Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nie dać się paranoi

Nie dać się paranoi

19.10.2015
Czyta się kilka minut
Co najmniej od czasu afery Watergate paranoja staje się jednym z podstawowych języków amerykańskiej popkultury. A największym poetą paranoi w światowej prozie jest z pewnością Thomas Pynchon.
Ś

Świat paranoika nigdy nie jest po prostu dany i zrozumiały, wymaga nieustannego interpretacyjnego wysiłku, nic nie jest w nim tym, czym się wydaje. Wszystko jest, a przynajmniej może być znakiem. Paranoik to hiperuważny, nastawiony na ciągłe pokonywanie poznawczych wyzwań podmiot – dokładnie taki, jakiego wymagają najbardziej zaawansowane przedsięwzięcia z Doliny Krzemowej czy firm konsultingowych z Waszyngtonu.

W gorączce

Bohaterowie Pynchona wrzuceni są w światy, które zmuszają do paranoicznej gorączki poznawczej. Wszystko może znaczyć coś albo nic, a poszczególne znaki wydają układać się w piętrowe labirynty spisków. W taki labirynt wrzucona zostaje bohaterka „49 idzie pod młotek”, Edypa Maas. Trafia na tropy „spisku pocztowego”, sięgającego szesnastowiecznych Niderlandów, gdzie arystokrata pozbawiony stanowiska poczmistrza Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego zakłada podziemną pocztę. Jej ślady prowadzą przez szereg wydarzeń w historii, z rewolucją francuską włącznie. A przy tym wyłaniający się wokół Edypy spisek, jak każda paranoiczna narracja, ma strukturę delirium, sama paranoiczka postrzega go tyleż jako oczywiście narzucającą się prawdę, ile halucynację.

Takie paranoiczne delirium przedstawia także ukazująca się właśnie w Polsce powieść „Vineland”. Narracja skacze między latami 60. a 80. – radosną utopią „lata miłości” a Ameryką Reagana. Jednak nawet hipisowska utopia zostaje tu skażona przez paranoję. Ruch studencki infiltrowany jest przez tajne służby, na obszarach oznaczonych na mapach białymi plamami rząd buduje obozy koncentracyjne dla lewackich aktywistów, gdzie za pomocą specjalnych psychologicznych technik przekształceni mają zostać w posłusznych konfidentów. A przy tym cały czas nie wiemy, czy rządowy spisek nie jest tylko wyjątkowo złym, narkotycznym tripem.

W świecie Pynchona przekleństwem jest bowiem naddeterminacja rzeczywistości. Każdy z jej elementów jest znaczący, ale zawsze znaczy też „zbyt dużo”, determinowany jest przez zbyt wiele czynników, by można było w ogóle postrzegać rzeczywistość w ramach klasycznego układu przyczyny i skutku. W taki świat najpełniej zanurza opus magnum Pynchona, „Tęcza grawitacji”. Rozgrywająca się podczas II wojny światowej powieść przedstawia świat zbyt skomplikowany, zbyt wewnętrznie powiązany, by dało się go postrzegać inaczej niż przez paranoiczne deliria.

Mgła się rozwieje?

Fredric Jameson twierdzi, że amerykańska kultura kocha paranoję, gdyż pozwala ona wyartykułować niepokój co do rzeczywistości, zatrzymując się przed jej systemową krytyką: „Rzeczywistość jest dobra, zakłóca ją jedynie spisek, który trzeba usunąć”. Paranoje Pynchona wychodzą daleko poza ten schemat. U niego spisek jest tylko pewnym delirium, za pomocą którego usiłujemy ująć rzeczywistość, zbyt skomplikowaną, by dała się pojąć. Dla politycznie przegranych bohaterów „Vineland” demoniczny rządowy spisek jest być może najłatwiejszym do przyjęcia wyjaśnieniem, dlaczego „lato miłości” skończyło się Reaganem. W „Tęczy grawitacji” z kolei „spisek” nie tyle jest zaburzeniem rzeczywistości, co sama rzeczywistość wydaje się delirycznym „spiskiem”.

Pynchon radzi nam, byśmy wizji rzeczywistości jako spisku specjalnie nie ufali. Paranoiczna podmiotowość to podmiotowość przegrana – jak bohaterowie „Vineland”. Na drugim biegunie stoi inny były hipis, prywatny detektyw Doc Sportello, bohater „Wady ukrytej”.Po śledztwie, w którym trafia w paranoiczne delirium, Doc ucieka z Los Angeles i wjeżdża w mgłę. Myśli, czy nie skończy mu się benzyna i nie będzie musiał stanąć i poczekać. Na co? „Na to, że mgła się rozwieje, i zamiast tego, co było przedtem, tym razem jakimś trafem ukaże się coś innego”.

Stawką dokonujących wiwisekcji paranoicznych deliriów powieści Pynchona jest bowiem właśnie to. By nie dać się paranoi, nie dać się przytłoczyć zbyt gęstej rzeczywistości i uwierzyć w możliwość, że „coś innego” wobec niej ma szansę kiedyś się pojawić. ©

Thomas Pynchon „Vineland”, przeł. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2015

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]