Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nie wiemy nic

Nie wiemy nic

01.02.2011
Czyta się kilka minut
Czym jest ta powieść? Historią zbrodni? Świadectwem niemożności dotarcia do prawdy? Studium artystycznego niespełnienia? A może radykalnym sądem o egzystencji człowieka?
T

Twórczość Thomasa Bernharda w Polsce, poza stosunkowo licznymi przekładami, znana jest głównie z wybitnych przedstawień Krystiana Lupy. Reżyser szczególnie upodobał sobie austriackiego pisarza, stając się jednym z największych na świecie propagatorów jego dzieł i autorytetem w zakresie ich interpretacji. Na okładce nowego wydania powieści "Kalkwerk" (1970) oglądamy szkice Lupy, którymi posługiwał się on podczas przygotowań do spektaklu z 1992 roku. Warto poznać zarówno inscenizację, jak i jej literacki pierwowzór.

O bohaterze "Kalkwerku", Konradzie, dowiadujemy się wiele, lecz jedynie nieliczne fakty są pewne. Wraz z żoną zamieszkał w tytułowej wapniarni. Całymi dniami prowadził dziwne, wręcz absurdalne eksperymenty: zmuszając swoją niepełnosprawną towarzyszkę życia, by bez końca powtarzała przygotowane przez niego zdania, badał akustyczne właściwości poszczególnych głosek i fraz. Efekty tego typu testów, prowadzonych od dwudziestu lat, miały mu posłużyć do napisania monumentalnego studium "O słuchu". Zastrzelił żonę z karabinu Mannlichera ukrytego za jej fotelem inwalidzkim. Żandarmi znaleźli go ukrywającego się w szambie.

Historię Konrada poznajemy z opowieści agenta ubezpieczeniowego, który, rozmawiając z okolicznymi mieszkańcami, wysłuchuje ich relacji o nietypowej parze. O rozmówcach agenta nic praktycznie nie wiemy, a ich wypowiedzi często są ze sobą sprzeczne. Te sprzeczności stopniowo odciągają uwagę czytelnika od samej zbrodni, zastanawiamy się raczej nad tym, czyja relacja nas przekonuje, komu można uwierzyć. Nawet jeśli ktoś próbuje forsować swoją wersję wydarzeń, brak podstaw, by ufać jego świadectwu.

Podwójne zapośredniczenie potęguje jeszcze naszą niepewność i mnoży wątpliwości. Dlaczego agent przy okazji sprzedawania polis poświęca czas na porządkowanie i referowanie historii kryminalnej? Czemu nie wysuwa własnej hipotezy? Skoro już zajmuje się wstrząsającą zbrodnią, dlaczego nie próbuje dociec prawdy? Pytania tego typu pozostają bez odpowiedzi, choć wydają się one niezbędne do zrozumienia przedstawionej sytuacji. Bernhard pomija je celowo.

Postawa i motywacja narratora jest podwójnie interesująca, bowiem nie wykazuje on emocjonalnego stosunku do opowiadanej historii. Tylko pozornie jest to dziwne: przecież wcale nie musiał się nią przejąć. To, że ją przytacza, o niczym nie świadczy. Możliwe, że dla niego jest to po prostu lokalna sensacja. Wszyscy, z którymi się w tej okolicy zetknął, próbując sprzedać ubezpieczenia, rozprawiają o zbrodni, więc, siłą rzeczy, i on się z nią styka, tak naprawdę zaś w ogóle go ona nie interesuje. To tłumaczyłoby nieuporządkowaną narrację (o tej później) - nie ma potrzeby systematyzować zbędnych informacji.

Również rozmówcy agenta bardziej niż śmiercią kobiety przejmują się rzeczami wprawdzie istotnymi z punktu widzenia śledztwa, lecz drugorzędnymi dla zwykłego człowieka. Ważniejsze są dla nich plotki i domysły niż sama tragedia. Prezentują postawę obojętności na cierpienie, która sprowadza nawet drastyczną śmierć do roli wiadomości, o której można dyskutować, wobec której należy zająć stanowisko. Susan Sontag w "Widoku cudzego cierpienia" pisała, że fotografie obrazujące zbrodnie wojenne powinny wzbudzać jedynie współczucie dla ofiar i potępienie dla oprawców, lecz, niestety, wywołują także ekscytację - chcemy je oglądać. Podobnie mieszkańcy Siching - choć przeklinają Konrada, to z prawdziwą pasją debatują nad popełnionym przez niego morderstwem, potrzebują jemu podobnych, co Bernhard doskonale uchwycił.

