Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nieznośny ciężar bytu

Nieznośny ciężar bytu

11.12.2006
Czyta się kilka minut
Po 25 latach życia w niepewności zostać uznanym za pokrzywdzonego w myśl ustawy o IPN - to ulga trudna do ujęcia w słowa.
Kuba Sysak, rok 1984
N

Na wydział anglistyki Uniwersytetu Śląskiego, który ukończył w 1978 r., dojeżdżał z Katowic do Sosnowca. Tam, w autobusie, przeczytał w gazecie ogłoszenie o konkursie katowickiego radia na sprawozdawców sportowych. Spróbował - i tak został dziennikarzem. Zatrudniła go redakcja regionalnej "Śląskiej Fali". Najpierw jeździł w teren i nagrywał "dźwięki", później zaczął prowadzić audycje na żywo. Czuł, jak uzależnia adrenalina, uwalniana przed mikrofonem.

Gdy w 1979 r. do Polski przyjeżdżał Jan Paweł II, przydzielono go do pomocy ekipie BBC - znał język. Wcześniej zdążył pojechać do Warszawy, miał od "kogoś ze św. Anny" wejściówki na Plac Zwycięstwa. Wziął służbowy magnetofon, nagrał kilka "dźwięków". To się nie mogło wydać. "A jednak?" - pomyślał, gdy po wyjeździe Anglików przyszło wezwanie do Komendy Wojewódzkiej MO. Ugięły się pod nim nogi.

Trzy godziny na portierni. Potem pokój. Za biurkiem trzech panów. Pytania o Anglików. O co wypytywali? Potem zmiana tematu: że radio to szczególny środek przekazu, audycje idą na żywo, że trzeba czuwać, może od czasu do czasu coś by o tym czy owym doniósł? Odmawia. Słyszy, że "co sobie myśli", że "przyszedł pracować do radia i nie będzie poza kontrolą!".

Koniec złudzeń o dziennikarskiej wolności. Wychodzi z komendy. Wymiotuje pod pierwszym drzewem.

Do redakcji wraca przekonany, że nie ma tam czego szukać, w końcu odmówił bezpiece. Ale zostaje - tyle że odstawiony od mikrofonu. Zarabia mniej.

A potem jest rok 1980. W katowickim radiu "Solidarność" powstaje we wrześniu. Z 72 dziennikarzy zapisuje się 42. Jerzy Sysak zostaje wkrótce wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej.

***

Z akt SB, dostępnych dziś w IPN. Fragment wniosku o wszczęcie sprawy operacyjnego sprawdzenia "figuranta" (tj. inwigilowanego) o kryptonimie "Redaktor": "Po objęciu przez figuranta [Sysaka] funkcji z-cy Przewodniczącego NSZZ Solidarność w Rozgłośni Polskiego Radia w Katowicach, aktywność tego związku wzrasta. Jego wypowiedzi, komentarze i charakter podejmowanych uchwał przez Solidarność doprowadziły niejednokrotnie do konfliktów i niepotrzebnych zadrażnień w środowisku".

***

Sysak jeszcze dziś ma błysk w oku, gdy opowiada o tamtych czasach. Adrenalina uzależnia, a adrenalina to już nie tylko radio, ale też "Solidarność", strajki, spotkania Krajowej Komisji Koordynacyjnej Radia i Telewizji. W domu jest nieobecny. Żona Ewa praktycznie sama zajmuje się dwojgiem dzieci: paromiesięczna Karolina ma podejrzenia o spastyczność, długo leży w poliklinice w Zabrzu. Jerzy nie ma czasu, Ewa jeździ do niej codziennie po pracy. Dwuletni Kuba choruje na celiakię.

Koniec 1981 r. W domu nie ma dnia bez awantur. Ewa praktycznie podejmuje już decyzję o rozstaniu.

Mieszkają na peryferiach Katowic, na osiedlu Józefowiec. W niedzielę 13 grudnia o piątej rano Sysaka budzi dzwonek. W drzwiach jego ojciec. Zabiera rodzinę samochodem do siebie.

