Reklama

Licz na dobroć i szczęście

Licz na dobroć i szczęście

16.04.2016
Czyta się kilka minut
Z okupowanego Donbasu w inne regiony Ukrainy uciekło ponad półtora miliona ludzi: to więcej, niż jest uchodźców we wszystkich 28 krajach Unii Europejskiej. Ukraińskie państwo nie radzi sobie z tym problemem.
Brat Artur Deska, wicedyrektor Caritasu diecezji samborsko-drohobyckiej Kościoła greckokatolickiego, z małym tatarskim podopiecznym. / Fot. Monika Andruszewska
D

Dmitro to energiczny trzydziestolatek. Przed wojną pracował w jednym z donieckich biurowców, z okupowanego miasta uciekł w listopadzie 2014 r. Od tego czasu jest tzw. uchodźcą wewnętrznym. I jak wielu z tej masy uchodźców, która rozproszyła się po Ukrainie, także Dmitro szuka pracy. Bezskutecznie. – Może gdybym uciekł wcześniej, moja sytuacja byłaby teraz lepsza. Ale mama kategorycznie odmawiała wyjazdu – tłumaczy.

Gdy matka zmarła, nic nie trzymało go już w tzw. Donieckiej Republice Ludowej, rosyjskim parapaństwie. Akurat znów nasilały się walki o donieckie lotnisko, każdego dnia były ostrzały. Uciekł do Dniepropietrowska, stolicy obwodu sąsiadującego z Donbasem. – Okazało się, że takich jak ja są tam tysiące. Miasto jest pełne uchodźców. Ludzie spali nawet na dworcach, na ławkach w parku. I wszyscy szukali mieszkania i pracy. W urzędzie rozłożyli ręce i zaproponowali, że zadzwonią, gdy tylko znajdzie się wolna posada na jakiejś budowie.

Może ruszę do Polski?

Próbował kawałek dalej, w Zaporożu. Nie udało się. Teraz, po półtora roku tułaczki, nie ma już oszczędności. – Ludzie mówią, że uchodźcy z Syrii dostają w Europie po kilkaset euro zasiłku na miesiąc. Nic dziwnego, że pół Afryki zwaliło się do Europy... Też bym tak chciał – wzdycha.

Dmitro jest samotny, więc jako uchodźcy przysługują mu miesięcznie 442 hrywny państwowej pomocy (to równowartość 70 złotych).

– Raz prawie się udało – opowiada. – Firma w Zaporożu szukała kierownika biura. Wszystko szło świetnie, dopóki nie zauważyli, że jestem z Doniecka. „Dopóki nasi chłopcy walczą, separatystów nie zatrudniamy” – oznajmił mi ich szef.

Chłopak nerwowo poprawia okulary, gdy zwracam uwagę, że młody mężczyzna z Donbasu, szukający pracy w mieście, które wysłało na Wschód najwięcej żołnierzy, może wzbudzać zrozumiały dystans. – Ale ten menadżer też był młody, a nie walczył! Jakbym był za Doniecką Republiką, uciekłbym do Rosji! Ja w ogóle nie jestem typem żołnierza, całe życie pracuję w korporacjach, nigdy nie miałem broni w rękach. O walce po stronie separatystów nie było mowy. A gdybym został wezwany do ukraińskiej armii, poszedłbym. Choć pewnie specjalnie bym się im nie przydał. W dzieciństwie ciężko chorowałem, dlatego omija mnie teraz mobilizacja. Mam też bardzo słaby wzrok. Ale nikt nie chce tego słuchać.

Dmitro pogodził się już z tym, że na Ukrainie nie znajdzie pracy. Myśli o wyjeździe do Europy. – Może pożyczę pieniądze od przyjaciół i pojadę pracować do Polski? Podobno wielu ludzi teraz tam wyjeżdża.

