Kto zarobił na boomie edukacyjnym, który pchnął miliony Polaków na uczelnie?

Miasta i uczelnie, dla których masowe studiowanie oznaczało eldorado, za chwilę będą miały problem. Złota era się kończy. Co zostało?
Czyta się kilka minut
Warszawa, na rondzie Ignacego Daszyńskiego, październik 2018 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum
Warszawa, na rondzie Ignacego Daszyńskiego, październik 2018 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum

Coraz mocniej do debaty publicznej przebija się teza o „złotym wieku” polskiej gospodarki. Nawet jeśli wielu z nas nie przeczytało książki prof. Marcina Piątkowskiego o tym, „jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość”, intuicyjnie czujemy, że nadszedł nasz historyczny moment. Dyskusje wokół CPK pokazują, że niemała część społeczeństwa ma rosnącą świadomość dziejowej szansy na szybki rozwój, a co za tym idzie – także rosnące aspiracje.

Jak zmieniły się dochody w Polsce

Społeczne intuicje są potwierdzane za sprawą obserwacji dokonywanych przez naszych rodaków w trakcie powszechnych już zagranicznych wyjazdów wakacyjnych. Choć wciąż mamy u nas przestrzenie biedy, co do zasady zaczynamy dostrzegać, że Polska staje się państwem coraz bardziej zamożnym i w porównaniu do wielu innych europejskich krajów – jest fajnym miejscem do życia. Zresztą, co jakiś czas przez media zarówno tradycyjne, jak i społecznościowe przewijają się sygnały, że Grecy, Hiszpanie, Włosi, a nawet Anglicy rozważają przeprowadzkę nad Wisłę. W polskich mediach prawdziwą furorę zrobił materiał wyemitowany przez BBC, zgodnie z którym pod względem dochodów „wyprzedzimy” przeciętnego Brytyjczyka już w 2030 r.

Co warte podkreślenia, te intuicje znajdują potwierdzenie w danych. Od czasów światowego kryzysu finansowego lat 2007-2008 realne dochody w Polsce wzrosły o niemal 50 proc. W tym samym czasie państwa Południa Europy doświadczyły stagnacji, a Grecja wręcz spadku realnych wynagrodzeń o ponad 30 proc. Dziś przeciętny Polak zarabia więcej od Greka oraz Portugalczyka i powoli, ale systematycznie, dogania Hiszpana i Włocha.

Nawet w naszym regionie sytuacja zmienia się diametralnie na naszą korzyść. W momencie wejścia do UE polskie PKB per capita mierzone siłą nabywczą dobijało do 50 proc. ówczesnej unijnej średniej. W tym czasie Czechy były – według danych Eurostatu – na poziomie 72 proc. Jednak najnowsze dane pokazują, że w 2023 r. zarówno płaca minimalna, jak i mediana dochodu rozporządzalnego w Polsce okazały się już wyższe niż u naszych południowych sąsiadów. A jeszcze u progu transformacji PKB Czech było około dwukrotnie wyższe od polskiego. Czyż nie jest to dowód ogromnej success story?

Bogaci, ale wciąż biedni

Cała retoryka „doganiania” Europy nie jest specjalnie sensownym sposobem dyskutowania o rozwoju, ale nie ulega wątpliwości, że zarabiamy zdecydowanie lepiej niż kilkanaście lat temu. Kiedy jednak przyjrzymy się poziomowi bogactwa mierzonego posiadanym majątkiem, sytuacja nie wygląda już tak kolorowo. Wystarczy spojrzeć na porównania przygotowywane co roku w ramach tzw. Global Wealth Report przez bank UBS (a wcześniej Credit Suisse). Zobaczymy tam, że majątek przeciętnego Polaka to niecałe 100 tys. zł. Często kluczowym i de facto jedynym jego składnikiem jest mieszkanie (którego wartość dzieli się na wszystkich członków rodziny), na dodatek będące nierzadko w posiadaniu gospodarstwa domowego za sprawą transformacyjnego uwłaszczenia się na spółdzielczym zasobie, odziedziczonym po epoce PRL.

