oraz północną i zachodnią część kraju.

W innej sytuacji, wciąż słaby, iracki rząd chętnie przyjąłby u siebie kolejnych amerykańskich żołnierzy, by strzegli jego władzy. Bagdad musi się jednak liczyć z wrogim Ameryce sąsiadem, Iranem oraz niechęcią Irakijczyków widzących wciąż w Amerykanach nieprzyjaciół i okupantów. Co gorsza, od miesiąca premier Adel Abdul Mahdi usiłuje spacyfikować antyrządowe demonstracje i rozruchy, w których zginęło ponad 150 osób. Buntownikom przewodzi Muktada as-Sadr, szyicki duchowny i polityk, cieszący się w Iraku opinią nacjonalisty, niechętnego zarówno nadmiernej uległości wobec Iranu, co Ameryce (sadryści z Armii Mahdiego walczyli z Amerykanami, Polakami – Karbala – a także irackimi sunnitami). Chcąc utrzymać się u władzy, rząd z Bagdadu nie może przyjąć u siebie dodatkowych Amerykanów i nie narazić się przy tym na oskarżenia o wasalną uległość wobec Wuja Sama.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →

 

Premier Mahdi odmówił więc przyjęcia wycofywanych z Syrii amerykańskich żołnierzy. Zgodził się, by przekroczyli granicę, ale zapowiedział goszczącemu w Bagdadzie sekretarzowi obrony Markowi Esperowi, że najpóźniej za miesiąc muszą wyjechać z kraju, do Kuwejtu, Kataru, Bahrajnu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Omanu czy Arabii Saudyjskiej, gdzie w większych i mniejszych bazach, na lądzie, ale głównie w portach stacjonuje prawie 50 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Iracki minister obrony obwieścił nawet, że kazał już podstawić samoloty, które wywiozą Amerykanów na Półwysep Arabski.

Cofnięta gwarancja bezpieczeństwa

Zapowiadane przez Trumpa wycofanie Amerykanów z krwawych piasków Bliskiego Wschodu niepokoi najbardziej właśnie królów, emirów i szejków z Półwyspu Arabskiego, przywykłych do myśli, że ropą naftową kupią sobie dozgonną przyjaźń Amerykanów. Odkąd w Białym Domu nastał znany z kapryśnego usposobienia Trump, żaden z dotychczasowych sojuszników Ameryki nie może dłużej być pewien wydawanych przez nią gwarancji bezpieczeństwa.

Nie mogą być tego pewni nawet Saudowie, którzy na początku lat 90., zagrożeni najazdem irackiego dyktatora Saddama Husajna na Kuwejt, wezwali na pomoc amerykańskie wojska i pozwolili im rozbić obozowiska w ojczyźnie Proroka, co stało się powodem buntu Osamy ibn Ladina i dało początek współczesnemu ruchowi dżihadystów. Dziś, zagrożeni przez Iran, konkurujący o pierwszeństwo na Bliskim Wschodzie i świecie islamu, znów poprosili Amerykę o przysłanie dodatkowych wojsk. Trump kazał posłać do Arabii Saudyjskiej dodatkowych 3 tysiące żołnierzy, ale nie odpowiedział zbrojnie, ani na irańskie ataki na tankowce w Cieśninie Ormuz, ani przypuszczony przez irańskich protegowanych z Jemenu atak na saudyjskie rafinerie i rurociągi. 

Porzucenie syryjskich Kurdów dało wiele do myślenia wszystkim amerykańskim sojusznikom i klientom na Bliskim Wschodzie. Uzmysłowiło, że każdy z nich może podzielić los Kurdów, jeśli walczącemu o reelekcję Trumpowi przyjdzie do głowy, że porzucenie sprzymierzeńca zwiększy jego szansę na wygraną. Saudowie, do których Trump wybrał się w swoją pierwszą prezydencką podróż, wiedzą, że mniej myśli on o trwałości ich reżimu, a więcej o miliardach, jakie obiecali mu zapłacić za dostawy amerykańskiej broni. Broń oferuje im – i wszystkim innym na Bliskim Wschodzie – także Rosja, która korzysta na izolacjonizmie Trumpa, przejmuje bliskowschodnie przywództwo i przypomina na każdym kroku tamtejszym królom, emirom, prezydentom i premierom, że Ameryka zdradza swoich sojuszników, a Moskwa nie tylko pozostaje im wierna, ale – jak w przypadku syryjskiego prezydenta Baszara Assada – gotowa jest za nich toczyć wojny.

