Betonowe pokolenie

Najpoważniejszym z niekrótkiej listy polskich zaniedbań ekologicznych wydaje się przekonanie, że tak jak jest, być musi. Gospodarka odpadami szwankuje, nakłady na ochronę przyrody są minimalne, a sprawy środowiska mają w polityce znaczenie drugorzędne - trudno. Rolnicy zanieczyszczają glebę i wody gruntowe - przecież tak było zawsze...

24.04.2006

Czyta się kilka minut

/fot. P. Krzakiewicz - visavis.pl /
/fot. P. Krzakiewicz - visavis.pl /

Jednocześnie z badań socjologicznych wynika, że środowisko naturalne jest czymś, na czym nam zależy. Oczekujemy, że jego ochrona czy właściwe nim zarządzanie stanie się wreszcie przedmiotem troski, także polityków. Tak powszechnie traktowana "pozytywna wartość" z rzadka przekłada się jednak na działania: czy to indywidualne, czy wspólnotowe. Chcemy zmiany, a jednocześnie nie wierzymy, by nasze zaangażowanie mogło cokolwiek zmienić. Albo chociaż uświadomić uczestnikom publicznej debaty, że dla ich słuchaczy ciekawsza od kolejnego sporu na temat koalicji rządowej byłaby może rzeczowa wymiana poglądów na temat rzekomego zagrożenia żywnością modyfikowaną genetycznie (i, szerzej, zastosowania GMO w medycynie) czy możliwości zróżnicowania źródeł energii.

Jednak oba z wymienionych tematów rzadko pojawiają się w mediach; uważa się je widocznie za na tyle egzotyczne czy nudne, że nie zasługują na rzetelne potraktowanie. Szeroko pojęta tematyka ekologiczna nabiera znaczenia dopiero wtedy, gdy wiąże się ściśle z czyimś interesem politycznym. Do tego dodać jeszcze trzeba brak zaufania wobec instytucji państwowych i poczucie bezsilności wobec urzędników państwowych czy biznesu, by częściowo choćby wytłumaczyć, dlaczego rozpowszechnione jest przekonanie, że w sferze ochrony środowiska, przynajmniej na razie, niewiele można zmienić.

- Ciągle mamy poczucie, że "nasza chata z kraja" - mówi Marta Strumińska, socjolog. - Uczestnicy polskiej debaty publicznej nie są gotowi do merytorycznego, a nie emocjonalnego zajęcia się tematem ekologii. Każda z dużych partii ma coś "ekologicznego" w programie, by im ktoś nie zarzucił, że problem lekceważą; np. LPR podczas ostatniej kampanii wyborczej lansowała pomysł zróżnicowania źródeł energii przez wykorzystanie złóż wód geotermalnych. W akcji "kampania kontrolowana" ujawniono jednak, że nasze złoża do takich celów się nie nadają. Nie tylko ta partia, delikatnie mówiąc, nie przemyślała tych tematów. Większość z nas jest zresztą ofiarą poważnego zaniedbania - braku edukacji ekologicznej, która tymczasem stała się już formą wychowania obywatelskiego, a kwestie ekologiczne - nową generacją praw człowieka. Tylko dzięki edukacji zapewnimy sobie dostęp do informacji, możliwość odróżnienia prawdy od zmyśleń, a w efekcie zmianę myślenia o środowisku.

Cóż, jesteśmy krajem na dorobku, obolałym od transformacyjnych przemian, a ekologia kosztuje. Króluje przekonanie, że najpierw musimy się dorobić, by móc zafundować sobie ochronę ginących gatunków, segregację śmieci i czyste technologie produkcji, biorące pod uwagę interesy przyszłych pokoleń. Zrozumienie idei zrównoważonego rozwoju, choć zapisana została w Konstytucji, odłożyliśmy na lepsze czasy.

