Mikroplastik i my: jak korzystać z tworzyw sztucznych, żeby nie szkodzić planecie [Miłego antropocenu! #7]

Naukowcy odkryli już mikroplastik w chmurach, lodowcach czy na Mount Everest – a jeszcze 20 lat temu nie wiedzieliśmy o jego istnieniu. Gościem tego odcinka jest prof. Richard Thompson, który jako pierwszy dostrzegł ten problem.
Drzewo z plastiku
grafika: RICHARD JONES / Science Photo Library / East News

To jeden z najpoważniejszych problemów, jakie sobie zafundowaliśmy. Mikroplastik to maleńkie, nawet niewidoczne gołym okiem odłamki tworzyw sztucznych. Prof. Richard Thompson z Uniwersytetu Plymouth, który w 2004 roku stworzył termin „mikroplastik”, opowiada o tym, czy jako ludzkość musimy całkowicie zrezygnować z plastiku, który jest przecież w wielu sytuacjach bardzo pożyteczny, i co trzeba zrobić, żebyśmy zaczęli z niego korzystać odpowiedzialnie.

„Martwię się, że w miarę wzrostu populacji ludzkiej, wyzwania środowiskowe, z których jeszcze nie zdaliśmy sobie sprawy, a które zaczną pojawiać się na horyzoncie, będą atakować nas o skalę wielkości szybciej, niż wyzwania związane z azbestem, tytoniem czy tworzywami sztucznymi. Będziemy musieli nauczyć się, jak działać szybciej i jak wydawać budżety na naukę do czasu, kiedy osiągniemy zgodę co do tego, że faktycznie mamy problem i powinniśmy zacząć działać – mówi prof. Thompson. – W przypadku tworzyw sztucznych już się spóźniliśmy. Powinniśmy byli zacząć działać 20 lat temu, kiedy problem był już jasny”.

„Miłego antropocenu!” to nowy cykl w Podkaście Tygodnika Powszechnego, w którym opowiadamy, jak nauka i technika zmieniły nasz świat i jak mogą pomóc go uratować. Gospodarzem cyklu jest Wojciech Brzeziński: dziennikarz naukowy stale współpracujący z „Tygodnikiem Powszechnym”, specjalizujący się w tematyce nowych technologii i cyberbezpieczeństwa, laureat, wraz z Agatą Kaźmierską, nagrody Grand Press Digital and Technology 2023 za cykl WybierAI - algorytmy demokracji.


WIELKIE WYZWANIA: ANTROPOCEN

Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi.


Pełna transkrypcja rozmowy

Poniższy tekst powstał w oparciu o transkrypcję maszynową, może zawierać usterki językowe.


WOJCIECH BRZEZIŃSKI: Pierwsze pytanie powinno chyba brzmieć: „czy mieszkamy na plastikowej planecie”?

Prof. RICHARD THOMPSON: Większość planety nie składa się z plastiku, ale jego ilość w środowisku naturalnym zwiększyła się istotnie nawet za mojego życia. Kiedy się urodziłem, produkowaliśmy rocznie na całym świecie około 5 milionów ton plastikowych przedmiotów. Dziś to 400 milionów ton, a problemem jest fakt, że około 40 proc. z nich to przedmioty jednorazowego użytku, które dają w wielu przypadkach pewne korzyści, ale jedynie na krótki czas, po czym pozostają wokół nas przez setki czy tysiące lat. Problemem tak naprawdę był brak brania pod uwagę tego, w jaki sposób będą się akumulować w długim okresie przedmioty dające nam chwilową wygodę. To jest coś, co powinno się teraz zmienić.

Mam w swoich zbiorach artykuł z magazynu Time z lat 50-tych, który opisuje wszystkie korzyści, jakie plastik przyniesie przeciętnej rodzinie. Z dzisiejszej perspektywy to artykuł opowiadający historię naszego marnotrawstwa. Wtedy ilość odpadów, które na całym świecie powstawały wskutek powstania tego “społeczestwa jednorazówek” była niewielka. Wciąż spora, ale dawało się ją opanować. Niestety sukces, jaki odniosły jednorazowe przedmioty sprawił, że ilość odpadów które produkujemy wzrosła wykładniczo i osiągnęła poziomy, które moim zdaniem są już nie do podtrzymania przez naszą planetę.

W tym sensie rzeczywiście żyjemy na planecie, która została zalana plastikiem przez bezmyślność, szczególnie odnośnie tego, jak ma wyglądać koniec życia tych przedmiotów.

Lata 50. to też okres, który Grupa Robocza ds. Antropocenu proponowała jako początek ery, w której człowiek stał się dominującą siłą geologiczną na planecie. Jak ważne były tworzywa sztuczne w modyfikowaniu naszego środowiska?

Problem z odpowiedzią na to pytanie jest taki, że wyzwania związane z tworzywami sztucznymi występują na każdym etapie łańcucha dostaw, począwszy od wydobycia ropy naftowej i gazu ziemnego, które stanowią surowiec do produkcji plastiku, poprzez emisje związane z produkcją energii potrzebnej, by zamienić ten surowiec w przedmioty z tworzyw sztucznych i wreszcie chemikalia, które są dodawane do plastiku, aby nadać tworzywu sztucznemu konkretną funkcjonalność. Te domieszki często są testowane pod kątem bezpieczeństwa w zastosowaniu, do którego tworzywo sztuczne było pierwotnie przeznaczone, ale czasami tworzywa sztuczne trafiają w miejsce wyrwane z kontekstu. Znajdujemy na przykład w oceanie przedmioty zawierające domieszki zmniejszające ich palność, znajdujemy je w oceanie. Nie potrzebujesz środka zmniejszającego palność do niektórych zastosowań w oceanie, ale poza swoim oryginalnym kontekstem takie domieszki mogą wpływać na otoczenie.