Uchodźstwo to bezdomność

Podobny problem ma Katia, nauczycielka wychowania fizycznego spod okupowanego Ługańska. Z rodzinnej Stanicy Ługańskiej uciekła wraz z dwójką kilkuletnich dzieci.

– Próbowałam żyć w ośrodku dla uchodźców w Kramatorsku [miasto już pod kontrolą ukraińską – red.]. To było jak więzienie. W jednym pokoju mieszkało nas siedem matek i dziesięcioro maleńkich dzieci. Dzieci ciągle chorowały. Gdy w końcu mój dwuletni synek złapał ciężkie zapalenie oskrzeli, powiedziałam: stop. Pojechaliśmy szukać pomocy gdzieś dalej.

Katia: – Sprawdziłam przepisy. Dowiedziałam się, że państwo ma obowiązek zapewnić mi mieszkanie. W październiku 2014 r. została przyjęta ustawa, według której władze lokalne mają zapewnić wszystkim uchodźcom tymczasowe lokum. Ale gdy powiedziałam o tym w Centrum Pomocy Uchodźcom, wyśmiali mnie. Państwowa pomoc dla uchodźców z Donbasu działa tylko w teorii. Okazało się, że wszystkie osoby, które wspominają o tej ustawie, są odsyłane z kwitkiem, bo „nie ma już wolnych mieszkań”. Na szczęście pomogli mi znajomi. Przygarnęli mnie do siebie, pod Kijowem. Nie wiem, ile byśmy jeszcze pociągnęli w tamtym ośrodku...

Przypadek Katii nie jest odosobniony. Ukraińskie państwo nie radzi sobie z masą uchodźców, których jest tu więcej niż uchodźców we wszystkich 28 krajach Unii (np. w 2015 r. do Niemiec przybyło ich 1,1 mln). To, że nie doszło jeszcze do załamania społecznego, Ukraina zawdzięcza wolontariuszom, którzy „zastępują” państwo w wielu dziedzinach – w tym także w opiece nad uchodźcami.

Ten ukraiński „wolontariat czasu wojny” – jak nazywa to zjawisko Tadeusz A. Olszański, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich – przybrał niespotykane w innych krajach rozmiary. Z badań socjologicznych wynika, że w 2015 r. w różne formy działalności wolontariackiej angażowało się aż 13 proc. mieszkańców kraju, czyli ok. 5,5 mln osób. Największy odsetek wolontariuszy był wśród mieszkańców kontrolowanej przez Ukrainę części Donbasu i w obwodach zachodnich. „Podczas gdy państwo traktowało ich [uchodźców] problemy z biurokratyczną obojętnością, wolontariusze oferowali nie tylko pomoc materialną, ale też wsparcie psychiczne i moralne, poczucie solidarności obywatelskiej” – pisze Olszański.

– Tu, na Ukrainie, nie można liczyć na pomoc od państwa, tylko na ludzką dobroć i szczęśliwy traf – mówi Katia. – Samotnej matce było tu ciężko żyć i przed wojną.

– Uchodźstwo to bezdomność – dodaje zrezygnowana. – Choć wolę bezdomność od pocisków lecących z nieba.

W położonym blisko frontu Sławiańsku, dokąd przybyło wielu ukraińskich uchodźców, kwaterowano ich nawet w wagonach kolejowych. Sławiańsk, luty 2015 r. Fot. Gleb Garanich / REUTERS / FORUM
W położonym blisko frontu Sławiańsku, dokąd przybyło wielu ukraińskich uchodźców, kwaterowano ich nawet w wagonach kolejowych. Sławiańsk, luty 2015 r. Fot. Gleb Garanich / REUTERS / FORUM

Najtrudniej jest rodzinom

Ludzie uciekają nie tylko z Donbasu, lecz także z Krymu. Na okupowanym od dwóch lat półwyspie trwają prześladowania opornych i usuwanie śladów świadczących o przynależności do Ukrainy. Niedawno wyznaczono termin zmiany tablic rejestracyjnych – nieposłusznym grożą kary finansowe.