Skażeni i zahartowani

"Nie ma praworządności w ochronie środowiska w PRL. (...) Normy polskie są bardzo liberalne. Na przykład norma dwutlenku siarki jest siedmiokrotnie wyższa niż w ZSRR. Niektórzy więc żartują, że Polacy są bardziej wytrzymali niż ludzie sowieccy. A normy czystości wód? Nasze wody klasy I odpowiadają III klasie czystości wód CSRS" - mówił Krystian Waksmundzki, jeden z założycieli Polskiego Klubu Ekologicznego, w rozmowie z Witoldem Beresiem i Krzysztofem Burnetką. Wywiad ukazał się na łamach opozycyjnego pisma "Promieniści" na przełomie kwietnia i maja 1986 r. Kilkanaście dni później ujawniono fakt wybuchu reaktora jądrowego w elektrowni atomowej w Czarnobylu.

W oficjalnych mediach o tym, jak duże zagrożenie stwarzał dla człowieka i środowiska istniejący wówczas przemysł, mówiło się niewspółmiernie mało w stosunku do realnego zagrożenia. Mimo to np. górnicy, nagradzani przecież przez władzę za zwiększanie wydobycia węgla wysokimi zarobkami i przywilejami pracowniczymi, podczas strajków w sierpniu 1980 r. żądali m.in. prowadzenia przez państwo racjonalnej gospodarki węglem (rok wcześniej Polska wydobyła 200 mln ton węgla, co dało nam czwarte miejsce w świecie). Coraz aktywniejsi stawali się też ekolodzy. Radosław Gawlik, dziś działacz partii Zieloni 2004, w latach 80. członek opozycyjnego ruchu "Wolność i Pokój", protestował m.in. w sprawie huty Siechnice, budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu, składowiska odpadów radioaktywnych w Międzyrzeczu. Trucicieli i problemów było oczywiście więcej - rozmawiano o nich podczas obrad Okrągłego Stołu w zespole ds. ekologii.

To wtedy przeniesiono leśnictwo ze struktur Ministerstwa Rolnictwa do resortu ochrony środowiska. Zmiana niebagatelna, bo 28 proc. powierzchni kraju zaczęło być rządzone innymi regułami, nie nastawionymi na zysk - znaczenie priorytetowe miały odtąd zyskać trwałość lasów i zachowanie różnorodności żyjących w nich roślin i zwierząt. Nie rozwiązało to wszystkich problemów tej branży. Od wielu lat mówi o nich m.in. Andrzej Bobiec, leśnik i prezes Towarzystwa Ochrony Puszczy Białowieskiej, postulując prywatyzację Lasów Państwowych, które, jako monopolista, więcej jego zdaniem myślą o korzyściach ekonomicznych niż o tworzeniu kolejnych parków narodowych czy poszerzaniu istniejących. Ekologizacja, w porównaniu z praktyką PRL, stała się jednak faktem, chociażby w kwestii większego niż przed 17 laty dostosowania wyrębu drzew do możliwości lasów. Do dzisiaj jednak nie pokuszono się o wyjęcie obsady i działań Ministerstwa Środowiska spod kurateli partii politycznych.

Niedługo po Okrągłym Stole powstała wsparta przez Sejm lista 80 trucicieli - zakładów wyjątkowo uciążliwych dla środowiska. "Firmy, które się na niej znalazły, robiły wszystko, by z niej uciec - wspominał na łamach "TP" Gawlik. - Po 10 latach zrobiono podsumowanie i okazało się, że większość z nich dokonała solidnych inwestycji, redukując zanieczyszczenia nawet o 90 proc.; np. Viscoplast, firma z centrum Wrocławia, zmieniła technologię przestawiając się na produkcję plastrów i materiałów opatrunkowych".