Istnieją więc obawy związane z całym łańcuchem dostaw, począwszy od wydobycia surowca, poprzez etap projektowania i użytkowania. To nie są problemy zamierzone, ale powinniśmy być świadomi ich wszystkich, bo ostatecznym rezultatem są szkody dla środowiska pojawiające się na końcu życia produktu, czyli akumulacja bardzo trwałych odpadów docierających nawet do najgłębszych części oceanu, których nigdy nie odwiedzili ludzie, na szczyty najwyższych gór czy przenikających do polarnego lodu. Te odpady są wszędzie.

Praca, którą wykonałem ja i inni badacze wykazała, że są one szkodliwe dla szerokiego zakresu organizmów morskich, powodując rozmaite szkody, w tym potencjalne zmniejszenie ich wydajności reprodukcyjnej i potencjału dla wydawania na świat następnych pokoleń. Są to również szkody gospodarcze, ponieważ wydajemy ogromne kwoty pieniędzy na sprzątanie miejsc ważnych gospodarczo, takich jak porty, porty i plaże turystyczne. Każdego roku nawet tak stosunkowo mały kraj, jak Wielka Brytania, wydaje miliony tylko po to, aby te miejsca mogły w ogóle funkcjonować. Wolałbym, żebyśmy w ogóle nie narobili bałaganu i wydali te pieniądze na szpitale, szkoły, czy inne rzeczy, których potrzebujemy znacznie pilniej, niż na sprzątanie bałaganu, którego można było całkowicie uniknąć.

Do tego wszystkiego dochodzi wymiar ludzki. Mamy z jednej strony wpływ wykorzystywanych przy produkcji tworzyw sztucznych chemikaliów na zdrowie człowieka, ale przeprowadziliśmy też we współpracy z psychologami badania które pokazują, że nawet niewielkie ilości śmieci na plażach obniżają to, co psychologowie nazwaliby wartością regeneracyjną natury. Odwiedzając naturalne środowisko, jadąc nad morze, poprawiamy zazwyczaj swoje samopoczucie, ale nawet niewielka ilość śmieci znacznie zmniejsza tę korzyść.

Próbowałam sporządzić listę wszystkich miejsc, w których znaleźliśmy już plastikowe śmieci. I szczerze mówiąc, myślę, że łatwiej jest wymienić miejsca, których nie zaśmieciliśmy. Nie wiem, czy są jakieś plastikowe śmieci na Księżycu.

Napisaliśmy pracę na temat zaśmiecania przestrzeni okołoziemskiej i stwierdziliśmy w niej, że powinniśmy uczyć się na błędach. Wyciągać wnioski z lekcji płynących ze środowiska morskiego. Przez wiele stuleci traktowaliśmy oceany jako miejsce do składowania naszych odpadów, bo przecież nie widzieliśmy tego, co znajduje się pod wodą. Czasami robiliśmy to umyślnie, a czasem po prostu nie przejmowaliśmy się za bardzo spływaniem do oceanu plastikowych śmieci, bo jak mówi angielskie przysłowie, co znika z oczu, to znika z umysłu. Teraz te wszystkie śmieci są wyrzucane z powrotem na nasze plaże i widzimy, jakie szkody wyrządziliśmy naszej przyrodzie, ale powtarzamy te błędy w kosmosie z odpadami satelitarnymi. To coś, nad czym powinniśmy poważnie się zastanowić, bo w przeciwnym razie zanieczyścimy kolejna część naszego środowiska.

Znaleźliśmy plastik w Rowie Mariańskim, Arktyce, na Mount Everest, znaleźliśmy mikroplastik w naszej własnej krwi. Czy nie ma ucieczki?

Ucieczki od czego? Te materiały są wszechobecne, jeśli zdamy sobie sprawę, że mówimy o nanocząsteczkach plastiku. Słowo “ucieczka” sprawia, że wracam do niektórych dyskusji które odbyłem o potencjalnym zakazie produkcji plastiku, jego całkowitym wyeliminowaniu z naszego życia. To nie jest odpowiedź. Jest jasne, że tworzywa sztuczne przynoszą wiele korzyści społecznych. Musimy tylko korzystać z nich bardziej odpowiedzialnie. Istnieje wiele analogii z energią jądrową. Można ją wykorzystać w dobrym, albo złym celu. Broń też można wykorzystywać do obrony, albo ataku.

Rzecz w tym, że plastik traktujemy dziś tak samo, jak w latach 50-tych XX wieku, kiedy jego ilości były znacznie mniejsze, a kultura jednorazówek była jeszcze do opanowania. Dziś już nie jest. Musimy zmienić model biznesowy polegający na wydobyciu ropy i gazu i przekształcania ich w bardzo trwałe odpady. Powinniśmy to byli zrobić klilkadziesiąt lat temu, kiedy problem był już całkowicie jasny. Nie podjęliśmy jednak żadnych działań. Mamy jeszcze czas na działanie, ale musimy działać natychmiast.

