W tyle głowy kołacze się myśl, że to może być moja ostatnia Wielkanoc na ziemi. Jeśli nie, i tak będzie dla mnie najdziwniejszą Wielkanocą w życiu. Przeżyłem ich dobrze ponad osiemdziesiąt. Wspomnienia trochę się mieszają, jedne święta zachodzą na drugie, trzydzieste na czterdzieste piąte.
Mimo to napiszę o moich zwykłych Wielkanocach. Po to, żeby lepiej zrozumieć tę niezwykłą, tegoroczną.
Z pierwszych dwunastu lat zachowałem tylko wspomnienie świątecznych pisanek, bab i mazurków, nic religijnego. Wprawdzie rodzice jakoś się otarli o inicjowany przez benedyktynów ruch liturgicznej odnowy (posługiwali się łacińsko-polskim „Mszałem Rzymskim” Lefebvre’a wydanym przez benedyktynów z Tyńca w 1932 r.), jednak nie sądzę, żeby uczestniczyli w Triduum Sacrum; a już na pewno nas, dzieci, na te długie, odprawiane po łacinie nabożeństwa nie zabierali.
WYRAZISTE WSPOMNIENIE wielkanocne mam dopiero z roku 1946. Jako ofiary reformy rolnej mieszkaliśmy kilka miesięcy w Mogielnicy, miasteczku w powiecie grójeckim. Jako ministranci, z bratem, pełniliśmy dyżury przy Grobie Pańskim (my w komżach i strażacy w lśniących hełmach). Ale wspomnienie dotyczy głównie wielkanocnego, lanego poniedziałku. Nigdy, ani przedtem, ani potem, takiego śmigusa nie przeżyłem. Przemoczeni do nitki biegaliśmy z wiadrami wody po uliczkach Mogielnicy i oblewaliśmy, kogo tylko się dało.
W seminarium mieliśmy niekończące się przygotowania do skomplikowanej i oczywiście po łacinie liturgii Wielkiego Tygodnia. Towarzyszył temu słyszany w całym domu głos diakona, szykującego się do odśpiewania wielkanocnego orędzia Exsultet.
Jednak jako klerycy zwykle byliśmy na Wielkanoc wysyłani do parafii. Tu zlecano nam budowanie Grobu Pańskiego i przygotowanie oraz uświetnianie liturgii. Z tych Wielkanocy pozostało mi nade wszystko wspomnienie zmęczenia.
CZYTAJ WIĘCEJ: „TYGODNIK” NA WIELKANOC 2020 >>>
PIERWSZA WIELKANOC po święceniach – mordercze godziny w konfesjonale, zbieranie sławetnych kartek, poświadczających przystąpienie do „spowiedzi wielkanocnej”…
Kraków. Z wielkotygodniowych nabożeństw u św. Anny najsilniej w pamięci zapisały mi się obchody wielkoczwartkowe. Przewodniczył im proboszcz, biskup Jan Pietraszko. Zawsze czekałem na jego homilie, ale na te wielkoczwartkowe czekałem podwójnie. Były wyjątkowe. Są w zbiorach jego kazań, lecz zbyt dobrze je pamiętam, by nie zauważyć, że w druku zostały – być może przez autora – wygładzone. Ale i tak je gorąco polecam. Po mszy była kolacja, jakby Ostatnia Wieczerza. Biskup Jan przychodził na nią ubrany uroczyście – w sutannę z fioletowym obszyciem i pasem, w piusce na głowie i z biskupim krzyżem (zwykle chodził w czarnej sutannie). Do kolacji zasiadali wszyscy księża współpracujący ze św. Anną, wśród nich Tischner i Macharski.
PIĘKNO LITURGII przemówiło do mnie później. W 1973 r. na wielkotygodniowe obrzędy poszedłem do paryskiego kościoła Saint-Séverin. Miejscowa équipe pastorale (Francuzi zawsze są w „ekipach”) opracowała własną wersję liturgii. Wszyscy otrzymaliśmy powielone teksty, częściowo dzieło équipe, a częściowo zaczerpnięte z rytów Kościoła.
Niezwykłą Wielkanoc przeżyłem w latach 90. – w Charkowie na Ukrainie. Katolicy dopiero co odzyskali neogotycki kościół przerobiony przez Sowietów na biura.
Niewielka wspólnota w pocie czoła przywracała budynkowi sakralny charakter. Była to grupa młodych ludzi, świeżo ochrzczonych studentów, entuzjastów odkrytej wiary. Kościół podczas wielkotygodniowych nabożeństw wypełnili ludzie starsi, niektórzy powrócili tu po latach zesłania. Spotkałem kobietę, która jako dziecko, nazajutrz po pierwszej spowiedzi, została z rodziną wywieziona na Syberię. Do pierwszej komunii przystąpiła podczas tych świąt.