Prawie setka tatarskich uciekinierów z Krymu osiadła w Drohobyczu, 80-tysięcznym mieście w obwodzie lwowskim. – Najtrudniej jest wielodzietnym rodzinom – mówi Artur Deska.

Deska jest Polakiem, świeckim bratem i zastępcą dyrektora Caritasu greckokatolickiej Eparchii Samborsko-Drohobyckiej. Opiekuje się Tatarami. – Maksymalna kwota przysługująca od państwa ukraińskiego wielodzietnej rodzinie uchodźców to 2400 hrywien [ok. 400 zł – red.]. Nie zmienia się ona niezależnie od tego, czy rodzina ma czworo, czy też siedmioro dzieci – wylicza. – Ma kompensować koszty wynajęcia mieszkania. Tymczasem wynajęcie mieszkania w Drohobyczu to wydatek 1500–2000 hrywien miesięcznie, do tego dochodzą koszty komunalne, które na Ukrainie rosną w zastraszającym tempie. Tej zimy nasi Tatarzy dostawali rachunki opiewające na ponad tysiąc hrywien.

Tatarscy uchodźcy z Krymu w Drohobyczu – Feride i jej córka Mumina / Fot. Monika Andruszewska
Tatarscy uchodźcy z Krymu w Drohobyczu – Feride i jej córka Mumina / Fot. Monika Andruszewska

Sytuacja Tatarów, którzy zostali na Krymie, stale się pogarsza. Kilka dni temu władze rosyjskie zawiesiły działalność Medżlisu, krymsko-tatarskiego parlamentu, który zajmował się wewnętrznymi sprawami społeczności tatarskiej. Mówi się o kolejnych aresztowaniach i najazdach FSB na mieszkania Tatarów.

Dlatego do Artura Deski wciąż przybywają nowe rodziny: – Ostatnio dołączyła do nas Asenie, absolwentka filologii ukraińskiej i tatarskiej. Matka dwojga dzieci, sześcioletniego Kamila i dziesięcioletniej Kamili. Kamilka jest chudziutka, mniejsza od innych dzieci w jej wieku. Cierpi na refluks moczowo-pęcherzowy, ma stałe stany zapalne nerek. Wymaga ciągłego leczenia. Takich kosztów nie da się pokryć za sumy oferowane przez państwo. Gdyby nie pomoc humanitarna płynąca także z Polski, sytuacja byłaby dramatyczna.

– Oni uciekli z Krymu tylko z podręcznymi torbami. Zostawili ziemię, którą kochają, cały dobytek i pozycję społeczną, którą tam mieli – mówi Deska. – Brakuje im w zasadzie wszystkiego: ubranek dla dzieci, lekarstw, pampersów. Tatarzy nigdy nie biorą więcej pomocy, niż potrzebują w danej chwili. Dlatego nie wezmą nigdy na zapas np. większych ubranek czy bucików. Potrzebujemy konkretnej pomocy rzeczowej, a jeszcze bardziej życzliwego wsparcia. I modlitwy. ©


Stowarzyszenie Pokolenie wraz z „Tygodnikiem Powszechnym” planuje transport pomocy dla tatarskich rodzin w Drohobyczu.

Wśród uchodźców jest ponad 50 dzieci. Szczególnie potrzebne są kosmetyki do pielęgnacji małych dzieci i pampersy. A także pieniądze, które pomogą opłacić koszty leczenia m.in. Kamili wspomnianej w tekście. Przesyłki i przelewy (z hasłem „Tatarzy” w tytule) można przekazywać na konto lub adres:

Przelew krajowy: ING Bank Śląski 89105012141000002319853707

Przelew zagraniczny: SWIFT/BIC: INGBPLPW IBAN: PL89105012141000002319853707

Adres: Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059, Katowice.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]