Mieliśmy w ciągu ostatnich miesięcy badania dotyczące wpływu mikroplastiku na zdrowie, pokazujące na przykład, że przenika on do mózgów myszy. Jak bardzo powinniśmy się tym martwić?

Jedno z moich pierwszych wystąpień dotyczących mikroplastiku zatytułowałem właśnie “Jak bardzo powinniśmy się martwić”. I teraz, 20 lat później, po 20 latach kolejnych badań mogę odpowiedzieć na to pytanie tak: mamy wystarczające dowody, aby być wystarczająco zaniepokojonymi, żeby zmienić nasze postępowanie. I na tym skończę. Możemy zajmować się detalami, wymieniać się informacjami o tym, jak bardzo czy jak mało szkodliwe mogą być  te odpady, czy mogą być następnym azbestem i tak dalej. Możemy wciąż zadawać te pytania, ale wiemy już dobrze, że bez względu na odpowiedzi, musimy rozwiązać problem. Wszyscy uznaliśmy już, że to jest problem, więc czas go naprawić. 

Zatem to problem bardziej mentalny, niż technologiczny.

To jest problem technologiczny. Dotyczy projektowania, wykorzystywania i pozbywania się plastiku w sposób o wiele bardziej odpowiedzialny niż dotąd.

Ale to też kwestia naszego przyzwyczajenia do jednorazowych przedmiotów. Zmiany priorytetów ludzi.

Na ironię zakrawa fakt, że rozwiązania znamy od lat 70. Mówiono o nich już podczas pierwszego a ironię, znamy je od lat 70. są dokładnie tym, o czym mówiono podczas pierwszego Światowego Dnia Środowiska w 1970 roku. To redukcja, ponowne wykorzystywanie i recykling. Dodaliśmy jeszcze kilka elementów, takich jak przeprojektowanie, potrzebnych dla osiągnięcia celów w zakresie redukcji, ponownego wykorzystania i recyklingu. Ale to wciąż te same hasła.

Produkujemy przedmioty z tworzyw sztucznych, których prawdopodobnie w ogóle nie potrzebujemy. Czy za każdym razem, kiedy kupujemy napój dla dzieci, potrzebujemy plastikowej słomki do picia? Czy za każdym razem idąc na zakupy musimy kupować plastikową torbę zamiast zabierać ze sobą wielorazową? Czy potrzebowaliśmy dodawać do naszych kosmetyków milionów drobin plastiku? Oczywiście, że nie. 

To wszystko rzeczy, które zdecydowanie powinniśmy wyeliminować i to szybko. Ale wyobraźmy sobie że teraz, jako decydenci postanawiamy - zakazujemy tego wszystkiego. Szybko dotrzemy do punktu w którym zdamy sobie sprawę, że wiele sposobów wykorzystywania plastiku przynosi korzyści. W tych zastosowaniach musimy być jednak pewni, że zaprojektowaliśmy te przedmioty tak, by zachować płynące z nich korzyści redukując jednocześnie szkody dziś przez nie powodowane. To może obejmować pewne przedmioty jednorazowego użytku. Pomyślmy na przykład o opakowaniach produktów mięsnych czy ryb. Ponowne wykorzystanie takich opakowań i ich recykling mogą być trudne, być może więc powinniśmy projektować je tak, by ich koniec życia był kompatybilny z nadającymi się do kompostowania odpadami żywnościowymi. Tak, by opakowanie rozkładało się równie łatwo, jak znajdujące się w nim mięso, ryby czy kości. Nie potrzebujemy w tych zastosowaniach plastiku, który przetrwa stulecia.

Są też inne zastosowania - jeśli mówimy o częściach samochodowych czy lotniczych, musimy polegać na ich wytrzymałości, tak, by nie zawiodły na przykład w połowie lotu długodystansowego. Musimy więc zastanowić się, jak długo dane urządzenie ma wykonywać swoją pracę, i jak możemy je zutylizować, gdy przestanie nadawać się do wykorzystywania. Oczywiście ilość plastiku wykorzystywana do produkcji samolotów jest o wiele mniejsza, niż ta, którą wykorzystujemy do produkcji jednorazowych opakowań. Ale wartość, którą on przynosi jest o wiele większa. Możesz więc zainwestować więcej w demontaż takiego samolotu i upewnienie się, że wszystkie elementy trafiły w odpowiednie miejsce. Widzimy, że ten proces w pewnym stopniu zaczął się w przemyśle samochodowym, gdzie demontujemy samochody i próbujemy je poddać recyklingowi.

Wyzwaniem jest rozmowa z projektantami produktów. Większości z nich nigdy nie proszono o to, by brali pod uwagę końca życia produktu, który mają stworzyć. Zleca się im projektowanie produktów, które są funkcjonalne i atrakcyjne, żeby klienci chcieli je kupować, ale nikt nie każe im zastanowić się nad tym, jak zutylizować produkt, kiedy przestaje on być użyteczny. Musimy to brać pod uwagę, bo inaczej stale będziemy powtarzać te same błędy.