Liturgia Wielkiego Tygodnia w Charkowie, we wspólnocie pierwszych (po upadku Związku Sowieckiego) chrześcijan, była nieco zmodyfikowana. Jak w paryskim Saint-Séverin sporo było twórczej inwencji, tu głównie młodego proboszcza, księdza Jerzego. Było to wymuszone brakiem przygotowanego personelu. Tak na przykład: zarezerwowany od zawsze dla diakona śpiew Exsultet śpiewała dziewczyna. Pięknie śpiewała. I jeszcze tło. Tę ubogą i żarliwie przeżywaną Wielkanoc obchodzono według kalendarza gregoriańskiego.
Prawosławni obchodzą ją według kalendarza juliańskiego, zwykle nieco później – dlatego w tych dniach nie było znanego mi z Polski i Włoch klimatu świątecznego. Ot, dzień jak co dzień. Świętująca wspólnota rzymskich katolików była jakby maleńką wyspą.
W RZYMIE przeżyłem 18 lat i 18 razy uczestniczyłem w papieskiej liturgii wielkotygodniowej.
W pamięci pozostały obrazy bazyliki św. Piotra wypełnionej pielgrzymami przybyłymi z całego świata, a w Wielki Czwartek rano mieszkającymi w Rzymie księżmi różnych nacji. To msza św. poświęcenia olejów. Chociaż stoimy blisko siebie, nie wiem, jakiej narodowości są moi sąsiedzi. Nie wiem, jakim mówią językiem i jakie pełnią funkcje, co studiują. Wszyscy jesteśmy tak samo ubrani i wszyscy w dniu ustanowienia sakramentów Eucharystii i kapłaństwa sprawujemy, pod przewodnictwem papieża, tę samą mszę św. Wieczorem u św. Jana na Lateranie – msza św. Wieczerzy Pańskiej. W świątyni unosi się delikatny zapach znakomitych perfum – to korpus dyplomatyczny przy Stolicy Apostolskiej.
WIELKI PIĄTEK. U św. Piotra surowa liturgia Męki Pańskiej. W tym dniu zgromadzeni nie klaszczą nawet na wejście papieża. Raz jednak zaklaskali. W tym dniu zawsze przemawiał kaznodzieja Domu Papieskiego, ojciec Raniero Cantalamessa, kapucyn. I raz byłem świadkiem tego, jak oklaskiwano jego kazanie. Mówił o historii antysemityzmu w Kościele. O tym, że św. Paweł, który mówił Żydom rzeczy straszne, sam będąc Żydem, mówił je z miłością i bólem, bo swój naród kochał. Potem – mówił o. Cantalamessa – nastał czas Ojców Kościoła. I oni, za św. Pawłem, mówili Żydom i o Żydach rzeczy straszne. Nie byli Żydami, mówili bez miłości. Cantalamessa, patrolog, znawca Ojców Kościoła, doskonale wiedział, o czym mówi. Kiedy skończył, zgromadzeni zapomnieli, że to dzień bez oklasków. Potem poszedłem do ojca Raniera i poprosiłem o tekst kazania dla „Tygodnika Powszechnego”. Po tygodniu czy dwóch polski przekład ukazał się na naszych łamach.
Zawsze będę pamiętał piękno wielkosobotniej wigilii celebrowanej w epoce Jana Pawła II czasem w bazylice, czasem na placu przed nią. Mam zapisane w pamięci: ciemność i – po wniesieniu świecy paschalnej – jasność rozjarzonej światłem świątyni, śpiewy, czytania, ład i harmonię tej liturgii, doskonały, nieprzegadany komentarz i powolny rytm liturgii. Wigilia nawiązuje do tradycji nocnych czuwań na modlitwie w przededniu święta. Udział aż do nocy w watykańskich nabożeństwach Wielkiego Tygodnia wprowadza w rytm wieczności. Trwa modlitwa i medytacja, nikt się tu nie spieszy, jakbyśmy się znaleźli poza czasem.
Wielkanocne i wielkotygodniowe obchody są doświadczeniem wspólnoty wierzących. W Rzymie, w Charkowie i w Krakowie u św. Floriana. W długich nabożeństwach uczestniczą ci, którzy chcą być razem, chcą być z Kościołem na modlitwie. Wielkanoce, zwłaszcza te w Charkowie i Rzymie, nauczyły mnie znaczenia wspólnoty dla mojej wiary.
Ufam, że w tym roku też tego doświadczę. Nie wiem jak. Na pewno inaczej. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















