Nudny Bóg

Potwornie nudno w tych naszych kościołach, na Mszach zwłaszcza. Trzeba by uatrakcyjnić te Msze albo po prostu zrezygnować z obecnej formy i cofnąć się do przedsoborowego sposobu odprawiania. Mówią jedni.
Czyta się kilka minut

Drudzy – że jeszcze lepiej by było, gdyby starsi Kościoła, wzorem Apostołów, odzyskali właściwe im charyzmaty, wtedy naprawdę zaczęłoby się dziać dobrze. I tak w jedną niedzielę mówilibyśmy obcymi językami, w inną proboszcz uzdrowiłby jakiegoś chorego, a biskup, albo papież, wskrzesił zmarłego. Wszyscy wokół wreszcie przekonaliby się, że nasza wiara jest prawdziwa, a nasz Kościół, my, mamy jednak z Panem Bogiem naprawdę dobre stosunki. Jeśli zaś będzie dalej tak, jak jest, nuda nas zabije.

Nuda, choć szlachetniejszego rodzaju, zabija nas z jeszcze innego, poważniejszego powodu. Zjawia się co jakiś, ale mniej więcej określony czas. Koniec późnej młodości, koniec wieku „chmurnego i durnego”, czyli dojrzałego, i wreszcie starość. Niby nie powinniśmy narzekać, niby nie ma na co, nie ma powodu, bo przecież ślub kościelny mamy, dzieci ochrzczone, wnuki też, wiedzie się nam całkiem, całkiem, nawet zdrowie, choć nie najlepsze, to i nie najgorsze, a mimo to nie jest dobrze. Po prostu nudno. Wciąż to samo, a perspektywa, jak się dobrze zastanowić, też marna, bo będzie jeszcze gorzej. Nie, nie narzekam, ale coraz częściej nachodzi mnie pokusa, żeby to wszystko rzucić i zwiać. Tylko dokąd? Nawet jak się ma lat trzydzieści czy czterdzieści, to uciekając i tak zabieramy ze sobą wszystko, co się w nas przez lata nagromadziło. Wiadomo przecież, że najcięższy bagaż, jaki przychodzi nam dźwigać, to nic innego jak nasza przeszłość. Jednym słowem to moje życie jest nic niewarte. Ale czy z takim postawieniem sprawy wypada się zgodzić?

Rzeczywiście, im dalej w lata, tym wyraźniej człowiek dostrzega, że to całe życie, nawet jeśli było „chmurne i durne”, zarówno w dobru, jak i w złu, to jednak było na przysłowiowe pół gwizdka.

W opowiadaniu pt. „Mur” Jeana-Paula Sartre’a czytamy zwierzenie oczekującego na egzekucję Pabla Ibbiety: W pewnej chwili „odniosłem (...) wrażenie, że mam przed sobą całe moje życie jak na dłoni, i pomyślałem sobie: »Cóż za kłamstwo od początku do końca!«. Nic już nie było warte, bo było skończone. Zastanawiałem się, jak mogłem spacerować beztrosko, żartować z dziewczętami: małym palcem bym nie ruszył, gdybym wiedział, że umrę w ten sposób. Życie moje leżało przede mną zamknięte, skończone, zawiązane jak worek, a przecież wszystko, co było w nim, w środku, było niedokończone. Przez moment zapragnąłem je osądzić. Chciałbym móc powiedzieć: to było piękne życie. Ale nie można go było osądzić, to był zaledwie szkic życia; przez cały czas wystawiałem tylko weksle na wieczność, niczego nie rozumiejąc. Niczego nie żałowałem: było mnóstwo rzeczy, których mógłbym żałować, na przykład smaku manzanilli czy też wspaniałych kąpieli w małej zatoczce niedaleko Kadyksu; ale śmierć wszystko odarła z uroku”.

Gorzka to konstatacja! A może nie? Skoro to, co było spełnieniem, szczęściem, okazuje się być tylko jego zalążkiem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2012