Chcę podkreślić, że ten koniec życia przedmiotu będzie wyglądać zupełnie inaczej w zależności od sposobu użycia plastiku. Czy mówimy o opakowaniu do mięsa czy części do samochodu albo samolotu? Porażką jest fakt, że w ogóle o tym nie myślimy. To właśnie dlatego w zasadzie nieuniknionym jest to, że trwałe, plastikowe odpady będą gromadziły się w środowisku.

Wspomnieliśmy o szkodach zdrowotnych, środowiskowych, gospodarczych a nawet psychicznych, jakie wiążą się z naszym uzależnieniem od plastiku. Czy te szkody przewyższają korzyści?

To naprawdę dobre pytanie. Powiedziałbym, że obecnie, biorąc pod uwagę obecny poziom produkcji tak, prawdopodobnie szkody przewyższają korzyści, ale to nie znaczy, że tak musi być zawsze. Obecnie produkujemy 400 milionów ton plastikowych przedmiotów rocznie i w wypadku praktycznie wszystkich z nich nikt nie pomyślał o tym, co stanie się gdy przestaną one być użyteczne. Gdybyśmy nauczyli się brać pod uwagę koniec życia produktów uważam, że moglibyśmy zachować wiele korzyści płynących z plastiku nie wyrządzając nawet w przybliżeniu podobnych szkód. Fakt, że o tym nie myślimy jest porażką.

Byłem na przykład na spotkaniu z producentami plastikowych opakowań i przedstawicielami dużych sieci supermarketów. Brytyjska organizacja pozarządowa WRAP, która zajmuje się odpadami i zarządzaniem zasobami, przedstawiła na tym spotkaniu raport, który zawierał listę zawierającą 8 czy 10 najbardizej problematycznych plastikowych przedmiotów, które powinniśmy zmienić ze względu na problemy z ich utylizacją. Pamiętam, że część z uczestników siedzących z tyłu sali była bardzo rozgniewana. Mówili, że ich branże są prześladowane, a społeczeństwo odwraca się od plastiku. Wstałem i powiedziałem - poczekajcie, ilu z was przyszło tutaj zupełne nieświadomych, że przedmioty znajdujące się na liście stanowią problem? Czy to dla kogokolwiek zaskoczeniem? Było tam może 100 osób, ale nikt nie podniósł ręki. Oczywiście wiedzieliśmy, że te przedmioty stanowią problem. Właśnie o to mi chodzi. Przemysł musi ponosić odpowiedzialność za projektowanie produktów w bardziej zrównoważony sposób.

Z tego bierze się moja frustracja. Chowaliśmy głowy w piasek. Czy w ogóle potrzebowaliśmy na przykład mikrogranulek w kosmetykach? Czy musimy szorować nasze ciała milionami małych kawałków plastiku? Twierdzę, że nie. Prace mojego laboratorium doprowadziły do tego, że w Wielkiej Brytanii i niektórych innych krajach zakazano ich stosowania. To prawdziwy tryumf mojej młodej doktorantki, która zebrała dowody i opublikowała na ich podstawie badanie. Ale to jednocześnie dla mnie powód dla ogromnej frustracji, ponieważ istnieje wiele globalnych wyzwań, które bardziej zasługują na uwagę bystrych młodych umysłów niż próby liczenia kawałków plastiku i zwracania uwagi na coś, co branża już dawno wiedziała. Patent na wykorzystanie małych kawałków plastiku w kosmetykach, został złożony 50 lat przed tym, jak moja doktorantka Imogen je policzyła dowody Parlamentowi. Musimy zadać pytanie, czy nikt w tych wszystkich branżach nigdy nie zastanawiał się, dokąd trafiają te wszystkie małe kawałki plastiku? Gdyby zadali to pytanie i kilkadziesiąt lat temu skontaktowali się z naukowcami zajmującymi się ochroną środowiska, mogliśmy pomóc im odpowiedzieć na to pytanie w odpowiedzialny sposób i moglibyśmy zapobiec niepotrzebnemu przedostawaniu się setek tysięcy ton plastiku do środowiska. Nie możemy dalej działac w oparciu o obecne modele biznesowe które polegają na tym, że wiemy, że możemy wyrządzać krzywdę, ale liczymy na to, że nikt się nie dowie, bo być może będziemy musieli zmienić swoje postępowanie. Odpowiedzialność za środowisko powinna istnieć już od deski kreślarskiej. W przeciwnym razie czeka nas bardzo smutna przyszłość.

Czy jako naukowiec nie odczuwa pan lekkiego deja vu? To wszystko, o czym mówimy to kwestie, o których rozmawiano już w przypadku azbestu, tytoniu, warstwy ozonowej czy zmian klimatycznych. Wszystkie te problemy z perspektywy były oczywiste.

Kluczowe pytanie brzmi tak: kiedy mamy dostatecznie dużo dowodów, żeby podjąć działania? To bardziej kwestia filozoficzna, niż naukowa, bo w nauce zawsze będą istniały niewiadome. Wiemy, że co najmniej 180 krajów podpisało się już pod traktatem o zakazie zanieczyszczenia tworzywami sztucznymi, który stwierdza, że musimy zmienić nasze postępowanie, więc jest całkiem jasne, że faktycznie istnieje globalny konsensus co do tego, że mamy problem. Czy moglibyśmy osiągnąć ten konsensus nieco wcześniej? Myślę, że prawdopodobnie moglibyśmy to zrobić. Ale to osobista ocena.