Jak to się stało, że choć zarabiamy już całkiem przyzwoite pieniądze, to nie udało nam się przez ostatnie 30 lat istotnie zwiększyć poziomu naszego majątku i wciąż jesteśmy znacznie biedniejsi od takich Greków, nawet jeśli zarabiają oni już wyraźnie mniej od nas? Dlaczego ciągle jesteśmy państwem, które cierpi na chroniczny brak kapitału? Krzysztof Mazur na swoim internetowym kanale o geoekonomii, próbując odpowiedzieć na to pytanie, wskazywał na rozbuchane modele konsumpcji. Ot, zamiast gromadzić majątek, po ciężkich latach „komuny” i transformacji wreszcie stać nas na korzystanie z życia, choćby w postaci drogich, zagranicznych wakacji. W ten sposób mielibyśmy przepuszczać pieniądze przez palce.

Ta odpowiedź nie wydaje mi się jednak kompletna. Kiedy patrzę na historię własnej rodziny, a także wielu moich znajomych z wyżowych roczników przełomu lat 70. i 80. XX wieku, znajduję też inne wytłumaczenie. Pieniądze te poszły w dużej mierze na sfinansowanie ogromnego boomu edukacyjnego, który przeżywaliśmy na przełomie wieków. Przypomnę, że w jego szczycie (rok akademicki 2005/2006) na polskich uczelniach studiowało prawie dwa miliony osób. Co więcej, aż 60 proc. z nich płaciło za studia: czy to w formule studiów niestacjonarnych na uczelniach publicznych, czy też w postaci czesnego na uczelniach niepublicznych. Do tego trzeba doliczyć ogromne koszty pośrednie, związane z koniecznością utrzymania się w dużym mieście uniwersyteckim, choćby koszty wynajmu mieszkania lub pokoju.

Jeśli dodamy do tego fakt, że mieliśmy wówczas 20-procentowe bezrobocie (wśród młodych było ono jeszcze wyższe), a dorabianie na studiach nie było zajęciem tak powszechnym jak dziś, wyłania się nam obraz rodzin, które każde wolne środki ładowały w szeroko rozumianą edukację dzieci. Do tego dochodziły też pieniądze wydane na korepetycje i zajęcia w szkołach językowych. Nie zapominajmy, że wtedy, u progu XXI wieku, toczyła się w Polsce zaciekła walka o miejsca na bezpłatnych studiach. Moje pokolenie wchodziło w dorosłość w klimacie konkurencji spod znaku „10 kandydatów na jedno miejsce”.

Skąd się wzięła „moda” na studiowanie?

Nie spotkałem się z kompleksowym szacunkiem kosztów tego edukacyjnego boomu, ale były to dziesiątki, a niewykluczone, że nawet setki miliardów złotych, gdyby tak podliczyć wszystkie bezpośrednie i pośrednie wydatki na studia milionów Polaków (w tym także utracone przychody wynikające z braku możliwości podjęcia pracy w pełnym wymiarze czasowym w trakcie studiów). Dlatego jeśli miałbym powiedzieć, gdzie się podziały te nasze majątki, to bez większych kontrowersji szukałbym ich właśnie w historiach edukacyjnych pokolenia wyżu demograficznego lat 70. i 80. XX wieku.

Z mojej perspektywy ciekawsze są jednak inne pytania. Po pierwsze, skąd tak naprawdę wzięła się ta powszechna „moda” na studiowanie? Po drugie, kto był beneficjentem tego procesu, lub – mówiąc wprost – kto na tym zarobił? Po trzecie wreszcie, jakie miało to skutki zarówno dla poszczególnych grup społecznych, ale i szerzej – całego społeczeństwa oraz tzw. gospodarki.