Wracając do głównego bohatera: od lat pracuje on nad studium "O słuchu". Po ponad dwóch dekadach badań jest już gotowy do spisania swojego opus magnum. Nie ma przeszkód natury merytorycznej: cały tekst od dawna ułożył sobie w głowie. Problem tkwi gdzie indziej. Konradowi marzy się idealna sytuacja, w której mógłby zapisać je za jednym posiedzeniem.

Studium pełni w życiu bohatera podwójną rolę: z jednej strony ma na niego pozytywny wpływ, popycha do działania. Daje mu poczucie celu, wręcz misji - w końcu jego badania są pionierskie. Z drugiej zaś strony nie napisał jeszcze nawet zdania, a jego utyskiwania na brak warunków do pracy budzą wątpliwości. Zaczynamy podejrzewać go o nieszczerość. Może tak naprawdę temat go przerósł i pokonał, a on nie chce się do tego przyznać?

Jest bardzo prawdopodobne, że Konrad oszukuje nie tylko najbliższych, lecz także samego siebie - nie potrafi pogodzić się z niepowodzeniem, wymyśla więc przeciwności losu, które rzekomo przeszkadzają w realizacji planu. Odwleka w czasie moment przyznania się do niemożności napisania dzieła. W tym wymiarze "Kalkwerk" jawi się jako powieść o artystycznym niespełnieniu, bo czy Konrad, przy całym swoim uporze, wręcz opętaniu ideą studium, nie staje się po części artystą? A może wątek studium należy odczytywać jeszcze inaczej, potraktować jako sąd o egzystencji człowieka: życie samo w sobie nie ma sensu, a my, którzy próbujemy na siłę mu go nadać, jesteśmy śmieszni i tylko się oszukujemy?

W jednym z wywiadów udzielonych Kriście Fleischmann Bernhard, omawiając własną strategię pisarską, powiedział: "Czymś jedynie interesującym w literaturze są procesy wewnętrzne, których nikt nie widzi. Wszystko, co jest na zewnątrz, przecież się zna. Sens ma opisywanie tego, czego nikt nie widzi". Oparty na takim założeniu charakterystyczny styl autora nie jest łatwy w lekturze. Opisy miejsc pojawiają się rzadko i są wysoce sfunkcjonalizowane. Cała powieść to w zasadzie nieprzerwany i swobodny monolog agenta ubezpieczeniowego, w którym, przynajmniej z początku, ciężko się odnaleźć. Wymaga nieustającego skupienia. Tworzą go wtrącenia, przytoczenia i powtórzenia. W pozornie chaotycznej wypowiedzi niektóre porzucone wątki omawiane są kilkakrotnie, powracają niekiedy dopiero po stu stronach. Nie brakuje błędów czy zaburzeń składniowych. To wymagająca, lecz satysfakcjonująca lektura.

Kończąc "Kalkwerk", nie wiemy nic. Autor pozostawia nas bez odpowiedzi na stawiane przez książkę pytania. Nie potrafimy osądzić głównego bohatera. Na początku widzimy w nim tylko mordercę, by z czasem zmienić optykę. Jawi nam się jako szaleniec opętany wizją rzekomo wybitnego studium, które w rezultacie nigdy nie powstało i nie powstanie. Lecz jest to również nieprzeciętny umysł, człowiek gotowy poświęcić życie w imię nauki.

Nie możemy oprzeć się na cudzej opinii. Świadkowie przeczą sobie nawzajem. Część z nich twierdzi, że Konrad był okrutnikiem. Zmuszał żonę do udziału w swoich eksperymentach, wyczerpując jej i tak nadwątlone siły. Inni przeciwnie - przedstawiają go jako troskliwego opiekuna. Niewiadomą pozostaje stosunek żony do Konrada: czy pozostawali ze sobą w nieustannym konflikcie? Dręczyli się, na przykład lekturą swoich ulubionych książek, jednak nie potrafili bez siebie żyć. Choć dysfunkcyjni jako małżeństwo, byli od siebie zależni. Konrad potrzebował żony do pracy naukowej, ona jego - by przetrwać. Czy łączyło ich coś więcej?

Konrad to człowiek skazany na porażkę. Współczujemy mu pomimo zbrodni, której się dopuścił. Gonił za marzeniami, a perspektywa ich realizacji paradoksalnie paraliżowała go. Nie potrafił osiągnąć celu. Domorosły, niepoważny naukowiec budzi naszą sympatię uporem, siłą swojego dążenia. Mimo tragicznego końca szaleńczej walki z samym sobą przekonuje nas o sensie takiego działania - pesymistyczna w wymowie książka kryje w sobie ślad optymizmu, przynajmniej według Lupy. Warto samodzielnie zweryfikować tę wizję, sięgając po "Kalkwerk".

Thomas Bernhard, Kalkwerk, przeł. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak, Łódź 2010, Wydawnictwo Officyna.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]