Cofając się o jakieś 15 lat, pamiętam, że siedziałem w pokoju z decydentami z Unii Europejskiej. To był miły okres w historii Wielkiej Brytanii, kiedy byliśmy częścią Unii. Naukowcy z państw członkowskich rozmawiali  tam z decydentami z państw członkowskich. Mówiłem o mikroplastiku i potencjalnych problemów. Jedna z decydentów, nie nie ma znaczenia, z jakiego kraju, zadawała pytania dotyczące zdrowia ludzkiego. Ostatecznie stwierdziła: dopóki wy, naukowcy, w zasadzie, no wiecie, nie ruszycie się, no wiecie, wstaniecie z krzeseł i nie pokażecie mi, że to jest szkodliwe dla ludzi, nie zamierzam podejmować żadnych działań w moim kraju. Pomyślałem, że to interesujący punkt widzenia. Krzywda następuje dopiero wtedy, kiedy jest wyrządzona człowiekowi.

Ja to widzę inaczej. Pracowaliśmy później nad raportami dla UE dotyczącymi szkód środowiskowych i tego, jak należy je zdefiniować. Na jednym końcu spektrum możemy powiedzieć, że jeśli plastik szkodzi jednemu morskiemu ssakowi, to jest szkodliwy. Zapewne to nie jest jeszcze poziom szkody, który motywowałby do działań politycznych. Ale gdzie znajduje się ten poziom? Kiedy uznajemy, że mamy dostatecznie dużo dowodów? Niektórzy proszą o to, żebyśmy dostarczyli jeszcze więcej dowodów na temat wpływu plastiku na ludzkie zdrowie. Oczywiście rozumiem to podejście. Sam chciałbym wiedzieć więcej, chciałbym wiedzieć, czy to okaże się nowym azbestem. Ale nie chcę wydawać miliardów funtów na próby odnalezienia odpowiedzi na te pytania, bo kiedy je znajdziemy, wciąż będziemy musieli rozwiązać problem. Ja twierdzę, że mamy już wystarczająco dużo dowodów wskazujących na to, że musimy działać. Powinniśmy zainwestować te miliardy nie w badania odpowiadające na kolejne pytania odnośnie ludzkiego zdrowia, ale w rozwiązania, bo na całym świecie brakuje nam pieniędzy na rozwiązywanie problemów środowiskowych.

Twoje pytanie rozumiem tak: kiedy osiągniemy ten punkt w zbieraniu danych, w którym dalsze zbieranie dowodów staje się niemal kontrproduktywne, bo pieniądze powinniśmy wydawać na rozwiązania, które też będą wymagały pracy naukowej. I to mnie frustruje, bo od lat mówimy, że powinniśmy już inwestować nie w badania podstawowe, a w badania potencjalnych rozwiązań i ich wdrażanie. W tej chwili, 

dzięki konsensusowi 180 krajów podpisało Traktat o zanieczyszczeniu, ale czy wiemy, w jakim kierunku należy podążać? Wiemy, że chodzi o ograniczanie, ponowne wykorzystanie i recykling, ale wiemy o tym od 50 lat. Jakie rzeczy powinniśmy projektować pod kątem recyklingu? Jak je zaprojektować, aby można je było efektywnie poddać recyklingowi na szeroką skalę? Jakie formaty ponownego wykorzystania będą wartościowe? Jakich przedmiotów z tworzyw sztucznych w ogóle nie potrzebowaliśmy, jakie moglibyśmy produkować z bezpieczniejszych materiałów zastępczych? Wciąż nie rozumiemy wielu detali. Mimo to bez przerwy słyszę, jak decydenci wstają wygłaszają wspaniałe przemówienia o tym, że wiemy, co robić, tylko po prostu musimy się zabrać do roboty. Tak, wiemy że chodzi o ograniczenie, recykling i ponowne użycie, ale jeśli nie zbadamy problemu, będziemy popełniać błędy.

Jeśli zatem możemy się czegoś nauczyć z wyzwania, jakim jest zanieczyszczenie tworzywami sztucznymi, to to, jak osiągnąć konsensus. Dla mnie interesujące, niecałkiem naukowe pytanie o to, kiedy mamy wystarczające dowody, aby przejść od definicji problemu do zdefiniowania i oceny rozwiązań. Martwię się, że w miarę wzrostu populacji ludzkiej, wyzwania środowiskowe, z których jeszcze nie zdaliśmy sobie sprawy, a które zaczną pojawiać się na horyzoncie, będą atakować nas o skalę wielkości szybciej, niż wyzwania związane z azbestem, tytoniem czy tworzywami sztucznymi.  Będziemy musieli nauczyć się, jak działać szybciej i jak wydawać budżety na naukę do czasu, kiedy osiągniemy zgodę co do tego że faktycznie mamy problem i powinniśmy zacząć działać.

W przypadku tworzyw sztucznych już się spóźniliśmy. Powinniśmy byli zacząć działać 20 lat temu, kiedy problem był już jasny.

Tylko to chyba nie zawsze tylko kwestia zbierania dowodów. W wielu z tych kwestii o których rozmawialiśmy, działały potężne, bogate  lobby, które aktywnie przeciwdziałały robieniu czegokolwiek w celu rozwiązania problemu.

