Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Milicja pije tę samą wodę

Milicja pije tę samą wodę

12.04.2011
Czyta się kilka minut
Radosław Gawlik: Władza w PRL wiedziała, że woda z rzek nie nadaje się nawet do celów przemysłowych, Śląsk się dusi, a brak oczyszczalni ścieków zmienia mazurskie jeziora w szambo. Tyle że za wiedzą nie szły zmiany. Wybuch w Czarnobylu i fatalna reakcja władz, które nałożyły embargo na informacje, sprawiły, że Polacy zaczęli uważniej przyglądać się sprawom ekologii. Rozmawiał Michał Olszewski
M

Michał Olszewski: Pan podobno pływa, gdzie tylko możliwe?

Radosław Gawlik: Tak, mam to w genach, bo ojciec jest pływakiem długodystansowym. Nauczył mnie pływać, jak miałem cztery lata. Od tego czasu wykorzystuję każdą okazję, by wskoczyć do wody.

Jako dziecko kąpał się Pan w Odrze?

Proszę nie żartować. Zamiast rzeki płynęła wtedy ciemna, oleista ciecz. Zanim nie przeszedłem na wegetarianizm, byłem zapalonym wędkarzem. I dobrze pamiętam, jak cuchnęły fenolem ryby z Odry. Były tak tłuste od olejów, że nie dało się ich jeść.

Druga połowa PRL-u była okresem wielkiej klęski ekologicznej?

I tak, i nie. W moim przypadku to trochę bardziej skomplikowane. Od dziecka byłem mocno zżyty z przyrodą, mieszkałem w Leśnicy na przedmieściach Wrocławia, na terenach, które dziś nazwalibyśmy zrenaturyzowanymi. Glinianki, czysta woda, dużo dzikiej przyrody. Z drugiej strony mam w pamięci "ołowiane" widoki Dolnego i Górnego Śląska, martwe lasy Gór Izerskich i Karkonoszy, hałdy, brud, kominy i kominki w miastach, dym, zapach siarki i węgla. Tak, zapach węgla był ważny. Przecież węgiel wtedy był znacznie gorszej jakości: zawierał więcej siarki. Teraz po spaleniu pozostaje mniej niż 10 proc. popiołu, kiedyś bywało, że jedna czwarta. Człowiek dosłownie żył w pyle i go wdychał.

Ale parki narodowe powstawały.

Zgadza się, powstawały, ale zapewne na zasadzie listka figowego dla przemysłu ciężkiego RWPG w polskim wydaniu, zbudowanego jako element układanki militarno-przemysłowej bloku komunistycznego. Więcej, istniało nawet szczegółowe prawodawstwo ochrony środowiska, które rzekomo miało chronić przyrodę i wymierzać kary trucicielom. Były to jednak gesty pozorowane, bo priorytety władza określiła jasno: gospodarka miała produkować coraz więcej, za wszelką cenę. Kary można było przecież umorzyć ze względu na "potrzeby socjalistycznej ojczyzny i mieszkańców miast i wsi", i tak też się działo. Nie wspominam nawet o edukacji ekologicznej, bo ta zaczęła się rozwijać tak naprawdę dopiero po 1989 r.

Można określić moment, w którym zaczęła się budzić świadomość ekologiczna Polaków?

Oczywiście, to był początek lat 80. Solidarnościowy karnawał otworzył dostęp do informacji oraz uwolnił w ludziach skrępowane dotychczas pokłady energii. W Krakowie założono niezależny i legalny Polski Klub Ekologiczny - o ile się nie mylę, pierwszą tego typu organizację w krajach komunistycznych. W prasie zaczęły pojawiać się artykuły o cenie, jaką kraj płaci za rabunkową budowę socjalizmu, gdzieś nawet mam jeszcze teczkę ze skrzętnie gromadzonymi wycinkami z tamtego okresu. Stan wojenny nie mógł już tego powstrzymać, spychając po prostu nasze zainteresowania do podziemia. To jedna z przyczyn, dla których powstał ruch "Wolność i Pokój", skoncentrowany głównie na walce z obowiązkiem służby wojskowej i ekologii. Co prawda, w deklaracji założycielskiej z 1985 r. o ekologii jeszcze nie ma mowy, ale już w późniejszej deklaracji ideowej pojawia się ona wyraźnie. Na pewno duże znaczenie miała katastrofa elektrowni jądrowej w Czarnobylu, bo ujawniła ona, jak zakłamaną politykę informacyjną prowadziła władza.

