O współczuciu

Dni żałoby po tragedii "Halemby" żywią się mediami - i jest to w naszym świecie oczywistość najzupełniej normalna. Kamera i głos dziennikarza z miejsca, gdzie stało się nieszczęście, pozwalają i nam być obecnymi, a nieustanna relacja sprawia, że nie przestajemy towarzyszyć tym, którym współczujemy, i tym, o których się lękamy, uczestnicząc i w narastaniu nadziei, i w jej traceniu, gdy tak właśnie musi się dziać. A w pewnej chwili okazuje się, że także potrzeba realnej pomocy zostaje przed nami otwarta dzięki tym samym środkom przekazu. Pojawia się sygnał, zaproszenie, adres, komunikaty o tym, co już się dokonuje. Czy więc może tu być miejsce na jakiekolwiek zastrzeżenia albo korektę?
Czyta się kilka minut

W kolejnych dniach żałobnego tygodnia uderza błyskawiczna eskalacja znaków współczucia: jedna za drugą instytucje meldują o swoich decyzjach opiekuńczych. Padają sumy, szczodre, dyktowane najlepszą wolą, padają deklaracje na przyszłość. Coraz większej wagi nabiera konkret materialny, on też jest najłatwiejszy i najbardziej dostępny: wyślę bodaj esemesa wartego parę złotych, wrzucę pieniądz do puszki w kościele. Bo przecież moja obecność tam, choćby najmocniej przeżywana, pozostaje jednak umowna: nie mogę dać tamtym ludziom tego, co w nieszczęściu liczy się najmocniej, a często nawet jedynie: obecności prawdziwej. Wyrażającej się przede wszystkim wiernością w czasie. To czas jest darem najważniejszym: pozostanie przy dotkniętych tragedią tyle i tak długo, jak to będzie im potrzebne. Pozostanie realne, dotykalne, dyspozycyjność, gotowość do każdej odpowiedzi, jaka będzie oczekiwana.

Tutaj dopiero rozmija się cała skuteczność medialnego przekazu i medialnego uczestnictwa z wymiarem realnej rzeczywistości: tkwienie przy radiu czy telewizorze choćby i dwadzieścia cztery godziny na dobę w żaden sposób nie zamieni się w dar czasu rzeczywistego, oddanego potrzebującemu.

Dlatego dobrze, że telewizja towarzysząca dniom tragedii, pokazała w pewnej chwili migawkę ze starą Ślązaczką opłakującą swoją dawną żałobę po synu, który też zginął w kopalni, ale niezauważenie przez kogokolwiek. "Nikt nawet nie przyszedł mi o tym powiedzieć" - płakała. Było to jak przypomnienie, że nie wszystkie nieszczęścia stają się tematem medialnym, a dołączanie się do wspólnych przeżyć dalece nie wyczerpuje nakazu obecności pomocnej. Może być nawet przeciwnie: może odwrócić naszą uwagę od brata, który cierpi dosłownie na wyciągnięcie ręki, tyle że mało dostrzegalnie. Za cicho...

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 49/2006