Reklama

Model Drohobycz

Model Drohobycz

21.10.2016
Czyta się kilka minut
Podupadłe miasto na ukraińskiej prowincji stało się przykładem integracji muzułmańskich uchodźców w chrześcijańskim otoczeniu. Jak Tatarzy z Krymu znaleźli tu nowy dom?
Feride i jej córka Mumina – tatarscy uchodźcy z Krymu – na ulicy Drohobycza, lato 2016 r. Fot. Monika Andruszewska
C

Czy kiedy Asan Jakubow patrzy na sześcioletniego synka Chalida, widzi w nim czasem samego siebie? Tamtego małego Asanka sprzed prawie 30 lat? Tego się nie dowiemy. To zbyt okrutne pytanie, aby je zadać 32-letniemu czarnowłosemu mężczyźnie, gdy krząta się w jesienne popołudnie w wynajmowanym mieszkaniu w Drohobyczu. I gdy najpierw podaje herbatę jaśminową, a potem płow, tradycyjną potrawę Tatarów z Krymu: ryż z mięsem i warzywami. W wersji klasycznej powinna być baranina, ale jest droga, a poza tym tu, w Ukrainie Zachodniej, baranina jest trudno dostępna. Musi więc starczyć wołowina. Mężczyźni zjedzą osobno z Asanem. A kobiety osobno, razem z jego żoną Feride. Tak każe tatarski obyczaj.
Wiemy natomiast, że gdy wtedy, w 1988 r., rodzice Asana postanowili podjąć ryzyko i wrócić na rodzinny Krym z zesłania w Uzbekistanie, miał on dokładnie tyle lat, ile miał Chalid, gdy pod koniec marca 2014 r. Asan z rodziną postanowili opuścić Krym.
Było to na kilka dni po tym, jak na Kremlu prezydent Putin pociągnięciem pióra zmienił granice. Asan i Feride uznali, że nie chcą żyć pod rosyjską okupacją. Zabrali dzieci – Chalid miał cztery lata, Mumina trzy – i kilka toreb. Sądzili, że dom w rejonie bachczysarajskim opuszczają tylko na chwilę. Że świat nie pozwoli, aby to, co zrobił Putin, było nieodwracalne. Że istnieje sprawiedliwość. Ziemska i boska – bo Asan i Feride są pobożnymi, tradycyjnymi muzułmanami.
Dlatego gdy ktoś ich dziś zapyta, czy wierzą, że Rosja odda kiedyś Krym i będą mogli wrócić (to pytanie, choć boli, można zadać; przywykli do niego), odpowiedzą: – Jeśli Bóg tak zechce.
Dziś ich domem jest Drohobycz. Może zostanie nim na zawsze.

Podkarpacka prowincja

– Oni czują się już drohobyczanami. Choć tęsknią. Śpią i śni im się Krym. Są jak kiedyś polscy zesłańcy na Syberii – powie mi potem brat Artur Deska, wiceszef greckokatolickiego Caritasu diecezji samborsko-drohobyckiej. A także opiekun muzułmanów, którzy tu trafili. Bo Asan i Feride nie są jedyni: tatarska gromada (tak się nazywają) w Drohobyczu liczy ponad 120 osób; połowa z nich to dzieci.
I jest to podobno jedno z niewielu miejsc na Ukrainie, gdzie tatarscy uchodźcy z Krymu – to prawie 30 tys. ludzi w skali całego kraju – stali się już, jak nazwie to brat Artur, „częścią miejscowej świadomości”.
Na czym polega tajemnica sukcesu? Na pewno nie na miejscu. W Drohobyczu trudno znaleźć genius loci. 70-tysięczne miasto na ukraińskim Podkarpaciu to uboga prowincja: postprzemysłowa (kiedyś było sporo zakładów, ale padły), z dużym bezrobociem.
Wydaje się, że odpowiedzi trzeba szukać w ludziach. A zwłaszcza w jednej osobie, która – ucząc się na błędach – stworzyła tu, jak nazwałby to socjolog, autorski program integracyjny.
Choć gdy zapytamy o to samego zainteresowanego, wówczas brat Artur Deska – bo o nim mowa – zaprzeczy. Powie, że nie on sam to stworzył, ale też inni: jego przyjaciele, wolontariusze (a zwłaszcza wolontariuszki; bo jakoś tak jest, że w wolontariat angażują się bardziej kobiety). I oczywiście Caritas.
Ale trudno zaprzeczyć, że to brat Deska jest dobrym duchem tego miejsca. Że to on – znów sięgnijmy po język socjologa – integruje, inspiruje.
Na Ukrainę przybył w 2003 r. z rodzinnego Gorzowa Wielkopolskiego. O sobie nie lubi mówić. Powiedzmy więc tyle, że ten 52-letni filozof, historyk i poeta, pisujący na łamach wydawanego we Lwowie „Kuriera Galicyjskiego”, a także działacz społeczny, w „poprzednim życiu” był menadżerem. Po poważnej chorobie, jak mówi, postanowił to życie zmienić: złożył prywatne śluby i jako świecki brat osiadł w Drohobyczu, aby „służyć i robić dobro”. Zaangażował się w unickim Caritasie (sam jest rzymskim katolikiem), z czasem został jego wicedyrektorem.
Pracy jest dużo: diecezja to kilka podupadłych miasteczek i podkarpacka wieś, jeszcze uboższa.

