Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Afgańskie drogi wyjścia

Afgańskie drogi wyjścia

w cyklu STRONA ŚWIATA
03.08.2018
Czyta się kilka minut
Nie mogąc pokonać talibów i nie widząc innego sposobu zakończenia siedemnastoletniej wojny, Amerykanie zaczęli się w końcu z nimi układać.
Afgańscy saperzy wyruszają na akcję rozbrajania min w regionie Zhari, marzec 2018 r. / SANAULLAH SEAIM / XINHUA / EAST NEWS
Afgańscy saperzy wyruszają na akcję rozbrajania min w regionie Zhari, marzec 2018 r. / SANAULLAH SEAIM / XINHUA / EAST NEWS
W

W lipcu, w jednym z hoteli w katarskiej stolicy Dosze, gdzie talibowie otworzyli przed kilkoma laty swoje oficjalne przedstawielstwo, z emisariuszami afgańskich partyzantów spotkała się Alice Wells, odpowiedzialna w Departamencie Stanu za sprawy Azji Środkowej i Południowej. Wysoka ranga dyplomatyczna Amerykanki miała przekonać talibów, że rozmawia z nimi z błogosławieństwa Białego Domu i jego gospodarza Donalda Trumpa.

Do tej pory bowiem Amerykanie upierali się, że nie są stroną afgańskiej wojny, a o pokoju talibowie powinni rozmawiać nie z nimi, ale z przedstawicielami rządu z Kabulu. Teraz zmienili zdanie. W Dosze rozmawiali z talibami między innymi o ewentualnym udziale talibów w afgańskim rządzie, a także o możliwości pozostawienia amerykańskich baz wojennych w Afganistanie.

„To były takie rozmowy o rozmowach” – powiedział jeden z talibów, którzy od lat powtarzają, że jeśli mają się z kimś układać, to tylko z Amerykanami, a nie ich protegowanymi z kabulskiego rządu. – „Ale bardzo przyjemnie ze sobą rozmawialiśmy i ustaliliśmy, że wkrótce spotkamy się znowu”.

Po katarskich rozmowach Amerykanów z talibami znawcy Afganistanu orzekli, że afgańska wojna nigdy nie była tak bliska pokojowego zakończenia.

Z kim się układać, z kim rozmawiać

Pod koniec 2001 roku, gdy w wyniku zbrojnej interwencji Amerykanie obalili rządy talibów w Kabulu, wykluczyli ich z afgańskiego „okrągłego stołu”, przy którym dzielono władzę i ustalano nowe porządki w Afganistanie. Talibowie zostali uznani za zbrodniarzy i banitów, takich samych jak terrorystyczna międzynarodówka Al-Kaida, której udzielili gościny w rządzonym przez siebie Afganistanie.

W przekonaniu, że w Afganistanie odnieśli ostateczne i niekwestionowane zwycięstwo, w 2003 roku Amerykanie najechali na Irak. Jeszcze za prezydentury Geroge’a W. Busha (2001-2009), nie mogąc powstrzymać odradzającej się armii partyzanckiej talibów, Amerykanie próbowali przekonać ich do rozmów z afgańskim przywódcą Hamidem Karzajem (2001-2014). Żądali jednak, by zanim zasiądą za stołem rokowań, talibowie wyrzekli się walki zbrojnej, uznali nowe afgańskie porządki i konstytucję, a w Karzaju – prawowitego władcę. Na wszelkie próby nawiązywania rozmów z talibami za jego plecami Karzaj reagował wybuchami gniewu, oskarżał Amerykanów o zdradę. Bush rozumiał się z Karzajem, rozumiał jego, podzielane przez Afgańczyków, wyczelanie na sprawy dumy i honoru. Barack Obama takiej cierpliwość wobec afgańskiego przywódcy już nie miał.


STRONA ŚWIATA – analizy i reportaże Wojciecha Jagielskiego w specjalnym serwisie „Tygodnika Powszechnego” >>>


Obama (2009-2017) uważał wojenne wyprawy Busha za błędne i niezwykle kosztowne – wojskowo, politycznie, finansowo – i zapowiedział, że za swojej prezydentury pokończy wojny i w Afganistanie, i w Iraku. Od razu chciał wycofywać wojska, ale generałowie przekonali go, że jeśli zamiast wycofywać wyśle na wojnę dodatkowe i liczne oddziały, spróbują wygrać obie wojny. Obama ustąpił. O ile w Iraku dodatkowe wojska złamały al-Kaidę (parę lat później wyrosło z niej Państwo Islamskie), w Afganistanie nawet 150 tysięcy amerykańskich żołnierzy nie było w stanie rozbić talibów i zapanować nad ich matecznikiem w południowych prowincjach Kandahar i Helmand.