Maciej Śliwa, autor pracy magisterskiej o historii WiP i uczestnik ruchu, zauważa ciekawy zbieg okoliczności: organizacja powstała niedługo po wmurowaniu kamienia erekcyjnego pod budowę elektrowni atomowej w Żarnowcu.

To było kolejne miejsce, wokół którego koncentrowała się nasza działalność. Zresztą jeśli spojrzeć na mapę kraju, to okaże się, że właściwie każda z grup siedziała na jakiejś bombie ekologicznej. O Wrocławiu mówiłem, choć zapomniałem dodać, że w pobliżu mieliśmy zdegradowane Zagłębie Legnickie, Kraków borykał się z niszczącym wpływem Huty im. Lenina, Trójmiasto walczyło przeciwko budowie elektrowni w Żarnowcu. Trzeba przyznać, że trafiliśmy we właściwy czas. Wybuch w Czarnobylu i fatalna reakcja PRL-owskich władz, które nałożyły embargo na informacje o katastrofie, obudziły naszą aktywność i sprawiły, że Polacy zaczęli uważniej przyglądać się sprawom ekologii.

Ja sam przeżyłem kilka momentów, powiedzmy, inicjacyjnych do działań przeciwko systemowi, choć nie zainteresowałbym się pewnie tak mocno ekologią, gdybym nie ciążył ku opozycji. Jedno z drugim było wówczas nierozłącznie związane. Po pierwsze: w stanie wojennym przeszedłem na wegetarianizm. Powiedziałem sobie, że nie dam się upokorzyć staniem w kolejkach po mięso, chyba oddałem komuś kartki. Po drugie: przeczytałem "Czarną księgę cenzury" i zdumiało mnie, jak wiele uwagi już w latach 70. cenzura poświęcała tropieniu informacji o zagrożeniach dla środowiska naturalnego. Po trzecie: w połowie lat 80. przeczytałem ekskluzywne wydawnictwo, przygotowane przez Akademię Nauk Społecznych KC PZPR i przeznaczone dla partyjnej elity, w całości poświęcone zagrożeniom ekologicznym. Ten materiał powstał w wyniku badań naukowców i chyba za sprawą któregoś z członków Komitetu Centralnego PZPR wyciekł do podziemia. Obraz był bardzo przygnębiający. Kiedy przyszedł do mnie Leszek Budrewicz, jeden z założycieli WiP, z propozycją, bym zaangażował się w działania ruchu, nie namyślałem się długo.

Władza miała więc pełną świadomość zagrożeń?

Władza wiedziała, że woda z rzek nie nadaje się nawet do celów przemysłowych, Śląsk się dusi, a brak oczyszczalni ścieków zmienia mazurskie jeziora w szambo. Tyle że za wiedzą nie szły zmiany.

A pierwsze w tej części Europy ministerstwo ochrony środowiska?

Nie zauważyłem, by woda w Odrze stała się przez to czystsza. Jednym z dowodów jest Wrocław, który żył w cieniu produkującej żelazostopy Huty Siechnice. Można powiedzieć, że Siechnice ukształtowały w dużej mierze pogląd WiP na ekologię. To był potężny zakład, który ulokowany został wraz z hałdą toksycznych odpadów na granicy terenów wodonośnych. Pozostałości po produkcji zawierały m.in. chrom, który ma to do siebie, że jedna z jego odmian bardzo łatwo przenika do wód gruntowych. W każdym razie dotarliśmy do informacji, że woda pitna we Wrocławiu jest skażona metalami ciężkimi, a przez to może być mutagenna i rakotwórcza.

W jaki sposób zdobyliście tę wiedzę?

Częściowo przez Polski Klub Ekologiczny, a częściowo własnymi kanałami. Na politechnice rozmawiałem z prof. Pawlaczyk--Szpilową, która badała jakość wody pitnej. Podkreślam rolę PKE, bo mieli znacznie lepsze kontakty w środowiskach naukowych niż my. Władza również o tym wiedziała, co więcej - w samym Wrocławiu na problem huty próbowali zwrócić uwagę urzędnicy Miejskiej Rady Narodowej, czyli de facto w większości członkowie PZPR. Ich wystąpienia traktowano jednak jak nieodpowiedzialność czy wręcz próbę sabotażu gospodarczego.

Jest połowa lat 80., ludzie się boją. WiP zaczyna działać w momencie, kiedy SB potrafi pobić do nieprzytomności, a nawet zabić. Jak reagują na Wasze działania przechodnie?