Trudne dobrego początki
Dlaczego więc to tu ściągnęli tatarscy wygnańcy?
Zaczęło się przypadkowo: pod koniec marca 2014 r. brat Artur usłyszał, że w wiosce pod miastem przygarnęli rodzinę – ojca, matkę w ósmym miesiącu ciąży i czworo dzieci – którzy uciekli z Krymu. I że choć życzliwość we wsi jest duża, to warunki złe. A do najbliższego szpitala, w Drohobyczu, półtorej godziny jazdy po dziurawej drodze.
Pojechał, zobaczył i zabrał Tatarów.
Wspomina: – U nas, w Caritasie, na czwartym piętrze jest kilka pokojów z łazienkami i wspólną kuchnią. Tam najpierw zamieszkali „nasi Tatarzy”. Jedna rodzina, potem kolejna i jeszcze kolejna. Ci, co przybyli, ściągali krewnych. Zebrało się nam 28 osób. W tej pierwszej grupie byli też Asan i Feride z dziećmi. Stało się oczywiste, że takie warunki, jak w akademiku, to nie życie dla rodzin. Trzeba było ich rozsiedlić. Jedną rodzinę zabrałem do siebie do domu, a dla wszystkich zaczęliśmy szukać mieszkań do wynajęcia.
Brat Artur: – Na początku, wiosną 2014 r., było dramatycznie. Nie tylko u nas: nagle w różnych miejscach kraju zjawiły się tysiące ludzi, którzy z dnia na dzień uciekali z Krymu i potem z Donbasu. Często z paroma reklamówkami. Nie było jeszcze przepisów o pomocy dla uchodźców, żadnych zasiłków. Miejscowe władze nie wiedziały, co robić. Pomocy z zewnątrz też praktycznie nie było.
Gdy wspomina ten czas, spokojny zwykle brat Artur zaczyna się denerwować: – Stadami przyjeżdżały delegacje, z ONZ, OBWE, różnych funduszy. Wszyscy pytali, jaka sytuacja, wszyscy chcieli gadać z Tatarami. Wypijali hektolitry herbaty, robili tysiące zdjęć, spisywali nazwiska. Potem wyjeżdżali, by po dwóch, trzech tygodniach przyjechać... z tym samym. Zero pomocy!
– Ile takich rozmów odbyliśmy, ile zabrały czasu... Wtedy, trochę z rozpaczy, a trochę z przekory ustaliłem szyderczy cennik: spotkanie z Tatarem: 100 euro, bo Tatarów tu mało. Z Polakiem: 50 euro, bo Polaków tu dużo. Taniec tatarski: 100 euro. Taniec polsko-tatarsko-banderowski: 150 euro. Oczywiście to był żart. Ale oddawał nasz stan ducha – Artur się odpręża.
– Pierwsi, którzy wtedy nam pomogli, to Fundacja Otwarty Dialog z Warszawy. Dali pieniądze – dodaje. – A jak miałem gotówkę, mogłem Tatarom dać na jedzenie, lekarzy, formalności. Mogłem kupić łóżeczko dziecięce dla ciężarnej Elzary. I nie tylko to! Przecież oni przybyli z pustymi rękami. Nie mieli nic: ubrań, garnków, mebli. Wierzyli, że zaraz wrócą. Potem z pomocą zaczęli dołączać inni. Caritas, różne organizacje. Dziś nie potrafię już wszystkich wymienić. A to znaczy, że w końcu wielu pochyliło się nad tatarskim losem. Dzięki im wielkie...