***

Z akt SB, dostępnych dziś w IPN.

Z decyzji o internowaniu (pisownia oryginalna): "Uznając, że pozostawanie na wolności obywatela Sysak Jerzy zagrażałoby bezpieczeństwu państwa i porządkowi publicznemu przez to, że reprezentuje agresywną grupę dążącą do wywołania konfliktów społecznych, a swoją postawą reprezentuje ekstremalne poglądy polityczne (...) postanawia się internować ob. Sysak Jerzy i umieścić go w ośrodku odosobnienia w [brak wpisu], a wykonanie decyzji zlecić [brak wpisu]".

Wniosek o aresztowanie ppłk inż. M. Rak podpisał 5 grudnia 1981 r., zlecając je kpt. B. Ossowskiemu i por.W. Holi. Na Józefowcu obaj są w kwadrans po tym, jak rodzina Sysaków odjeżdża do dziadków.

Wtorek rano. Jerzy Sysak prosi żonę, by pojechała do Ligoty, do przyjaciela z "Solidarności", powiedzieć, że go jeszcze nie zwinęli. Niemal zaraz po wyjściu Ewy w drzwiach stają dwaj esbecy. Mijają pokój, w którym dwuletni Kuba słucha na adapterze płyt z bajkami.

Jerzy ubiera kożuch. Wyprowadzają go. Kuba stoi w drzwiach pokoju. Sztywny ze strachu, z ogromnymi oczami. Ojciec próbuje się pożegnać. Kuba patrzy.

- Zawieźli mnie do nowej komendy MO, nazywaliśmy ją "Pentagon" - opowiada Sysak. Przesłuchanie trwa od rana do wieczora. Na zmianę dobry glina i zły glina. Jeden wyzywa, drugi częstuje herbatą i papierosami. Jeden grozi gniciem w celi, drugi mówi, że kolega niezrównoważony jest, ale przecież można się dogadać.

Areszt KWMO, w podziemiach. W trzyosobowej celi jest ich pięciu. Areszt leży kilkaset metrów od kopalni "Wujek". Słyszą śmigłowce, strzały. Nazajutrz dostają do celi lokalną "gadzinówkę" z komunikatem o zabitych. To był pierwszy raz z dwóch, gdy do cel trafia gazeta.

A cele rozdyskutowane, atmosfera rewolucyjna. - Miałem poczucie, że zdarzyło mi się coś niesamowitego - mówi Sysak. - Że żyję w czasach, o których dotąd czytałem w książkach. A co dalej? Miałem 25 lat, nie myślałem kategoriami: "żona, dzieci". Myślałem: "misja".

Ewa nie wie, gdzie jest mąż. Codziennie idzie przez zmarzłe Katowice pod komendę, pytać o niego. Że Jerzy jest za ścianą, dowie się w Wigilię dzięki teściowi: jest w kierownictwie zakładów mięsnych, które zatrudniają więźniów, zna dyrektora więzienia, on zdobywa informację.

Ewa dostaje widzenie. Pierwsze jest krótkie, rozmowa kontrolowana. Ewa Sysak cierpi na silną klaustrofobię, musi przejść przez kazamaty, rozmawiają w ciasnej klitce. Szynką z paczki od żony Jerzy częstuje klawiszy. Niech też mają fajne święta.

Na drugie widzenie Jerzy idzie z jedną myślą: jak przekazać Ewie informację dla żony kolegi z celi. Tymczasem słyszy wyrzut: "Czemu ty nic nie robisz?". Słyszy też, że po internowaniu taty Kuba zapadł na depresję dziecięcą. Że przez wiele godzin, leżąc na podłodze, tłucze piąstkami i piętami, wyje. Że spazmy. Że nie pomagają psychotropy. Że lekarka powiedziała Ewie: jeśli Jerzy nie wróci do domu, skończy się tragedią. I że esbek oświadczył jej, że przecież Jerzy nie chce z nimi rozmawiać, a oni muszą mieć jakiś pretekst, jeśli mają go wypuścić. "Błagam, zrób coś" - mówi Ewa.