Przeczuwając, że nie pobije talibów, Obama próbował się z układać. W 2010 roku dzięki staraniom amerykańskich dyplomatów talibowie otworzyli na potrzeby układów swoje przedstawicielstwo w katarskiej Dosze. Ale pierwsze bezpośrednie rozmowy z Amerykanami zostały zerwane przez Karzaja, który wściekł się, że na murze swojej ambasady talibowie wywiesili tabliczkę informującą, że są jedynym prawowitym rządem Afganistanu. Obama, wierny zasadzie, że o wojnie i pokoju talibowie mogą negocjować tylko z kabulskim rządem wycofał się z układów. Do ambasady talibów w Dosze Amerykanie wrócili jeszcze wiosną 2014 roku, by w zamian za wypuszczenie z więzienia w Guantamo pięciu komendantów talibów wytargować zwolnienie z partyzanckiej niewoli jedynego amerykańskiego jeńca-dezertera, sierżanta Roberta „Bowe’a” Bergdahla.

Dwa lata później na spotkanie z talibami w Dosze wraz z Amerykanami przyjechali też przedstawiciele afgańskich władz, ale rozmowy zakończyły się fiaskiem. Talibowie chcieli układać się wyłącznie z Amerykanami. Amerykanie przekonywali, że jednym rozmówcą dla partyzantów może być tylko rząd z Kabulu. Nie powiodły się też wszystkie inne próby nawiązania rozmów afgańskiej wojnie i pokoju.

Równie patowa sytuacja zapanowała na frontach afgańskiej wojny. Z końcem 2014 roku Zachód wycofał wojska z Afganistanu, ale wciąż pozostało tam kilkanaście tysięcy amerykańskich i zachodnich żołnierzy i instruktorów, szkolących afgańską armię, a także kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy prywatnych firm wojskowych i ochroniarskich. Talibowie przejęli pod kontrolę jedną trzecią kraju, ale nie zdobyli stolicy którejkolwiek z prowincji (choć oblegali i szturmowali Kunduz, Laszkar Gah, a ostatnio Farah), ani w ogóle żadnego z większych miast. Bez wsparcia Amerykanów budowane przez nich afgańskie wojsko rządowe nie radzi sobie z odpieraniem partyzanckich natarć, ponosi w walkach ciężkie straty, mnożą się dezercje. Odkąd wiosną zeszłego roku Trump zezwolił swoim generałom na eskalację działań wojennych, posłał do Afganistanu kolejnych kilka tysięcy żołnierzy i zgodził się, by lotnictwo USA dokonywało powietrznych rajdów zaczepnych przeciwko partyzantom, wojna pod Hindukuszem wybuchła na nowo, znów ginie w niej ludność cywilna. Talibowie nie chcieli rozmawiać z afgańskim rządem, a Amerykanie nie chcieli się zgodzić na negocjacje z talibami. Amerykanie zrozumieli jednak, że afgańskiej wojny nie wygrają i starali się już jej tylko nie przegrać. Talibowie zaś uwierzyli, że prędzej czy później zwyciężą, nie ma więc sensu układać się i ustępować.

Rozejm od święta

Walcząc o prezydenturę Trump powtarzał, że wojna afgańska, najdłuższa, jaką kiedykolwiek toczyła Ameryka, przynosi jej tylko straty – zginęło w niej ponad 2 tys. amerykańskich żołnierzy i kosztuje amerykański skarbiec więcej niż Plan Marshalla, dzięki któremu zachodnia Europa odbudowała się z wojennych zniszczeń. Już w zeszłym roku Trump chciał wycofać wszystkie wojska USA spod Hindukuszu. Generałowie nie tylko odwiedli go od tej myśli, ale przekonali, by posłał do Afganistanu kolejnych kilka tysięcy żołnierzy. „Ugodzimy boleśnie talibów i jeśli nawet nie rozbijemy ich, to osłabimy tak bardzo, że będą się musieli zgodzić na rozmowy” – obiecywali generałowie.