Na początku okresu transformacji podwyższono standardy dotyczące ochrony powietrza, ograniczając emisję pyłów i zanieczyszczeń. Last but not least, na rzecz ochrony środowiska działał też rachunek ekonomiczny i zasady gospodarki wolnorynkowej, które wykluczały wspieranie nieopłacalnych i szkodliwych zakładów. Tą drogą ograniczono działalność hut i zamknięto większość kopalń. Jarosław J. Szczepański, doradca podziemnej Krajowej Komisji Górnictwa NSZZ "Solidarność", już na początku lat 80. dostrzegał, że koszty wydobycia są niewspółmierne do efektów. Na potrzeby krajowe wydobywano ponad 140 mln ton węgla, choć nawet nieznaczne reformy mogły obniżyć zapotrzebowanie o połowę. Po 1990 r. tak właśnie się stało: zlikwidowano energochłonne zakłady, urealniono ceny energii, zaczęto ją oszczędzać przez zmianę metod produkcji na bardziej ekonomiczne oraz przez ocieplanie budynków i mieszkań.

Korzyści ekologiczne nie musiały się jednak przekładać na zyski społeczne. Gdy bezrobocie rosło w oczach, nietrudno było postawić zwodniczą tezę, że zwalnianie ludzi to cena, jaką trzeba płacić za ochronę środowiska... Może właśnie dlatego "betonowe pokolenie", zahartowane wyziewami przemysłu ciężkiego, nie poradziło sobie z problemami ochrony środowiska, choć apetyt na ekologiczną zmianę i lepszą jakość życia był spory. Lista polskich zaniedbań nie jest krótka; warto przedstawić choć kilka, których obejść nie sposób.

Złoża rzeczy używanych

Ewa Szumańska opisała w jednym z felietonów zakup łososia. Kilka plastrów wykwintnej ryby zapakowano w niezliczone kawałki aluminiowej folii, potem w papier, na końcu w specjalną kopertę. Coraz bardziej rozbudzone apetyty konsumpcyjne, dotyczące dóbr z reguły dużo pokaźniejszych (i trudniejszych w utylizacji) niż kawałki ryby, pokazują, że cenę za ich zaspokojenie płacimy nie tylko przy kasie - Polacy tworzą złoża rzeczy używanych, które wymieniają na bardziej nowoczesne. Tymczasem np. w krajach Europy Zachodniej oszczędzanie wody, ograniczanie zużycia papieru, segregowanie odpadów, odzyskiwanie surowców, redukowanie ilości śmieci już na etapie wytwarzania produktów, stały się społecznym nawykiem.

W Polsce to najbardziej zaniedbana dziedzina ochrony środowiska, mimo że w trakcie przygotowań do wejścia w struktury europejskie wprowadziliśmy nowe standardy redukcji i recyklingu odpadów, ich składowania, wykorzystania biogazów. To niemało, ale pożądane skutki tych działań nie pojawią się od razu. Tym bardziej, że zbyt słabo zachęca się gminy do inwestowania w system segregacji śmieci i ich recyklingu, choć unijne środki pomocowe na tego rodzaju przedsięwzięcia czekają. Sporo zależy od aktywności samorządów czy wręcz poszczególnych radnych, którzy w trosce o walory turystyczne swojego regionu, np. na Mazurach, przecierają unijne szlaki.

Obecnie gospodarka odpadami sprowadza się do tego, że przedsiębiorstwa oczyszczania odkupują śmieci od konsumentów po najniższych cenach i wywożą je na wysypiska, z reguły niespełniające jakichkolwiek norm. Gorset przepisów unijnych, ustalający np. masę śmieci, jakie może wytworzyć apteka, może nas uwierać równie mocno jak obecne spory między gminami o to, gdzie powinno powstać wysypisko śmieci, a gdzie ich spalarnia. Na pewno nie ma powodu stawiać sobie wymagań wyższych, przynajmniej nie w formie kolejnych ustaw, niż chce Unia: praktyka społeczna prędzej czy później utemperuje nadmierne ambicje, ucząc ustawodawcę, że bez nawyków społecznych, na których wykształcenie potrzeba lat, najlepsze przepisy spełnią rolę tylko połowicznie.