Tak będzie zawsze, gdy w grę będą wchodziły interesy komercyjne. Dzieje się tak, bo jeśli spojrzymy na jakąkolwiek firmę, to jest ona konserwatywna przez małe k. Nie chce robić niczego co mogłoby nie spodobać się konsumentowi. Rozumiem to. W związku z tym częścią rozwiązania musi być praca z przemysłem tak, by szybciej identyfikować problemy, ale też szybciej identyfikować rozwiązania, które pozwoliłyby im nadal czerpać w odpowiedzialny sposób zyski. Może niektóre produkty mogą stać się odrobinę droższe. Może niektóre musimy nieco inaczej wytwarzać. Ale to nie jest tak, jak w kwestii tytoniu, kiedy wiedzieliśmy, że musimy przestać palić. Nie musimy przestać korzystać z całego plastiku, musimy tylko nauczyć się modelu biznesowego innego od masowej produkcji z lat 50-tych. Musimy jednak nauczyć się współpracy z przemysłem.

Rozmawiałem kiedyś z projektantami zajmującymi się tekstyliami o tym, co ustaliliśmy na Uniwersytecie Plymouth, odnośnie gubienia mikrowłókien podczas prania. Ustaliliśmy, ze spośród dwóch różnych ubiorów, które wyglądają bardzo podobnie, na przykład dwa swetry, jeden może uwalniać o 70 proc. więcej mikrowłókien podczas każdego prania, chociaż oba spełniają dokładnie tę samą funkcję i dokładnie tak samo nas grzeją. Możemy więc nauczyć się produkować ubrania tak, by ograniczyć powodowane przez nie zanieczyszczenia. Producenci odpowiadają obawami o to, że klientom nie będzie podobać się nowa tkanina. Ale nie wiemy, jak klienci by na nią zareagowali, bo nie przeprowadzono w tej kwestii badań. Może możemy stworzyć tkaniny, które będą w dotyku identyczne. Musimy jednak pracować wspólnie nad rozwiązaniami tak, żeby gospodarcze wyzwania które przed nami stoją nie wydawały się nam górą nie do pokonania.

Przedsiębiorcy mówią mi też o swoich obawach, że kiedy odpowiedzialne firmy będą działać na rzecz ograniczenia zanieczyszczeń, mogą być podgryzane przez mniej skrupulatnych konkurentów. Tu w grę wchodzą rozwiąnia polityczne i prawne, które mogą stworzyć równe warunki działania.

Wspomniał pan o ubraniach. Zastanawiam się, czy częścią problemu z podejmowaniem działań nie jest to, że tworzywa sztuczne stały się tak wszechobecne, że ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, że są wokół nas. Na przykład, ilu ludzi myśli, że ich sweter jest zrobiony z tego samego materiału, z którego zrobiona jest plastikowa butelka?

Prawdopodobnie bardzo niewielu. Myślę jednak, że to całkiem niezły atut na przyszłość. Nie chcę, żeby konsumenci musieli zadręczać się tym, z czego wykonane jest opakowanie i czy mogą je poddać recyklingowi. Obowiązek dołożenia wszelkich starań, klienci otrzymywali produkty kompatybilne z lokalnymi przepisami dotyczącymi ochrony środowiska powinien leżeć po stronie supermarketów, właścicieli marek i producentów. Jeśli konsument powinien się czymś martwić to jest to bardziej ślad węglowy produktu - powinien wiedzieć, że jeśli kupuje truskawki zimą, to zapewne przeleciały one pół świata. Ale nie powinien potrzebować informacji na temat opakowania, bo powinien mieć pewność, że tę część pracy domowej odrobiły supermarkety i marki.

Mówię to jednym them, ale osiągnięcie tego celu nie będzie łatwe. Dla mnie supermarket przyszłości powinien jednak być miejscem, w którym jako klienci zrezygnowaliśmy z wielu trudnych wyborów środowiskowych, w przypadku których już dawno znamy właściwą odpowiedź. Musimy po prostu stworzyć środowisko gospodarcze i instrumenty polityczne, aby zacząć postępować właściwie. Inaczej zabraknie nam planety. To aż takie proste.

Zbliżamy się do 20. rocznicy pańskiego artykułu, w którym wprowadził Pan termin mikroplastik. Czy mógłby pan opowiedzieć o tym, jak wyglądało to odkrycie?

To była przypadkowa obserwacja. Szkoliłem się na biologa morskiego. Robiłem doktorat. W jego ramach robiłem eksperymenty na brzegu morza. Współpracując z Towarzystwem Ochrony Środowiska Morskiego w Wielkiej Brytanii, zorganizowałem grupy uczniów, którzy w ramach wolontariatu sprzątali plaże. Mieli też arkusze danych, w których zapisywali znajdowane na plażach odpadki.

Zacząłem umieszczać te dane w narzędziu, które właśnie zaczynało być wtedy stosowane w nauce. Nazywało się Excel. Chciałem sprawdzić, skąd pochodzą różne odpadki, czym są, z jakich materiałów są zbudowane. Coś mnie wtedy uderzyło. Nikt nie rejestrował najmniejszych, naprawdę małych fragmentów, nikt ich nie liczył, choć było ich najwięcej, a my dosłownie po nich chodziliśmy, zdobywając większe przedmioty, bo te dla dzieci w wieku szkolnym były szczególnie atrakcyjne.