Ale choć zrzucili na Afganistan najpotężniejszą bombę, jaką widział świat, ustępującą pod względem siły zniszczenia tylko bombom atomowym, generałowie nie złamali talibów. Wiosną, widząc nieskuteczność swoich wojskowych, zniecierpliwiony Trump kazał swoim dyplomatom dogadać się z talibami, nie oglądając się na afgański rząd. W podróże do Kabulu, Islamabadu i na Półwysep Arabski ruszyli dyplomaci i wojskowi. W czerwcu sekretarz stanu Mike Pompeo ogłosił, że Waszyngton jest gotów „wspierać, ułatwiać, a nawet uczestniczyć” w rozmowach z talibami o pokoju oraz amerykańskich bazach wojennych na afgańskiej ziemi (Amerykanie chcą je utrzymać nawet jeśli talibowie wejdą do afgańskiego rządu, a według znawców talibów, są oni skłonni się na to zgodzić, by mieć pomoc Jankesów w walce z partyzantami z Państwa Islamskiego).

Gdyby w Kabulu nadal rządził Karzaj, oskarżyłby Trumpa i Amerykanów o zdradę. Ale jego następca Aszraf Ghani nie jest już tak przeczulony na punkcie godności jak Karzaj (może dlatego, że pół dorosłego życia spędził na Zachodzie?) i chce się dogadać z talibami za każdą cenę. Na początku roku zaproponował im rozmowy o pokoju bez żadnych warunków wstępnych. W dowolnym czasie i miejscu. Obiecał im też bezpieczną kwaterę w Kabulu jeśli postanowią wyrzec się przemocy i ogłoszą partią polityczną. Na tę najhojniejszą jak dotąd ofertę pokojową talibowie nie odpowiedzieli. Ale i nie odrzucili jej co uznano za dobrą wróżbę.

W marcu Ghani powtórzył ofertę ponownie. „Kiedy mężczyzna stara się o rękę upragnionej kobiety, nawet kilkakrotna odmowa nie powinna go zrażać” – wyjaśniał swój upór dziennikarzom, a w maju zapowiedział, że dla uczczenia Święta Przerwania Postu, Id al-Fitr, kończącego tegoroczny ramadan, afgańskie władze ogłoszą dziesięciodniowy rozejm od szóstego do 16 czerwca. Amerykańscy generałowie zgodzili się na to, choć wielu przestrzegało, że partyzanci wykorzystają rozejm, by przeniknąć do miast i wywołać w nich rebelię i że skończy się to tak natarcie wietnamskich partyzantów jak Ofensywa Tết, którą wietnamscy partyzanci przypuścili podczas noworocznego zawieszenia broni. Talibowie rozejmu nie odrzucili, ale ogłosili własny, trzydniowy, od piętnastego do 17 czerwca. Pakistańczycy chwalą się dziś, że to oni, na prośbę Amerykanów, przekonali talibów, by przystali na rozejm. W zamian za tę przysługę Amerykanie zabili w połowie czerwca ukrywającego się w Afganistanie emira pakistańskich talibów mułłę „Radio” Fazlullaha.


„MUŁŁA RADIO” ZAMILKŁ. TYM RAZEM NA ZAWSZE – Śmierć Fazlullaha – ściganego listami gończymi emira pakistańskich talibów – ogłaszano już wiele razy. Gdy w końcu zginął – trafiony rakietą z amerykańskiego samolotu – nie było wiadomo, czy można w to wierzyć.


Rozejm na koniec ramadanu był pierwszym zawieszeniem broni w afgańskiej wojnie i obie strony skrupulatnie go przestrzegały. Na frontach zapanowała cisza. Talibowie tysiącami ruszyli do rodzinnych wiosek i miast, by odwiedzić niewidziane od dawna rodziny, partyzanci bratali się z żołnierzami, w kraju zapanował entuzjazm. Kiedy rozejm się skończył, Ghani zaproponował, by przedłużyć go o kolejnych dziesięć dni, ale talibowie już na to nie przystali. Dowiedli, że zależy im na pokoju i że panują nad swoimi oddziałami. Nie chcieli jednak, by ich ugodowość wzięto za przejaw słabości, albo żeby mniej wyrobieni politycznie komendanci uznali, że ich szefowie wyrzekają się świętej sprawy dla posad w Kabulu.