Przeliczyć las na deski

Kiedy Litwa zgłosiła poprawki do swojej listy obszarów, jakie ma objąć program Natura 2000, czyli europejska sieć obszarów chronionych, Polska znalazła się na ostatnim miejscu w Unii pod względem areału proponowanego do tej szczególnej ochrony. Wchodząc do Unii, powinniśmy byli zgłosić minimum 17 proc. obszaru kraju; zgłosiliśmy tylko 10 proc. Najpierw rząd Leszka Millera poważnie ograniczył planowany areał. Zaprotestowały organizacje ekologiczne, przedstawiając swoją listę obszarów proponowanych do objęcia "zieloną siecią", ale rząd Kazimierza Marcinkiewicza także dokonał na niej skreśleń.

Ekolodzy wypatrzyli wśród obszarów skreślonych sporo dolin rzecznych i naturalnych terenów zalewowych, co powiązali z projektem Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. W ich przekonaniu rząd tą drogą zamierza sfinansować duże inwestycje hydrotechniczne. Zieloni 2004 napisali więc w oficjalnym oświadczeniu: "Znany jest powszechnie fakt, że regulacje, prowadzone ze środków na usuwanie skutków powodzi i ochronę przeciwpowodziową, nie tylko nie zwiększają bezpieczeństwa powodziowego, a wręcz przeciwnie - zwiększają ryzyko wezbrania wód na terenach położonych poniżej. Tego typu inwestycje byłyby nie do pomyślenia na obszarach objętych ochroną w ramach Natury 2000. Przepisy chroniące np. ptaki mogłyby niekiedy uchronić dobytek ludzi. Tego nie może zrozumieć lobby hydrotechniczne tkwiące w PRL-owskim myśleniu o prostowaniu i betonowaniu rzek".

Nie wiemy, czy rząd rzeczywiście zamierza betonować i prostować rzeki, faktem jest jednak wyjątkowa nieufność polskich władz wobec programu Natura 2000. A wydawałoby się, że powinno być dokładnie na odwrót. Mamy przecież co chronić, a pieniędzy budżetowych na takie cele raczej nam nie zbywa. Przede wszystkim Puszczę Białowieską, ostatnią pierwotną puszczę Europy; wieloletnie starania o objęcie całej Puszczy pełną ochroną pozostają jednak na razie bezowocne (pisał o tym m.in. Czesław Miłosz w tekście "Rozebrać Wawel na cegłę?", "TP" nr 7/96). Także największą na świecie populację bociana białego i ptaki uważane w Europie Zachodniej za zanikające, jak wodniczka, orlik krzykliwy, derkacz, rybitwa czarna. Oraz gatunki, które w Polsce możemy na szczęście uważać jeszcze za pospolite: skowronka, jaskółkę dymówkę, cierniówkę, trznadla, łyskę. Według ekologów jesteśmy bankiem genów tysięcy gatunków ginących zwierząt, roślin i grzybów - mamy coś, co wiele krajów Europy Zachodniej, skupiając się na podporządkowaniu środowiska gospodarce, utraciło i wykłada teraz spore sumy, by dawny świat odtworzyć.

Nie znaczy to, że będziemy uczyć Europę, jak się chroni przyrodę. Skoro takich problemów nastręcza wydzielenie obszarów chronionych i tak niewielu zadaje sobie trud, by przekonać społeczności lokalne, że znalezienie się pod egidą programu Natura 2000 nie oznacza przeistoczenia danego regionu w pustynię inwestycyjną - jesteśmy prawdopodobnie na najlepszej drodze, by powielić błędy, jakie popełniła "stara Europa" w trakcie zaborczej industrializacji i modernizacji.

