César Luis Menotti powiódł Argentynę do zwycięstwa w mundialu w 1978 r. Dlaczego naraził się tym na zarzut kolaboracji?

Jego drużyny grały pięknie, a on próbował nadać ich popisom ideowy wymiar. Nie było to łatwe w Argentynie rządzonej przez generałów, gdy propaganda wykorzystywała sportowe sukcesy do wzbudzenia patriotycznych uniesień.

14.05.2024

Czyta się kilka minut

Cesar Luis Menotti, trener drużyny narodowej Argentyny, przemawia do piłkarzy podczas treningu  przed meczem towarzyskim z Anglią na statiodnie Wembley, Londyn, maj 1980 r.  // Fot. Paul Popper / Getty Images
Cesar Luis Menotti, trener drużyny narodowej Argentyny, przemawia do piłkarzy podczas treningu przed meczem towarzyskim z Anglią na statiodnie Wembley, Londyn, maj 1980 r. // Fot. Paul Popper / Getty Images

Siła tego obrazu jest taka, że wraca on w powieściach i filmach.

Jest 25 czerwca 1978 r. Na korytarzach Wyższej Szkoły Technicznej Marynarki Wojennej w Buenos Aires, gdzie mieści się jedno z najstraszliwszych więzień, odgłosy tortur mieszają się z dobiegającymi z zewnątrz wiwatami. Te ostatnie płyną z pobliskiego stadionu El Monumental, gdzie Argentyńczycy wygrali właśnie z Holendrami i po raz pierwszy zdobyli piłkarskie mistrzostwo świata.

Wielu osadzonym zezwolono na wysłuchanie w radiu transmisji meczu finałowego: wspierali drużynę narodową, choć gardzili reżimem” – pisze historyk futbolu Jonathan Wilson. Antropolog sportu Eduardo Archetti opowiada o ludziach krzyczących w celach: „Wygraliśmy!”. To samo krzyczy kapitan Jorge Acosta, jeden z najokrutniejszych oprawców.

Kilka godzin później Acosta zabiera nawet kilku więźniów na przejażdżkę samochodem, by zobaczyli uliczną fiestę i przy okazji przekonali się, że nikt w Buenos Aires nie myśli o protestach antyrządowych. „Pewna więźniarka poprosiła, by otworzył dach kabrioletu. Kiedy to zrobił, zastanawiała się przez chwilę, czy nie krzyczeć, że jest jedną z desaparecidos – tych, którzy »zniknęli«. Nie zrobiła tego, przekonana, że ludzie pomyślą, iż oszalała z radości” – pisze Wilson.

Z radości nie oszalał za to trener zwycięskich Argentyńczyków, César Luis Menotti. Po ostatnim gwizdku sędziego tylko poprawił kołnierzyk. Czy przeszkadzał mu widok przywódcy junty, generała Videli, który z uśmiechem na wąsatej twarzy i wypomadowaną fryzurą miał za chwilę wręczyć jego piłkarzom Puchar Świata? A może zdawał sobie sprawę, że praca, którą wykonał, posłuży reżimowej propagandzie? Przeczuwał, że przypną mu łatkę kolaboranta?

W jego dylematach kryje się historia Argentyny.

Chudzielec robi rewolucję

Zmarły 5 maja Menotti urodził się 85 lat temu w Rosario – mieście hołdującym dwóm tradycjom: politycznego radykalizmu i stylowego futbolu (jak pisał Simon Kuper w książce „Piłką we wroga”). Za młodu zapisał się do partii komunistycznej, ale nie został aktywistą. Choć dorobił się wyroku 30 dni więzienia za wypisywanie na murach sloganów wymierzonych w postępującą komercjalizację piłki. Jako napastnik zuchwale deklarował, że nie po to wychodzi na boisko, by po nim biegać. Najwięcej bramek zdobył dla Rosario Central, choć później występował też w drużynach ze stolicy, a w 1968 r. pojawił się nawet u boku Pelégo w brazylijskim Santosie.