Z pewnością istnieje wiele przyczyn, które spowodowały tak ogromny wzrost popytu na studia wyższe w latach 90. XX wieku. Przypomnijmy, że w 1989 roku tzw. współczynnik skolaryzacji brutto (relacja między liczbą osób uczących się na danym poziomie kształcenia do liczby ludności w określonej grupie wiekowej) w przypadku edukacji wyższej nie przekraczał 10 proc. i wyraźnie odstawał od europejskiej średniej. Choćby z tego powodu było wiadomo, że Polska musi dokonać w tym zakresie wyraźnego skoku. Pytanie, czy musiał on być aż tak gigantyczny – w szczytowym momencie wspomniany współczynnik przekroczył 50 proc. i był istotnie wyższy niż w państwach Europy Zachodniej.

Polacy faktycznie masowo ruszyli na studia, widząc w tym obietnicę lepszego życia. Na początku XXI wieku czynnikiem, który stanowił dodatkowy motywator, okazało się wspomniane już wcześniej bezrobocie wśród młodych – decyzja o pójściu na studia była w jakimś sensie ucieczką i odroczeniem momentu, w którym wejdzie się na rynek pracy. Inna sprawa, że osoby z mojego pokolenia po zakończonych studiach nie miały za wiele szczęścia, bo choć w wyniku akcesji do UE współczynnik bezrobocia spadł (także za sprawą masowej emigracji), to trafiliśmy na rynek niedługo przed początkiem światowego kryzysu finansowego.

Globalne korporacje i uczelnie

Nie ograniczałbym jednak wyjaśnienia edukacyjnego boomu jedynie chęcią doszlusowania do Zachodu albo ucieczką przed wejściem na rynek pracy w sytuacji wysokiego bezrobocia. Nie bez znaczenia pozostawał bowiem fakt, że dyplom stanowił bramę wejściową do pracy w polskich oddziałach zagranicznych firm. Globalne korporacje zawarły ze światem akademickim nieformalną (ale nieraz i całkiem oficjalną) umowę, że oto teraz uczelnie będą w jakimś sensie gatekeeperami procesu rekrutacyjnego.

Utyskiwanie, że uczelnie nie przygotowywały (i nadal tego nie robią) do funkcjonowania na rynku pracy, jest w moim odczuciu bezzasadne. Czyniły to, jak umiały, ucząc karnego funkcjonowania w grupie i zdolności do wykonywania rutynowych, może niezbyt ambitnych, ale systematycznych zadań. Z tej perspektywy sam proces przygotowywania się do egzaminów (nieważne z czego), a także pisania pracy magisterskiej (nieważne o czym), stanowił wystarczający próg kwalifikacyjny. Uzyskanie dyplomu oznaczało, że kandydat ma wystarczające predyspozycje, aby odnaleźć się w firmie, gdzie i tak wszystkiego nauczy się go od podstaw.

Nie jestem wyznawcą teorii spiskowych, dlatego nie uważam, że w tej strategii był ukryty jakiś misterny plan zagonienia Polaków na studia i „zmarnowania” ich czasu oraz budującego się kapitału na wejście w proces, który w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia – w końcu do oceny predyspozycji kandydata do pracy w korporacji nie było konieczne aż pięć lat studiów. Nie da się jednak wykluczyć, iż właściciele zagranicznego kapitału dostrzegali ten pozytywny z ich perspektywy efekt uboczny i nie byli zainteresowani, aby go zmienić.

Rozproszenie kapitału w Polsce gwarantowało, że nie pojawi się tu konkurencja, więc korporacje będą mogły zajmować najbardziej intratne miejsce w globalnym łańcuchu wartości. Nie da się przecież wykluczyć, że zakumulowany w polskich rękach kapitał posłużyłby w ostatnich latach zbudowaniu większej liczby naprawdę dużych firm, zdolnych podjąć konkurencję z zagranicznymi koncernami w walce o większy udział w wartości dodanej, czyli w praktyce – o większe marże i tym samym większy rodzimy kapitał.