Sysak: - Nagle poczułem się potwornie winny. Ja tu wkładam sobie laury na głowę, a cały dramat odbywa się tam.

Mówi sobie, że na stanie wojennym wszystko się kończy, że działalność związkowa przestaje mieć sens. Że ważniejsze jest dziecko. Przez klawisza przekazuje informację, że chce rozmawiać. Po paru dniach zostaje wezwany do zastępcy komendanta, Zygmunta Baranowskiego, który ma w teczce podania Ewy o jego zwolnienie, z opiniami lekarzy o Kubie. Słyszy, że jeśli podpisze lojalkę, iż nie będzie działać przeciw państwu, to zobaczą, co się da zrobić. Podpisuje.

Przez kilka dni nic się nie dzieje. Wreszcie wzywają. Słyszy, że wyjdzie, jeśli udzieli wywiadu redaktorowi Ryszardowi Maleczkowi z "Trybuny Robotniczej".

"Głupota polityczna, ruch społeczny zorganizowany przez młodych ludzi bez wyobraźni i zdolności przewidywania skutków swoich działań" - tak mówi w wywiadzie Sysak. I jeszcze, że "Solidarność" została wykorzystana przez polityków z KOR i KPN.

- Tego wstydzę się najbardziej - mówi dziś.

Gdy wywiad się ukazuje, "Trybuna Robotnicza" znów jest skoro świt w celach.

***

Choroba Kuby trwa jeszcze długo po wyjściu Jerzego. Dopiero gdy ojciec opowie mu otwarcie jak dorosłemu, gdzie był (wcześniej Ewa i dziadkowie próbowali wmawiać Kubie, że tata ma pilną pracę), depresja zacznie się uspokajać. - Dopiero gdy powiedziałem mu prawdę - podkreśla to słowo.

Podkreśla, bo Jerzy Sysak mówi dziś, że zaparł się wtedy prawdy.

W rodzinie przez 25 lat wiele razy padało pytanie o ten wybór. Prawda czy dziecko? - Czy wtedy też nazywałem to zdradą? Tak - odpowiada sam sobie. - Ktoś za tę "Solidarność" poświęcił życie. Byli też pewnie ludzie, dla których moja działalność w związku miała znaczenie. Ktoś kierował się tym, co mówiłem.

W 2001 r. Sysak ogląda relację z ogłoszenia wyroku w sprawie "Wujka". "Nie zebrano wystarczających dowodów" - uzasadnia sąd. Kamery TVN podsłuchują, jak mecenas Marek Barczyk, obrońca zomowców, mówi o rodzinach zabitych górników: "Ci talibowie będą apelować". Potem telewizja pokazuje płaczącą Katarzynę Kopczak--Zagórną, która w "Wujku" straciła ojca, gdy miała dwa lata. - A moje dzieci miały przy sobie ojca. Ojca, który nie umiał zostać bohaterem - mówi.

Co by było z Kubą, gdyby tej decyzji nie podjął? - Nie wiem. Bóg to wie.

Gdy Kuba osiągnął pełnoletniość, Jerzy spisał swoją historię na 40 stronach i wręczył dzieciom. Przeczytali. Nie rozmawiali o tym na razie wiele. Ma nadzieję, że jeszcze porozmawiają.

***

- Wtedy, gdy wszystko opowiedziałem w celi, koledzy potraktowali mnie z godnością. Dziś z papierów wiem, że jeden z nich ocenił moją decyzję jako zdradę. Ale mnie tego nie mówili - wspomina Sysak. - Przez późniejsze lata wszyscy zachowywali się uprzejmie. Ale dystans był.