Rozproszenie i wspólnota

Odtąd minęło dwa i pół roku, czas prób i błędów.
Wspomina: – Od początku ważne były trzy okoliczności. Po pierwsze, że Tatarzy nie przybyli wielką grupą, lecz „skapywali” nam, rodzina po rodzinie. Gdyby naraz przybyły dwa autobusy z Tatarami, byłby szok. Dla obu stron: i ukraińskiego otoczenia, i Tatarów. A tak przyjeżdżali stopniowo i po trochu się adaptowali. A my, pomagając im, zdobywaliśmy doświadczenie, którego nie mieliśmy. Także władze miasta stopniowo się uczyły.
– Po drugie, znaleźli się pod opieką Caritasu. Muzułmanie otrzymali parasol chrześcijańskiej organizacji i my byliśmy gwarantami, że wszystko będzie w porządku. – Brat Artur zapala fajkę, głaszcze swoje kotki (jedna ma na imię Zaraza, druga Cholera). – To ważne, gdy otoczenie to w 98-99 procentach chrześcijanie: głównie grekokatolicy, plus trochę prawosławnych i rzymskich katolików, nieco protestantów. Kiedy więc zatrudniliśmy Rustema w Caritasie – muzułmanina w chrześcijańskiej organizacji – nikt nie miał z tym problemu.
Dziś Rustem jest szefem tatarskiej gromady, wybranym demokratycznie.

A trzeci sekret integracji?

Brat Artur: – To połączenie dwóch czynników, na pozór sprzecznych. Z jednej strony nasi muzułmanie żyją dziś rozproszeni po blokach, w wynajmowanych mieszkaniach. Gdyby mieszkali razem, np. w ośrodku, wtedy byłoby prawdopodobne, że obie strony będą się izolować: że sami Tatarzy stworzą sobie „getto”, bo tak będą się czuć bezpieczniej, i że także ukraińskie otoczenie będzie się izolować. Tymczasem dziś kobieta w hidżabie nie budzi agresji. Bo jak Feride idzie do sklepu, to jest sąsiadką, a nie obcą osobą z zamkniętego ośrodka.
– Równocześnie – Artur przypala wygasłą fajkę – nasi Tatarzy żyją wspólnotowo. Spotykają się, debatują. Problem jednego, jak powie o nim na forum gromady, jest problemem wszystkich. Gdy dostaną pomoc, dzieli ją wspólnota. Między tych, co najbardziej potrzebują.
A więc wspólnota jako samorząd? Artur Deska: – A nawet więcej: sami tak się zorganizowali, że gdy chce przybyć nowy Tatar, najpierw gromada z nami rozmawia. Dowiaduje się, kto to. Bywa, że kogoś nie przyjmą. Tłumaczą mi: odpowiadamy za naszą wspólnotę i jeśli jeden Tatar zrobi świństwo, pójdzie zła opinia o wszystkich. Uważam, że mają rację.

Tatarscy drohobyczanie

Kolejny cel na liście priorytetów brata Artura to stworzenie Krymsko-Tatarskiego Centrum Kulturalnego. – Po co im centrum? – powtarza pytanie. – Po pierwsze, chcą mieć miejsce, gdzie będą mogli się zbierać. Teraz, gdy jest narada gromady, w mieszkaniu ciśnie się prawie 30 chłopa... I nie tylko to: w centrum mogliby świętować, a także się modlić. Bo nasi Tatarzy to głównie ludzie pobożni, tradycyjni. W piątki mają wspólne modlitwy. Trzymają się kultury, obchodzą islamskie święta, spotykają się w ważne dla nich rocznice.
– Po drugie – ciągnie Artur – w centrum mogliby organizować naukę języka krymskotatarskiego. Bo jeśli mają utrzymać odrębność kulturową, muszą zachować język. A sami się boją, że ich dzieci go zapomną: w szkole czy przedszkolu mówią po ukraińsku. Również w domach, jak przyznają, zwykle rozmawiają już po ukraińsku lub rosyjsku.
Negocjacje z radą miasta o przyznaniu lokalu na centrum trwały długo. Nie były łatwe: kilku radnych było przeciwnych udostępnieniu czegokolwiek (bo „ci Tatarzy” to „nie nasi”, nie Ukraińcy). Ale chyba w końcu się uda: po ciężkich bojach (były głosy, choć nieliczne, że Tatarzy wykorzystają centrum, by nawracać na islam) rada miasta podjęła uchwałę i użyczy lokal. Na dniach Rustem podpisze umowę.
Artur Deska: – A kiedy centrum powstanie, przygotują w nim również wystawę: o swej kulturze i historii. Mówią mi: chcemy się zaprezentować. Jak przyjdzie z ulicy jakiś Wasyl czy Iwanka, będziemy mogli pokazać, kim jesteśmy. My, tatarscy drohobyczanie.