Rzuciłem więc uczniom pewnego dnia wyzwanie. Powiedziałem: „Idźcie i znajdźcie dla mnie najmniejsze kawałki plastiku na plaży”. Wrócili z próbkami piasku. Oglądaliśmy je pod mikroskopem i znaleźliśmy w nich elementy, które nie wyglądały jak ziarna piasku, kawałki mniejsze niż same ziarna piasku. Jakiś czas zajęło nam potwierdzenie, że rzeczywiście były one zrobione z plastiku. Tak to się zaczęło.

Czego dowiedzieliśmy się o problemie w międzyczasie? Jak poprawiła się nasza wiedza na ten temat?

O mikroplastiku wiemy oczywiście dużo więcej. Pierwsze zawierające ten termin badanie opublikowałem w czasopiśmie Science w 2004 r. W tamtym roku był to jedyny artykuł, który zawierał to słowo. W kolejnym roku pojawił się drugi, także autorstwa mojej grupy. Potem jeszcze kilka. Dziś mamy już ponad 4 czy 5 tysięcy artykułów naukowych na ten temat opublikowanych na całym świecie.

Z pewnością dowiedzieliśmy się wiele o ich rozmieszczeniu - tak jak mówiliśmy, odkryto je od Everestu po najgłębsze partie oceanów. Dowiedzieliśmy się wywoływanych przez nie szkodach, dowiedzieliśmy się, że naprawdę małe drobiny trafiają do krwioobiegu, wiemy znacznie więcej o źródłach mikroplastiku takich jak odzież, kosmetyki, opony czy fragmentacja większych elementów.

Często jednak uważamy, że mikroplastik jest czymś osobnym. Do pewnego stopnia jest i szkodzi na inne sposoby. Ale w rzeczywistości jest jedynie częścią kontinuum rozmiaru śmieci od wielkich fragmentów które czasami są tak duże, że widzimy je z satelitów, po cząstki o rozmiarach poniżej jednego mikrona, czy nawet mniejszych, nie dających się wykryć. To wszystko części kontinuum, a największym źródłem mikroplastiku pozostaje fragmentacja większych przedmiotów. Oczywiście mamy pewne bezpośrednie źródła mikroplastiku, takie jak odzież, opony czy kosmetyki, ale źródło większości drobin można ograniczyć, walcząc z większymi odpadami. A tutaj znowu wracamy do problemu projektowania. Mówiliśmy o lepszym projektowaniu ubrań, prawdopodobnie moglibyśmy też opracować lepsze mieszanki opon które ograniczyłyby ilość gubionych przez nie cząstek plastiku. W obu przypadkach taka zmiana ma sens nie tylko z punktu widzenia środowiska, ale też naszych zasobów, bo takie ubrania i opony wytrzymywałyby dłużej.

W różnych miejscach podejście do plastiku bywa jednak bardzo różne. W przypadku Afryki, Tanzania bardzo rygorystycznie podchodzi do plastikowych smieci, z kolei w Etiopii sa one wszędzie. Zachód stworzył ten problem, ale konsumpcja i produkcja plastiku przenosi się w coraz większym stopniu do krajów rozwijających się. A w niektórych z nich  jednorazowe przedmioty, są postrzegane jako coś w rodzaju symbolu nowoczesności.

Rozwiązanie zależy w pewnym stopniu od kontekstu i w różnych krajach odpowiedź może być nieco inna, choć nie oznacza to, że będzie zupełnie inna w każdym przypadku. Mamy 180 krajów, które podpisały się pod traktatem ONZ o zanieczyszczeniach plastikowych i chciałbym, żeby Organizacja Narodów Zjednoczonych pomogła w koordynowaniu prac naukowców, które są niezbędne dla ustalania wytycznych dla konkretnych krajów.

W tej chwili istnieje założenie, że zidentyfikujemy problem, a każdy kraj zrobi z nim coś we własnym zakresie. Tyle, że nie rozwiążemy problemu, jeśli 180 krajów będzie robić to osobno. Wiele rozwiązań musi być międzynarodowych, na przykład te dotyczące produkcji tekstylnej, bo cały świat powiązany jest siecią eksportu i importu. Niektóre rozwiązania będą globalne, inne będą specyficzne dla konkretnych krajów. Ale ONZ jest ważny, bo pozwala osiągnąć więcej, niż tych 180 krajów osiągnęłoby z osobna. Potrzebujemy też naukowych podstaw dla działania. Kiedy udaję się na konferencje, czasami rozmawiam z delegacjami z dużych krajów, które mają kilku naukowców prowadzących dyskusje o problemie, a czasem rozmawiam z przedstawicielem rozwijającego się, wyspiarskiego narodu, który jest tam całkiem sam, a na co dzień zamuje się na przykład sztuką czy kulturą, ale był jedyną osobą, którą na tą konferencję można było wysłać. W tej chwili więc wiele państw nie ma możliwości działania na równych warunkach. Ważne jest więc, by ONZ zapewniał takim państwom niezależne doradztwo naukowe. Inaczej zapanuje chaos. Niestety, na razie tego nie widzimy. Ryzykujemy podejmowaniem błędnych decyzji/

Dziś narody rozwinięte odwróciły się w pewnym stopniu od środowiska i od oceanów. Wszyscy musimy się czegoś nauczyć i wszyscy mamy coś, czym możemy się podzielić. Znaczna część produkcji i konsumpcji tworzyw sztucznych nadal prowadzona jest w krajach rozwiniętych, dysponują one jednak także o wiele bardziej zaawansowaną infrastrukturą zarządzania odpadami. Mogą wspomagać kraje rozwijające się w tworzeniu infrastruktury, która mogłaby skutecznie ograniczać problem. Ale to działa także w drugą stronę. Możemy nauczyć się wielu rozwiązań dziś stosowanych przez rdzenną ludność, które pozwoliłyby nam lepiej zarządzać naszym środowiskiem. Musimy uczyć się od siebie nawzajem.