Co zostało po boomie edukacyjnym

Opisany mechanizm funkcjonował w niemal niezmienionym kształcie przez tyle lat (dopiero niedawno współczynnik skolaryzacji spadł do poziomów zachodnioeuropejskich i wynosi 39,6 proc. w Polsce, przy średniej unijnej – 36,5 proc.), gdyż poza zagranicznymi korporacjami był on także w interesie dwóch innych, rodzimych grup – włodarzy największych polskich miast oraz świata Akademii. Spójrzmy choćby na Kraków – minione 25 lat to okres bezprecedensowego rozwoju miasta, napędzanego w bardzo dużym stopniu czymś, co można określić mianem renty demograficznej. Lokalne władze nie musiały robić prawie nic, aby przyciągnąć młodych, ambitnych ludzi, bo stolica Małopolski historycznie cieszyła się opinią miasta studenckiego.

Równie niewiele musiały robić, aby przyciągnąć zagraniczne korporacje – wystarczającym argumentem był dostęp do taniej i dobrze wykształconej siły roboczej. Dodatkowo, skoro pojawiało się tak wielu młodych ludzi, powstał też popyt na mieszkania – deweloperzy bili się o możliwość budowania bloków w Krakowie, czasem nawet w korupcyjny sposób, czego dowodem jest kilka afer z czasów długiej prezydentury Jacka Majchrowskiego.

Skutkiem tego procesu były zatem nie tylko rosnące wpływy z tytułu podatków od osób prawnych i fizycznych, ale i nierzadko bezpośrednie korzyści majątkowe. Nie tylko zresztą dla niektórych urzędników, ale także dla „rdzennych” mieszkańców Krakowa, którzy mogli bez większego wysiłku bogacić się na wynajmie mieszkań dla studentów. Jednocześnie ten zyskowny interes nie wymagał w zasadzie zaangażowania – dopóki krakowskie uczelnie przyciągały studentów, było to perpetuum mobile. Tyle że przy odrobinie zaangażowania miasto mogłoby dziś być w zupełnie innym miejscu: stać się europejską metropolią, a nie ośrodkiem, z którego najbardziej ambitne jednostki wolą jednak uciec. Nie jest przypadkiem, że absolwenci krakowskich liceów coraz rzadziej trafiają na miejscowe uczelnie.

Niestety, boom edukacyjny stanowił doskonałe usprawiedliwienie i zasłonę dymną dla nic-nie-robienia, a włodarze akademickich metropolii mogli odcinać kupony od nie swojego sukcesu.

Kultura organizacyjna polskich uczelni

Identyczny proces dotknął uczelni. Podmioty funkcjonujące w feudalnej logice wskoczyły w świat globalnego kapitalizmu. Podobnie jak największe polskie miasta, także Akademia nie musiała dokonywać żadnych realnych zmian, gdyż miała zapewniony stały dopływ studentów, a wraz z nimi dostęp do pieniędzy. Co gorsze, skoro w całej grze chodziło głównie o dyplomy i przygotowanie pewnego określonego typu absolwenta, to nie było absolutnie żadnej zewnętrznej presji na poprawę jakości kształcenia ani ze strony biznesu, ani państwa. Odnoszę wrażenie, że skala deprawacji uczelni stała się nawet większa niż w przypadku miast – te ostatnie musiały się mimo wszystko czymś zajmować i były pod pewną kontrolą społeczną, choćby dzięki wyborom. Uczelniom nie pozostało nic innego jak korzystać z tego eldorado.