Magiczne słowo „asysta”

Ale uchodźców nie wystarczy przyjąć, zakwaterować, dać im pieniądze. Trzeba im towarzyszyć. Prowadzić za rękę, póki się nie usamodzielnią w nowym środowisku.
Brat Artur: – Wolontariusze z innych miast mówią mi, że z integracją tatarskich uchodźców bywa różnie. Urzędnikom łatwiej było osiedlać ich w zwartych grupach. Dochodziło do nadużyć. Wiosną 2014 r. pewna organizacja wolontariacka wynajęła ośrodek wypoczynkowy, za stałą cenę. A potem właściciel ją podnosił, zdzierał z Tatarów, groził, że wyrzuci na bruk. W innych miejscach, nawet jeśli wszystko szło niby dobrze, po jakimś czasie zainteresowanie nimi gasło i zostawiano ich samym sobie. I się gubili. Przez to wielu wróciło na Krym.
– Podstawowa rzecz to suprowid – Artur Deska szuka polskiego odpowiednika dla tego, co, jak podkreśli kilka razy w naszej rozmowie, jest warunkiem udanej integracji. – Chyba najlepsze słowo to „asysta”. Tym rodzinom powinna towarzyszyć asysta. Nie mogą być zdani tylko na urzędy. Bo najlepszy urzędnik to jednak urzędnik, pracownik. A im potrzebny jest miejscowy przewodnik, opiekun, wolontariusz – właśnie asystent. Ktoś, kto nauczy życia w nowym otoczeniu, pokaże miejscową specyfikę, zaprowadzi do lekarza i urzędu, pomoże przejść różne sytuacje. Kto będzie dostępny w nocy, gdy dziecko zachoruje i trzeba będzie wezwać lekarza. I negocjować, jeśli będzie chciał łapówki.
Brat Artur tego nie powie, ale dla drohobyckich Tatarów to on jest ich głównym asystentem. Jakiś czas temu gromada podjęła decyzję, że odtąd będzie częścią ich rodziny. No i teraz jest „dziadkiem” dla dzieci, a „panem Arturem” albo „Artur Bejem” dla dorosłych.
Mówi, że bardzo to sobie ceni.

Strategie przetrwania

Żeby obraz nie był tak różowy: w hierarchii społecznej Drohobycza Tatarzy sytuują się w grupie najuboższej. I długo w niej zostaną.
Mogłoby się wydawać, że to znów sprzeczność. Bo przecież, jak podkreśla Artur Deska, są w większości zaradni, aktywni: – Większość ojców rodzin znalazła pracę. Niektórzy jeżdżą do Polski na roboty sezonowe. Także część kobiet pracuje.
W czym więc problem? – W systemie, wedle którego funkcjonuje tu prowincja – wyjaśnia Artur. – Tatarzy, jako przybysze, są poza wszystkim. Poza schematem, według którego ludność ukraińska buduje swoje strategie przetrwania. Przy czym nie ma tu niczyjej winy: ani Tatarów, ani Ukraińców. Po prostu życie.
Taki przykład: Tatarzy co miesiąc wydają niemałe pieniądze na wynajem. Logiczniej byłoby – nawet mimo braku środków i drożyzny – coś kupić, może budować. No tak, logiczniej. Tyle że oni marzą o powrocie na Krym. Wierzą w niego. Jak więc mają budować czy kupować?
Dalej: w Drohobyczu średnia pensja to ok. 3 tys. hrywien (niecałe 500 zł). Tymczasem wiele cen jest podobnych do polskich, a nawet wyższych. Droższe są np. mięso, sery, ryby. Tańsze – tylko produkty podstawowe: chleb, ziemniaki, kapusta. Żeby przetrwać, ludzie żyją też z tego, co hodują na działkach. Uprawiają, co się da. Na zimę robią przetwory: to odciążenie dla budżetu. A że mieszkańcy Drohobycza to zwykle ludność napływowa, w kolejnym pokoleniu, przybyła po 1945 r. z okolicznych wsi, więc niemal każdy ma ziemię. Lub choćby działkę.
Brat Artur: – Tatarzy nie mają takich możliwości, są poza tym schematem. Pieniędzy na życie im nie starcza, nawet gdy ojciec rodziny zarabia tyle co przeciętny Ukrainiec. Bo jak już opłacisz mieszkanie, to przecież w rodzinie zwykle jest kilkoro dzieci, które rosną. A nie ma pola za miastem, własnych ziemniaków, marchwi, kapusty. Są więc nadal, choćby częściowo, zdani na nasze wsparcie.
– A co mają zrobić – dodaje Artur – gdy pojawia się sytuacja nadzwyczajna? Feride ma cukrzycę, jej ciąża była zagrożona, opieka kosztowała. Dziecko żony Rustema zmarło jeszcze przed narodzinami, konieczna była operacja. A służba zdrowia jest bezpłatna tylko w teorii. Nawet jednorazowe rękawiczki dla lekarzy trzeba kupować...
Brat Artur milknie. Żyjąc od 14 lat na Ukrainie, mógłby długo tak opowiadać. – Narzekać jest na co i można by tak bez końca. Ale narzekanie nic nie zmieni. Trzeba walczyć.