Obszary z sieci Natura 2000 mogą liczyć na dofinansowanie nawet do 80 proc. z unijnych programów sektorowych. Nic nie stoi na przeszkodzie, by rozwijać tam eko- i agroturystykę, rolnictwo ekologiczne czy drobne przedsiębiorstwa z branży spożywczej. Ważne, by ludzka działalność nie naruszała ostoi gatunków roślin i zwierząt, z powodu których dany obszar włączono do sieci.

Z auta na rower

Lubimy powielać cudze błędy, związane np. z powszechną motoryzacją. W marcu kupiliśmy 20 proc. więcej samochodów niż miesiąc wcześniej - w żadnym innym kraju europejskim nie było lepiej. Samochód jest nie tylko jednym z wyznaczników prestiżu społecznego, ale mimo braku dobrych dróg, drożejącej benzyny i rosnących kosztów utrzymania pojazdu, jednym z najpowszechniejszych sposobów przemieszczania się Polaków. I trudno się dziwić, skoro spółka "Przewozy Regionalne" PKP jest przedstawicielem jednej z niewielu dziedzin gospodarki, w której w ostatnich 17 latach prawie nic się nie zmieniło (czas podróży, bezpieczeństwo, możliwość dojazdu). W dodatku problem wydłużenia ścieżek rowerowych czy bardziej umiejętnego wykorzystania transportu publicznego jest równie rzadko poruszamy w dyskusji publicznej jak problem zastosowania genetyki w rolnictwie.

Tymczasem, jak przypomina Radosław Gawlik, rocznie ginie na naszych drogach blisko 6 tys. osób, a 70 tys. zostaje rannych. Do tego dochodzą koszty zanieczyszczenia środowiska oraz zajęcia obszarów pod parkingi i autostrady. Przynajmniej częściową rekompensatą mógłby być podatek ekologiczny, który, jak to niedawno zapowiedział rząd, płaciłoby się raz, podczas pierwszej rejestracji samochodu osobowego, według zasady: im starszy samochód, tym wyższa należność. To tzw. internalizacja kosztów, czyli obciążenie kosztami użytkowania środowiska. Problem w braku równości, bo jakoś nikt nie wspomina, że np. rolnicy też powinni być obciążeni "kosztami użytkowania środowiska" proporcjonalnie do stopnia chemizacji upraw.

Na początku lat 90. tereny rolnicze zajmowały przecież 66 proc. powierzchni kraju, produkując 50 proc. zanieczyszczeń spływających do Bałtyku. Po ściekach komunalnych to właśnie substancje pochodzenia rolniczego (gnojowica, pozostałości nawozów, pestycydy i gleba ze źle zabezpieczonych pól) dostarczały ponad 35 proc. fosforu, jaki z Polski trafiał do morza. Jest jeszcze jeden problem: na polskiej wsi pojawiły się wodociągi, ale wciąż brakuje kanalizacji, więc ścieki pojawiły się w rowach melioracyjnych.

Niewielu zwolenników ma jednak idea upowszechnienia rolnictwa ekologicznego. Większość energii pochłania egzekwowanie zasad Wspólnej Polityki Rolnej i wysokości dopłat do hektara, a wzorcem wydaje się być model zbliżony do uprzemysłowionego rolnictwa zachodniego.

***

Troska o środowisko nie polega tylko na ochronie zagrożonych gatunków, ekosystemów czy krajobrazu. Równie ważna jest źle zaprojektowana przestrzeń naszych miast: nadmiernie zabudowana, podporządkowana inwestycjom gospodarczym, pozbawiona zieleni i możliwości sensownego rozwoju. Od tego, gdzie i jak żyjemy, zależy nasza "jakość życia". Ilu z nas jednak myśli w takich kategoriach? Z reguły godzimy się na to, na co nas stać, rzadko zdobywamy się na rozleglejszą perspektywę, na myślenie w skali planety i w kategoriach dobra wspólnego. Choćby i przyszłych pokoleń.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 18/2006