Negocjacje z talibami

Amerykańskiego wsparcia dawno już nie są pewni przywódcy Afganistanu, zawdzięczający władzę właśnie Jankesom, którzy w odpowiedzi na samobójcze zamachy na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 roku dokonali inwazji na Afganistan, by obalić tamtejszy rząd talibów i kwaterę główną Terrorystycznej Międzynarodówki, Al-Kaidy.

We wrześniu Trump, który walcząc o prezydenturę, obiecał wyplątać Amerykę z 18-letniej, najdłuższej wojny, jaką kiedykolwiek stoczyła, już raz próbował przehandlować ustanowione w Afganistanie porządki za pokój z talibami. Atakowany ze wszystkich stron, że jego ustępstwa oznaczają faktyczną kapitulację wobec talibów – targu miał dobić nazajutrz po kolejnej rocznicy zamachów z 11 września – w ostatniej chwili unieważnił wszystkie uzgodnienia i wycofał się z ugody. Ale przed przyszłoroczną, amerykańską jesienią wyborczą spróbuje jeszcze raz przehandlować talibom Afganistan w zamian za pokój i wycofanie amerykańskich wojsk spod Hindukuszu. 

Zalmay Khalilzad, Afgańczyk z pochodzenia, główny negocjator Trumpa, w październiku spotkał się już z talibami w pakistańskim Islamabadzie, a w przyszłym tygodniu delegacja talibów wybiera się do Chin na spotkanie z przedstawicielami afgańskich polityków. Talibowie nie rozmawiają oficjalnie z kabulskim rządem, który uważają za marionetkę Amerykanów. Rozmawiają z ministrami (poprzednie takie spotkania odbyły się w katarskiej Dosze, gdzie talibowie mają swoje polityczne przedstawicielstwo, oraz w Moskwie), ale wyłącznie jako osobami prywatnymi, a nie przedstawicielami kabulskich władz.

Trump ani myśli zresztą czekać na wynik układów z talibami i jest zdecydowany wycofywać wojska z Afganistanu bez względu na wszystko. Dowódca amerykańskiego korpusu ekspedycyjnego spod Hindukuszu, gen. Austin „Scott” Miller ujawnił właśnie, że na życzenie Białego Domu w ciągu ostatniego roku liczebność wojsk USA w Afganistanie spadła o dwa tysiące. Nie ogłaszano tego, ale żołnierzy, którym kończyła się służba i którzy wracali do Ameryki, nie zastępowano nowymi. W ten sposób liczebność amerykańskich wojsk w Afganistanie spadła z 15 do 12-13 tysięcy.

Porzuceni sojusznicy

Podczas niedawnej wizyty w Kabulu amerykański sekretarz obrony Mark Esper wyznał dziennikarzom, że według niego do tropienia i walki z dżihadystami z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego wystarczyłoby nawet 8-9 tysięcy żołnierzy, a gen. Miller potwierdził, że więcej wojsk nie potrzebuje. Oznaczałoby to, że Amerykanie pod Hindukuszem chcą skupić się wyłącznie na walce z dżihadystami, a zadanie szkolenia afgańskiego wojska rządowego zamierzają przerzucić na sojuszników z NATO, którzy utrzymują w Afganistanie 8-9 tys. żołnierzy.

Telewizja NBC podała nawet, że w Pentagonie planiści przystąpili do pracy nad szczegółami operacji logistycznej na wypadek gdyby Trump wydał nagle – jak w przypadku ewakuacji z Syrii – rozkaz pilnego sprowadzenia z Afganistanu całego amerykańskiego korpusu ekspedycyjnego.

Amerykanie uzależniali dotąd wycofanie swoich wojsk spod Hindukuszu od zgody talibów na zawieszenie broni i podjęcie przez nich rozmów z kabulskim rządem o przyszłości kraju. Talibowie upierali się, że nie będą rozmawiać o pokoju, dopóki Amerykanie nie wycofają swoich wojsk z Afganistanu.

„Amerykanie uważają, że jako światowemu mocarstwu przysługuje im prawo mieć interesy w każdym zakątku świata. Ale wycofują się, gdy tylko przekonują się, że sprawy idą trudniej, niż myśleli, czy że nie opłaca się, jak sądzili” – powiedział w rozmowie z dziennikarzem „New York Timesa” jeden z politycznych przywódców talibów, mułła Chairullah Chairchwa. „To, jak porzucili Kurdów w Syrii, jest tego najlepszym przykładem. Z rządem z Kabulu postąpią jak z Kurdami. To oczywiste”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Żeby nie pożegnali się tak z nami, kiedy okażą się potrzebni...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]