Od trzech lat talibowie mają bowiem w Afganistanie konkurenta w rywalizacji o przywództwo świętej wojny. Swoją filię założyło tu bowiem Państwo Islamskie, a po rozgromieniu samozwańczego kalifatu, jego mudżahedini ściągają znad Tygrysu i Eufratu pod Hindukusz. Talibowie, sprzymierzeni z al-Kaidą, zwalczają Państwo Islamskie odkąd ogłosiło ono Iran, Afganistan i Pakistan swoją prowincją Chorasanu. W wojnie tej wspierają ich po cichu Rosja i Iran, a także sami Amerykanie, których lotnicy i komandosi tropią i zabijają komendantów Państwa Islamskiego.

W sierpniu afgański rząd zamierza ogłosić nowy rozejm, tym razem z okazji Święta Ofiarowania, Id al-Adha, przydającego w tym roku na początek ostatniej dekady miesiąca. Podczas spotkania w Dosze Amerykanie namawiali talibów, by i oni na święta złożyli broń, a gazeta „New York Times” podała, że Trump i jego generałowie przkonują afgańskich przywódców, by zebrali wszystkie wojska w wielkich garnizonach, broniących stołecznego Kabulu, Kandaharu, Heratu, Mazar-e Szarif i Dżelalabadu, a rozległe prowincje i wioski oddali pod kontrolę policji czyli poddali faktycznie talibom. Talibowie o to właśnie zabiegali podczas spotkań w Dosze. Afgański rząd nie chce się jednak na to zgodzić, bo oznaczałoby to jego kapitulację i wydanie pod rządy talibów trzech czwartych z 35-milionów obywateli.

Kwiecień pod Hindukuszem

Aszraf Ghani cieszy się opinią zarozumialca i uparciucha. W sprawie rozmów o wojnie i pokoju okazał się jednak politykiem zręczniejszym i skuteczniejszym niż Karzaj. Ghani uważa, że jeśli do rozpoczęcia rozmów o afgańskiej wojnie i pokoju talibom potrzebne jest najpierw spotkanie z Amerykanami, to niechże się z nimi spotykają. W końcu jednak będą musieli się spotkać również z nim i to z nim jako prawowitym afgańskim prezydentem będą ustalać, jak ma wyglądać przyszły Afganistan. Ghani wydaje się ufnie spoglądać w przyszłość. Właśnie wyznaczył na 20 kwietnia przyszłego roku datę nowych wyborów prezydenckich, w których zamierza ubiegać się o reelekcję. W ostatniej, burzliwej historii Afganistanu najważniejsze wydarzenia działy się właśnie w kwietniu.

Dwudziestego siódmego kwietnia 1978 roku doszło do zamachu stanu (przezwanego potem rewolucją kwietniową), w wyniku której do władzy w Kabulu doszli młodzi oficerowie i komuniści, szukający wzorów i rubli w ówczesnym Związku Radzieckim. Tamten przewrót doprowadził do wojny domowej i inwazji zbrojnej Armii Czerwonej, a dziesięcioletnia, wyniszczająca wojna afgańska wykrwawiła Związek Radziecki i przyczyniła się do jego upadku.

Szesnastego kwietnia 1992 roku w Kabulu w wyniku kolejnego przewrotu obalony został ustanowiony przez Rosjan afgański prezydent Nadżibullah. Po rozpadcie Związku Radzieckiego urwały się dostawy rubli, którymi opłacał sobie wierność swoich generałów. Zdradzili go więc i sprzymierzyli się z jego wrogrami, mudżahedinami, którzy następnego dnia wkroczyli do Kabulu. Nie umiejąc się podzielić łupami i władzą, mudżahedini zaraz skoczyli sobie do oczu i wywołali następną wojnę. Wszystko co działo się potem doprowadziło do ostatecznego upadku afgańskiego państwa, zawłaszczenia go przez banitów z terrorystycznej międzynarodówki, al-Kaidy i kolejnej, obcej inwazji, tym razem amerykańskiej, nowej wojny. Afgański prezydent Ghani wierzy, że w 2019 roku wygra wybory, a wcześniej przy pomocy Amerykanów dogada się z talibami, przerwie toczącą się już prawie pół wieku wojnę. Wraz z kolejnym kwietniem przeszedłby do afgańskiej historii jako przywódca, za którego sprawą pod Hindukuszem zapanowałby nieznany tam od lat pokój.

Galeria zdjęć
  • Żołnierze Afgńskiej Armii Narodowej (ANA) przeszukują pojazdy w punkcie kontrolnym w mieście Dżalalabad po tym, jak 31 lipca bojownicy zaatakowali biuro rządowe zabijające 15 osób. 1 sierpnia 2018 r. / FOT. NOORULLAH SHIRZADA / AFP / EAST NEWS

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]