Mam taki przykład. Byłem w Japonii. W supermarkecie zauważyłem, że wszystkie plastikowe butelki na napoje są tam bezbarwne. To natychmiast zwiększa ich wartość w recyklingu. Stosowany do produkcji butelek PET to jeden z polimerów najłatwiejszych w recyklingu. Jakiś projektant zdecydował więc, że weźmiemy łatwy w recyklingu materiał i zanieczyścimy go barwnikiem. Jeśli butelka lemoniady jest zabarwiona ze względów marketingowych na zielono, to ten barwnik nie sprawia, że nie nadaje się ona do recyklingu, ale sprawia, że recykling staje się mniej opłacalny.

Powinniśmy skopiować ten japoński pomysł w USA i Europie, ale z drugiej strony w tym samym sklepie sprzedaje się w indywidualnych, plastikowych opakowaniach banany, które natura sama opakowała już całkiem dobrze. Musimy więc uczyć się od siebie nawzajem, a odpowiedzialnością krajów zaawansowanych jest to, by eksportować dobre praktyki.

Czy jest pan optymistą? Patrząc na to, co dzieje się wokół zmian klimatu i porozumienia paryskiego, wygląda to czasem jakbyśmy utknęli we frustrującym, powolnym procesie, który czasami wydaje się nie posuwać naprzód. Czego możemy się nauczyć, by w przypadku plastiku proces przebiegał sprawniej?

To dobre pytanie, ale trudno znać na nie odpowiedź. Myślę, że potrzebujemy dialogu i transferu pomysłów. W tej chwili nie mamy nawet grup naukowych pod egidą ONZ które mogłyby kierować wdrażaniem traktatu o plastiku, nie mówiąc o dialogu między grupami naukowców pracujących przy różnych traktatach, co moim zdaniem byłoby bardzo ważne. Sądzę więc, że mamy tutaj pracę domową do odrobienia.

Istnieją jednak także fundamentalne różnice między tymi problemami. W przypadku plastiku, nie chodzi o wyeliminowanie go z naszego życia. To nie to samo, co wyłączanie świateł i ograniczanie podróży lotniczych. Chodzi o bardziej odpowiedzialne wykorzystywanie tworzyw sztucznych, więc to nieco inne i może nieco łatwiejsze wyzwanie bo nie oznacza rezygnacji z czegokolwiek.

Jaki jest najgorszy możliwy scenariusz na przyszłość?

Robimy to, co do tej pory. Niepotrzebnie zanieczyszczamy coraz większą część planety przedmiotami z tworzyw sztucznych wycofanymi z eksploatacji, co będzie miało konsekwencje dla różnorodności biologicznej, dla gatunków, dla rybołówstwa, dla zdrowia i dobrego samopoczucia ludzi. Wszystkie szkody, o których już wiemy, będą się nasilać.

Powiedzmy, że nic nie zrobimy. Jak będzie wyglądał świat za 20–50 lat?

Bardzo trudno to sobie wyobrazić, ale przychodzi mi to do głowy jedna plaża, którą odwiedziłem. Nie ma znaczenia, w jakim kraju to było.

Czułem się, jakbym trafił na miejsce okropnej zbrodni. Nie widziałem nawet odrobiny naruralnej plaży. Wszystko, co widziałem i po czym chodziłem, było plastikowe. Gdy próbowałem przekopać się w głąb, widziałem tylko jeszcze więcej plastiku. Rybacy zbudowali nad tym plastikiem ścieżkę, aby dostawać się na swoje łodzie i łowić ryby.

Profesor Jan Zalasiewicz, były kierownik z Grupy Roboczej ds. Antropocenu powiedział mi, że jest przekonany, że chemiczne ślady plastiku będą nadal widoczne dla geologów za milion lat. Czy zatem plastik będzie najtrwalszym dziedzictwem naszej cywilizacji?

To naprawdę dobre pytanie. Co to jest trwałe dziedzictwo? Mogę dziś odwiedzać pomniki zbudowane przez ludzi czasów prehistorycznych. To bardzo pozytywne dziedzictwo. Mogę też znaleźć artefakty z epoki brązu i epoki żelaza.  Obecnie żyjemy w epoce plastiku, i taki był tytuł jednego z moich artykułów z 2009 roku. Jeśli zadajesz mi pytanie, jak będą nas oceniać przyszłe pokolenia za tysiące lat, powiedziałbym, że na tę chwilę nie ocenią nas zbyt dobrze. Z pewnością będą w stanie wykryć ślady, które po sobie zostawimy. Ale ostatecznie to, jak nas osądzą zależy od tego, czy naprawimy błędy w naszym postępowaniu.


 

 

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.

Słuchaj naszych podcastów:

Jeśli lubisz nasze podcasty, wspieraj nas na Patronite »

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”