Prawdziwą karierę ów długowłosy chudzielec (tak należy tłumaczyć jego przydomek: „El Flaco”) zrobił jednak dopiero jako trener. Stał się nim zresztą nieco przypadkowo. Gdy przestał grać, został sprzedawcą aut, ale nie miał serca do tej roboty, więc przychodził na treningi kolejnej drużyny z Rosario, Newell’s Old Boys. Dawał rady ćwiczącym. Zaprzyjaźniony z nim szkoleniowiec tego zespołu pewnego dnia zachorował, więc Menotti po prostu go zastąpił.

„Ze szlachetnym obliczem drapieżnego ptaka, z roztaczaną wokół siebie intelektualną aurą i nikotynowym nałogiem, wydawał się ucieleśnieniem argentyńskiej bohemy – pisze o nim Wilson. – Dla niego futbol, który nie był piękny, nie miał racji bytu”.

W dramatycznych dla Argentyny latach 70. XX w. nie było to oczywiste. Odbiciem konfliktów rozrywających kraj stał się wtedy „antyfutbol”, nastawiony wyłącznie na wynik i wyjątkowo brutalny (symbolizujący go Carlos Bilardo, piłkarz wnoszący na boisko szpilki i kłujący nimi rywali, miał zostać w przyszłości następcą Menottiego na posadzie trenera reprezentacji). W takim środowisku samo pojawienie się szkoleniowca odwołującego się do dziedzictwa pełnej optymizmu „la nuestry” – stylu, w którym doskonale wyszkoleni technicznie piłkarze sprzed lat bawili się na boisku równie dobrze jak poza nim – było niczym manifest rewolucji.

Junta szykuje mundial

Zespół Huracánu, który Menotti poprowadził do mistrzostwa Argentyny w 1973 r. – akurat wtedy, gdy do kraju wracał z wygnania populista Juan Perón, a na ulicach i w dżunglach krew lała się już strumieniami – grał oszałamiająco pięknie. Dziennik „Clarín” pisał o „uśmiechu w rytmie tanga”, jaki przynosili podopieczni „El Flaco”. Po takich recenzjach trudno się dziwić, że efektem jego pierwszego trenerskiego sukcesu było objęcie reprezentacji. Dostał zadanie: przygotować ją do mundialu, którego Argentyna miała być gospodarzem.

Było to zadanie trudne na wielu poziomach. Po śmierci Peróna i zamachu stanu, który pozbawił prezydentury wdowę po nim, generałowie zwietrzyli w mundialu szansę na skonsolidowanie swej władzy. Na przebudowę stadionów i poprawę infrastruktury wydawali krocie. Protestujących zabijali lub porywali i zamykali do więzień, zagranicznych dziennikarzy próbowali wodzić za nos, a w trakcie turnieju usiłowali zadbać też o wsparcie sędziów i korzystny wynik kluczowego meczu z Peru.

Czy taka gra była warta świeczki? „Najgorszy był koniec / podły i bagnisty / zwłoki powracające / do rzecznych koryt, / do masowych grobów” – pisał poeta i dziennikarz Carlos Ferreira w wierszu „Mundial”. To w trakcie turnieju świat usłyszał o madres – przychodzących w niemym proteście na Plaza de Mayo w Buenos Aires matkach tysięcy tych, którzy „zniknęli”.

„Mistrzostwa nie zrobiły generałom szczególnie dobrze” – podsumował Kuper. Kilka lat później kolejna próba wzbudzenia patriotycznych uniesień wokół wojny z Brytyjczykami o Falklandy zakończyła się fiaskiem; na koniec wojskowi musieli się pogodzić z powrotem demokracji.

Futbol daje radość

W autobiografii „Futbol bez sztuczek” Menotti odpierał zarzut o kolaborację. Retorycznie pytał, czy miał celowo źle prowadzić zawodników na mundialu? Głównie jednak przekonywał, że gra jego drużyny, z jej swobodą i kreatywnością, przypominała o Argentynie sprzed dyktatury. „Pochodzimy z prześladowanego społeczeństwa i uosabiamy jedyną prawdziwą rzecz w tym kraju: futbol. Nie gramy dla wypełniających stadionowe loże oficerów. Reprezentujemy wolność, nie juntę” – miał ponoć mówić piłkarzom przed finałem. Czy to próba dorobienia dobrej opowieści do niedobrej sprawy?