Oczywiście nie wszyscy akademicy brali w tym udział w równym stopniu – nie brakowało takich, którzy klepali biedę lub odchodzili z pracy. Jednak ostatnie 20 lat to głównie czas budowy wielu profesorskich fortun, a jednocześnie utrwalania osobliwej feudalno-kapitalistycznej hybrydy (z elementem monarchicznym, bazującym na dziedziczeniu stanowisk), która skutecznie wypchnęła wielu obiecujących ludzi nauki na zagraniczne uczelnie. Swoją drogą, zrozumienie kultury organizacyjnej polskich uczelni jest zadaniem niezwykle trudnym i skomplikowanym. Nie wiem, czy istnieje na świecie struktura, która funkcjonowałaby w podobny sposób, co polskie uniwersytety. Nie jest to powód do dumy.

Największy problem polega jednak na tym, że ostatnie 20 lat zatrzymało miasta studenckie i ich uniwersytety w miejscu (widać to też w międzynarodowych rankingach). Stało się tak w momencie, w którym świat nie tylko się nie zatrzymał, ale wręcz dynamicznie się zmieniał. Bardzo trudno będzie je teraz wyrwać z tego „konserwatyzmu na kapitalistycznych sterydach”.

Miasta i uczelnie kluczowe dla rozwoju

Niestety, złota era się kończy. Za sprawą z jednej strony rosnących kosztów pracy, a z drugiej szybko malejącej liczby studentów (co wynika z pogłębiającego się niżu demograficznego, ale też z ucieczki na Zachód osób najzdolniejszych i pochodzących z najbogatszych rodzin), w perspektywie najbliższej dekady globalne korporacje, w tym choćby sektor usług dla biznesu, zaczną się z Polski zwijać – a proces ten może się jeszcze pogłębić za sprawą rozwoju sztucznej inteligencji. Nie oznacza to oczywiście, że znikną wszystkie miejsca pracy w tych sektorach, ale trzeba być gotowym na istotną redukcję zatrudnienia. 

Jeśli dziś w samym Krakowie sektor usług biznesowych generuje ok. 100 tysięcy miejsc pracy, warto zadać pytanie, co się stanie, gdy w przeciągu powiedzmy pięciu lat wyparuje połowa z nich? Taki scenariusz oznacza prawdziwą katastrofę dla miasta, i to z wielu powodów – zarówno dochodowych (zmniejszenie bazy podatkowej), ale także wizerunkowych. Nie trzeba być wielkim znawcą tematu, by dostrzec, że takie miasta jak Kraków, Wrocław, Poznań czy Gdańsk nie są dziś przygotowane na negatywny rozwój wypadków. Mniejsze ośrodki również.

Jeszcze bardziej dramatycznie rysuje się jednak przyszłość uczelni. Już nawet biznes zorientował się, że cała ta zabawa z dyplomami nie ma większego sensu. Prędzej czy później (raczej prędzej) do podobnego przekonania dojdą również kandydaci na studia. Uczelnie, które utknęły w konserwatywno-feudalnym sztafażu, niespecjalnie mają dziś narzędzia, a nawet świadomość i instytucjonalne przywództwo, by jakoś na ten proces odpowiedzieć. Na razie próbują zaklinać rzeczywistość, tworząc studia w partnerstwie z zagranicznymi korporacjami i licząc na to, że zbliżające się tsunami ich nie zmiecie. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że to nic więcej jak terapia paliatywna.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że właśnie miasta i uczelnie są kluczowymi instytucjami z perspektywy możliwości rozwojowych kraju. Obawiam się bowiem, że mariaż z globalnym kapitalizmem skutecznie wydrenował z nich rozwojowy potencjał. Nie wykluczam, że to jeszcze poważniejszy problem niż fakt, że Polacy nie zdążyli przez ostatnie 30 lat powiększyć swojego majątku. Bo może się okazać, że straciliśmy przez ten wydrenowany potencjał okazję, aby dokonać cywilizacyjnego skoku teraz, kiedy nasze dochody są wreszcie na europejskim poziomie. A Polska, przed czym zresztą przestrzega prof. Marcin Piątkowski w swej książce, w najbliższych latach wejdzie już w okres stagnacji i utknie w nim podobnie jak państwa Południa Europy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Gdzie jest nasza kasa