Opowiem, jak wyglądała nasza zimowa demonstracja przeciwko Hucie Siechnice. Postanowiliśmy działać nowymi metodami. Na początku 1987 r. zorganizowaliśmy pierwszą demonstrację na wrocławskim Rynku pod Pręgierzem. Przygotowaliśmy się bardzo dobrze, bo wcześniej wydrukowaliśmy kilka tysięcy ulotek oraz oświadczenia, skierowane m.in. do pracowników huty. Mieliśmy też wsparcie Solidarności, m.in. Władysława Frasyniuka i Barbary Labudy. To był styczeń 1987 r., 15-stopniowy mróz, ale z Częstochowy, Warszawy i Gdańska przyjechało do Wrocławia sporo WiP-owców, żeby nas wspomóc. Dzień wcześniej część organizatorów została prewencyjnie zatrzymana. Cała demonstracja trwała bardzo krótko, bo jeszcze zanim zdążyliśmy rozwinąć wszystkie transparenty, z kamienic i ulic wokół Rynku wysypały się istne pułki milicji i tajniaków. Zwinęli nas błyskawicznie, rozerwali "sitting". Większość wypuszczono po 24 i 48 godzinach. Odmówiliśmy płacenia grzywien. Sami byliśmy niepewni, co z nami będzie, ale na szczęście skończyło się na dołku. Zrobił się bardzo duży szum w Wolnej Europie i innych zagranicznych rozgłośniach, których wszyscy w Polsce słuchali: i społeczeństwo, i komuniści. Ale służby były równie zdezorientowane jak my. Zaaresztowali młodych ludzi, którzy występowali w obronie wody pitnej, którą oni też pili (krzyczeliśmy wówczas: "Milicja pije tę samą wodę").

Podobno telefonował do Was sam minister środowiska Stefan Jastrzębski z pretensjami, że wywołujecie międzynarodowy skandal?

Tego nie wiem. Myśmy badali wówczas teren, poszerzając granice wolności i próbując wzniecić dyskusję na jeden z podstawowych dla tego kraju tematów. Milicjanci podczas demonstracji nie bardzo wiedzieli, co robić. Z jednej strony mieli rozkazy, żeby interweniować, z drugiej musieli przecież czuć, że ochrona środowiska jest dziedziną, która dotyka bezpośrednio ich zdrowia. Piliśmy we Wrocławiu tę samą wodę, my i oni.

Pytał pan o stosunek władzy do ekologii: Siechnice są świetnym przykładem, bo pokazują absolutną niezdolność do rozwiązywania sytuacji kryzysowych. W 1987 r., m.in. na skutek naszych nacisków, Wojewódzka Rada Narodowa podjęła decyzję o stopniowym wygaszaniu zakładu. Szybko okazało się, że to zasłona dymna, bo zakład nadal funkcjonował normalnie.

Wróćmy do reakcji wrocławian.

Na początku traktowali nas z rezerwą. W miarę upływu czasu, kiedy okazywało się, że demonstracje nie są rozpędzane tak brutalnie jak jeszcze kilka lat wcześniej, dołączali do nas kolejni wrocławianie. W czerwcu 1988 r. ulicą Świdnicką do Rynku przeszło już 1000 osób, ubranych na czarno i z czarnymi flagami. Po wakacjach "Czarne marsze" przyciągały coraz więcej uczestników i zmieniły się w rytuał, bo spotykaliśmy się w każdy trzeci czwartek miesiąca. Rząd się ugiął i podjął decyzję o zamknięciu huty oraz likwidacji hałdy. To był potężny, nieoczekiwany sukces, a jego ukoronowaniem stała się ostatnia manifestacja z 17 listopada 1988 r., na którą przyszło około 10 tys. osób. Wydaje mi się, że to było największe niezależne zgromadzenie we Wrocławiu od czasów demonstracji w stanie wojennym. Dodam, że Siechnice przestały działać ostatecznie za czasów premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Prowadziliście wtedy intensywne działania na różnych polach. Wydawnictwa, pikiety, polsko-czeska akcja nawołująca do ochrony Karkonoszy. I najważniejszy chyba punkt: protesty przeciw budowie elektrowni atomowej.

One zaczęły się nieco wcześniej, po Czarnobylu. WiP organizował pikiety i akcje ulotkowe. Ukazywały się ulotki i pisma podziemne poświęcone tej sprawie i pokazujące np. rzeczywiste skażenie wody, powietrza, produktów żywnościowych, o którym dane dostawaliśmy od zaprzyjaźnionych naukowców. Warto przypomnieć, że niektórzy dzisiejsi propagatorzy atomu - wówczas we Froncie Jedności Narodu, a potem w Patriotycznym Ruchu Odrodzenia Narodowego - dozowali te informacje społeczeństwu w mediach, aby nie wzbudzać paniki.