Wilson zauważa, że „wiara Menottiego w artyzm nie sięgała tak daleko, by uwzględnić w składzie 17-letniego Diego Maradonę”, choć ów młody geniusz zadebiutował już w reprezentacji (pierwszym mundialem Maradony był ten, po którym zakończyła się praca Menottiego z drużyną narodową: nieudany turniej z 1982 r.). Niewątpliwie trener potrafił też skorzystać z wprowadzonego przez generałów zakazu zagranicznych transferów dla piłkarzy poniżej 25. roku życia, a podczas przygotowań do mundialu drużynę po prostu skoszarował.

„W tym nieszczęsnym kraju największą radość dawał sport” – to zdanie dziennikarza Carlosa Fontanarrosy unosi się nad całą współczesną historią Argentyny: od Perónowskiego izolacjonizmu, przez okres skrajnie prawicowego i lewackiego terroru, rządy junty i wojny o Falklandy, aż po finansowe krachy (Argentyna jako państwo bankrutowała już niemal tuzin razy).

O tych katastrofach mieszkańcy mogli na chwilę zapomnieć, zachwycając się akcjami Kempesa, Maradony czy Messiego. A Claudio Tamburrini, bramkarz i aktywista, więziony i torturowany w 1978 r., pytał w zgodzie ze swoim filozoficznym wykształceniem: „cóż jest takiego w sporcie, że czyni możliwym uścisk ofiary i kata po golu strzelonym przez reprezentanta kraju?”.

Tamburrini wspominał, że podczas mundialu w 1978 r. też dał się porwać euforii. Podobnie przeżywał go 20-letni Martín Caparrós, który zbiegł przed represjami do Paryża. „Całe życie wychowywałem się z jednym marzeniem: by Argentyna została mistrzem świata. I jeśli ma to się stać podczas tej skur... dyktatury, to trudno” – tłumaczył zaprzyjaźnionym bojownikom o wolność.

Don Kichot trafia w okienko

A może jednak Menotti nie potrzebował usprawiedliwienia – i żałoba panująca po jego śmierci w Argentynie mówi o tym wystarczająco dobitnie. Niezależnie od dylematów, jakie przeżywał w 1978 r., był przecież nie tylko symbolem tego, co najlepsze w tamtejszym futbolu. Jego myślenie o piłce inspirowało kolejne pokolenia szkoleniowców, z których ostatnim był Lionel Scaloni (wygrywający z Argentyną mundial w Katarze; Menotti wspierał go jako dyrektor techniczny reprezentacji), a najbardziej utytułowanym – Pep Guardiola, pielgrzymujący u progów swojej kariery trenerskiej właśnie do Buenos i Rosario.

Poza boiskiem Menotti był wielbicielem literatury. Gdy w końcu udało mu się porozmawiać z Borgesem, ów najsłynniejszy argentyński pisarz nie mógł się nadziwić, że ktoś tak inteligentny może zajmować się czymś tak głupim jak sport. „Uważam, że drużyna to przede wszystkim idea” – tłumaczył Menotti, dodając, że „piłka jest dla ludzi futbolu tym samym, czym słowa dla poetów: jedni tworzą sztukę piórem, drudzy nogami”.

Nie stronił przy tym od metafor politycznych. „Istnieje futbol prawicowy i futbol lewicowy – przekonywał. – Prawicowy niesie przesłanie, że życie to walka. Wymaga poświęceń, chce, byśmy byli ze stali i podporządkowywali się taktyce. »Słuchaj i pracuj«: oto, czego domaga się od piłkarzy. Tyle że produkuje w ten sposób przygłupów, pożytecznych idiotów, którzy działają tylko w ramach systemu”. Sam stawał po stronie „lewicowości” największych artystów futbolu, szczodrze dzielących się z kibicami swoim kunsztem. I znajdujących czas na myślenie.

Są tacy, którzy w tym credo odnajdą kolejną racjonalizację jego postawy w czasach dyktatury. Jeden z duchowych spadkobierców Menottiego, kolejny argentyński mistrz świata Jorge Valdano, sportretował go jednak na łamach „El País” po prostu jako Don Kichota, który swoimi ideami uszlachetniał coś, co Maradona wprowadzał w życie swoją nogą. Lewą nogą, a jakże.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich, a także w wywiadzie prasowym. W redakcji od 1991 roku, był m.in. (do 2015 r.) zastępcą… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Trener w labiryncie