Z radia, rzecz jasna, wyleciał ("negatywnie zweryfikowany"). Rękę podał były profesor z Uniwersytetu Śląskiego: zatrudnił go w bibliotece. Kolega, który wyszedł później, radził, że może udowodnić, jak było, jeśli wróci do podziemia. Ale on uznaje, że spalił mosty. I że "spalił się" też w środowisku, dzięki czemu bezpieka uznała go chyba za nieprzydatnego.

Znajduje inną formę działania dla siebie: w wierze, w kolejnych rekolekcjach - podczas jednych z nich opowiada swoją historię jako świadectwo. Czuje ciężar winy, szuka, jak mówi, dróg przemiany.

Poza tym próbuje pisać.

Z meldunku operacyjnego, 20 grudnia 1984 r.: "Z informacji uzyskanych od TW »Nowacki« wynika, że figurant J.S. (...) zajmuje się publicystyką i pisze m.in. artykuły do Tygodnika Powszechnego (...). Najbliższe czynności w sprawie zmierzać będą do ustalenia pseudonimu figuranta".

Pseudonim, pod którym publikuje w "TP", brzmi Szczepan Kalinus. Dziś mówi, że pseudonim nie tyle służył do ukrycia tożsamości, co miał oznaczać wewnętrzną przemianę. Opowiada, jak ks. Stefan Czermiński, który bardzo na niego wpłynął, mówił mu o Bożym przebaczeniu: "Nie jest najważniejsze to, co było przedtem, lecz to, co będzie potem".

To dla niego czas religijnego ożywienia. Sysak przywołuje Szawła-Pawła, Szymona-Piotra.

Z napisanym tekstem jedzie do Krakowa, do Jerzego Turowicza. Chce mu opowiedzieć swoją historię. Ale Turowicza nie zastaje, przyjmuje go Krzysztof Kozłowski. Ten jest z natury powściągliwy, zdystansowany. Sysak się peszy, nie opowiada swojej historii, zostawia tylko tekst. Na jej wyjawienie ludziom z "Tygodnika" nie zdecyduje się też później.

Pierwszy artykuł Kalinusa pojawia się w numerze 36. z 1983 r. Tytuł: "George Orwell - pisarz z poczuciem winy". Ostatni w numerze 23. z 1987 r. Do Kozłowskiego przyjeżdża ktoś z Katowic, mówi z oburzeniem o tożsamości Kalinusa, o wywiadzie w "Trybunie". Sysak uznaje, że dalej nie może publikować. Napisze jeszcze tylko, pod nazwiskiem, głos do ankiety "Tygodnika" pt. "Czym jest dla mnie Kościół".

***

Znajomy, znany historyk związany z IPN, zapytał go dwa lata temu, czemu nie złożył jeszcze wniosku do Instytutu. - Skoro przez tyle lat niczego nie udowadniałem, czemu miałbym to robić teraz? - pyta Sysak.

Ale wybuchła sprawa "listy Wildsteina". Pomyślał, że jego historia nie jest tylko jego sprawą. Choćby dlatego, że znany jest w parafii jako szafarz Eucharystii.

Nie ułożyłby tego żaden pisarz: siedziba IPN w Katowicach mieści się naprzeciw jego dzisiejszego mieszkania. A archiwa IPN - naprzeciw dawnego, na Józefowcu.

W lutym 2005 r. składa wniosek. 20 października 2006 r. IPN uznaje go za pokrzywdzonego. Gdy przychodzi list z IPN, odkorkowują z rodziną szampana.

- Radość i ogromna ulga - wspomina Sysak. - Bo choć moja wina była dla mnie "winą błogosławioną" i zmieniła całe moje życie, to jednak po 25 latach "chodzenia ciemną doliną" samemu ma się już wątpliwości.

- W gruncie rzeczy - mówi Jerzy Sysak - możliwość "zlustrowania" swojego życiorysu jest wyzwoleniem. - Choć - dodaje - nie chcę sobie powiedzieć, że czuję się lepiej. To moja żona i dzieci były naprawdę ofiarami SB.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”, zajmuje się też tematyką...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]