Nasi ludzie zaczęli jeździć do Międzyrzecza, gdzie przewidziana była lokalizacja składowiska odpadów radioaktywnych. Brałem tam udział w dużym, oczywiście nielegalnym, pochodzie po mszy, gdy zablokowano ruch na międzynarodowej trasie, ale milicja nikogo nie zatrzymała. Opór rósł, a po głodówce, w której wzięli udział również mieszkańcy Międzyrzecza, MRN sprzeciwiła się oficjalnie planom budowy składowiska.

Organizowaliśmy też "sittingi" i "rusztingi", czyli protesty na siedząco i na dachach, gdzie milicja miała z nimi spore kłopoty, bo potrzebny był sprzęt specjalistyczny do ściągania demonstrantów. Najintensywniejsze protesty działy się oczywiście w Trójmieście, gdzie blokowano drogi dojazdowe na budowę. Głodówka trwała 63 dni. Jednym ze skutków nacisku było referendum lokalne, w którym pomysł budowy przepadł. Finał również rozegrał się za rządów Mazowieckiego, który podjął decyzję o wycofaniu się z budowy.

Zanim do tego dojdziemy, będzie jeszcze Okrągły Stół. Zasiadał Pan przy podstoliku ekologicznym.

Tak, dzięki Władkowi Frasyniukowi. Działałem wówczas w Regionalnej Komisji Wykonawczej Solidarności i zaproponował mnie do wzięcia udziału w obradach. Dobrze to wspominam, mimo że części postulatów nie udało się zrealizować. Udało się przenieść leśnictwo z ministerstwa rolnictwa do ministerstwa ochrony środowiska, co dzisiaj może wydawać się oczywistością, ale wtedy było rewolucją. To 27% powierzchni kraju, które z domeny gospodarczej weszło w zarządzanie i nadzór ochrony środowiska. Stworzyliśmy Państwową Inspekcję Ochrony Środowiska, pomyślaną jako policja ekologiczna. Na ile skutecznie działa dzisiaj, to już temat na zupełnie inną rozmowę. Andrzej Kassenberg, dziś prezes proekologicznego think-tanku, uczestnik obrad, po 20 latach ocenia, że Okrągły Stół stworzył podstawy formalno-prawne do zrównoważonego rozwoju kraju. Jego konsekwencją są zapisy w Konstytucji, system ocen oddziaływania na środowisko, kolejne polityki ekologiczne, a także wyjątkowy, stawiany jako wzór w innych krajach, system finansowania ochrony środowiska przez fundusze ekologiczne. Zgadzam się z nim.

Co się nie udało?

Na pewno nie udało się nadać właściwej rangi planowaniu przestrzennemu. Nie przewidzieliśmy, że ponad 20 lat po wyjściu z komunizmu Polska będzie terenem tak głębokiego chaosu planistycznego. Mówię o planowaniu, bo jest częścią myślenia o harmonijnej, dobrze urządzonej przestrzeni i ochronie środowiska przyrodniczego. Na pewno też wymieniliśmy stare zagrożenia ekologiczne na nowe. To nie hałdy i kominy są dziś zagrożeniem, a gigantyczny ruch samochodowy, monokultury, GMO czy brak zielonej energii, brak integracji polityki ekologicznej z innymi politykami, jak energetyczna, transportowa.

Mam jednak poczucie, że moja praca WiP, później w Solidarności nie poszła na marne. Jasne, można mówić, że trafiliśmy w swój czas, ale na pewno mamy udział w budowaniu świadomości ekologicznej. Znacznie większy, niż wskazywałaby na to liczba uczestników ruchu.

A Odra? Co z nią? Przepłynął ją Pan?

Oczywiście, już w połowie lat 90., na wysokości Lubiąża. Słowo, można tam pływać, i już nie śmierdzi chemikaliami. Można nawet w centrum Wrocławia, koło mojej pracy. Latem, w upały, czasem to robię.

Radosław Gawlik (ur. 1957) jest ekologiem. Opozycjonista, członek ruchu "Wolność i Pokój", Solidarności, poseł w latach 1989-2001. W rządzie Jerzego Buzka był wiceministrem środowiska. Członek Unii Wolności, obecnie w Zielonych 2004.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]