Jak za Sowietów

Wtedy, ponad 70 lat temu, gdy Stalin kazał deportować naród tatarski – w tym dziadków Asana – do Azji Środkowej, wydawało się, że Związek Sowiecki będzie trwać wiecznie.
Musiały minąć ponad cztery dekady, zanim jego rodzice (przyszli na świat w Uzbekistanie, podobnie jak on sam) mogli podjąć ryzyko powrotu na Krym. Ryzyko, gdyż zrobili to nielegalnie. Ale Sowiety już się chwiały, już nie były groźne. Choć nadal były uciążliwe.
Asan miał cztery lata. Wspomina: – Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy wrócili. Było ciężko. Rodzice nie mogli odzyskać rodzinnej ziemi. Musieliśmy kupić nowy dom. Jeszcze był Sojuz, nie zameldowali nas. A w Sojuzie bez meldunku było się nikim. Ojciec nie miał pracy. Handlował pomidorami, które hodował. Dopiero w latach 90., jak już była Ukraina, zaczęli nas meldować.
Koniec końców, wtedy historia okazała się sprawiedliwa. Jak będzie teraz?
Na razie Asan śledzi doniesienia z Krymu. Właśnie przyszła wieść, że Rosjanie aresztowali kolejnych pięciu aktywistów tatarskich.
Asan rozmawia też z rodzicami. Zostali, bo – jak powiedzieli wtedy, w marcu 2014 r. – nie mieli sił na nową tułaczkę. Rodzice mówią mu, że atmosfera coraz bardziej przypomina im czasy sowieckie. Że nawet z sąsiadami nie da się już rozmawiać o wszystkim. A o polityce to już w ogóle nikt nie rozmawia. Chyba że w domu. Ale przy głośno włączonym radiu.
Z Krymem Asan rozmawia nie przez telefon (rozmowy łatwo podsłuchiwać), ale przez Skype’a. A najchętniej przez maile. Maila można zaszyfrować.
Pytanie

Tymczasem Chalid i Mumina malują Krym. Kiedy do Drohobycza przyjechała na chwilę ich babcia – mama Feride – Mumina i Chalid uknuli plan: postanowili, że wykradną z babcinej torebki jej rosyjski już paszport i potargają. Żeby babcia została.
Niedawno Chalid zapytał po raz kolejny: – Tato, dlaczego nie możemy wrócić?
Asan zaczął cierpliwie tłumaczyć: że Rosja, że Putin.
– A czy Putin jest silny? – przerwał Chalid.
– To tylko zwykły człowiek. Jeśli byłby sam, to nie byłby silny – odparł po namyśle Asan.
Chalid pomyślał, w końcu zapytał: – Tato, a skoro Putin to zły człowiek, dlaczego inne kraje nie pomogą nam go pokonać i wrócić na Krym?
Asan przerywa swoją opowieść, sięga po filiżankę z jaśminową herbatą. W łóżeczku obok zaczyna płakać dwumiesięczny Abdulkarim. Asan bierze najmłodszego syna na ręce, kołysze, coś nuci. Abdulkarim zasypia. Za oknem siąpi. Jesienna mgła otacza bloki na obrzeżach miasta, ukrywa ich szpetotę.
Drohobycki Tatar uśmiecha się przepraszająco. Bo, przyznaje ze skrępowaniem, on, choć mężczyzna i ojciec, nie wiedział, jak ma wtedy odpowiedzieć na pytanie syna.
– No bo jak wytłumaczysz sześciolatkowi geopolitykę? ©℗

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]