Siła tego obrazu jest taka, że wraca on w powieściach i filmach.
Jest 25 czerwca 1978 r. Na korytarzach Wyższej Szkoły Technicznej Marynarki Wojennej w Buenos Aires, gdzie mieści się jedno z najstraszliwszych więzień, odgłosy tortur mieszają się z dobiegającymi z zewnątrz wiwatami. Te ostatnie płyną z pobliskiego stadionu El Monumental, gdzie Argentyńczycy wygrali właśnie z Holendrami i po raz pierwszy zdobyli piłkarskie mistrzostwo świata.
„Wielu osadzonym zezwolono na wysłuchanie w radiu transmisji meczu finałowego: wspierali drużynę narodową, choć gardzili reżimem” – pisze historyk futbolu Jonathan Wilson. Antropolog sportu Eduardo Archetti opowiada o ludziach krzyczących w celach: „Wygraliśmy!”. To samo krzyczy kapitan Jorge Acosta, jeden z najokrutniejszych oprawców.
Kilka godzin później Acosta zabiera nawet kilku więźniów na przejażdżkę samochodem, by zobaczyli uliczną fiestę i przy okazji przekonali się, że nikt w Buenos Aires nie myśli o protestach antyrządowych. „Pewna więźniarka poprosiła, by otworzył dach kabrioletu. Kiedy to zrobił, zastanawiała się przez chwilę, czy nie krzyczeć, że jest jedną z desaparecidos – tych, którzy »zniknęli«. Nie zrobiła tego, przekonana, że ludzie pomyślą, iż oszalała z radości” – pisze Wilson.
Z radości nie oszalał za to trener zwycięskich Argentyńczyków, César Luis Menotti. Po ostatnim gwizdku sędziego tylko poprawił kołnierzyk. Czy przeszkadzał mu widok przywódcy junty, generała Videli, który z uśmiechem na wąsatej twarzy i wypomadowaną fryzurą miał za chwilę wręczyć jego piłkarzom Puchar Świata? A może zdawał sobie sprawę, że praca, którą wykonał, posłuży reżimowej propagandzie? Przeczuwał, że przypną mu łatkę kolaboranta?
W jego dylematach kryje się historia Argentyny.
Chudzielec robi rewolucję
Zmarły 5 maja Menotti urodził się 85 lat temu w Rosario – mieście hołdującym dwóm tradycjom: politycznego radykalizmu i stylowego futbolu (jak pisał Simon Kuper w książce „Piłką we wroga”). Za młodu zapisał się do partii komunistycznej, ale nie został aktywistą. Choć dorobił się wyroku 30 dni więzienia za wypisywanie na murach sloganów wymierzonych w postępującą komercjalizację piłki. Jako napastnik zuchwale deklarował, że nie po to wychodzi na boisko, by po nim biegać. Najwięcej bramek zdobył dla Rosario Central, choć później występował też w drużynach ze stolicy, a w 1968 r. pojawił się nawet u boku Pelégo w brazylijskim Santosie.
Prawdziwą karierę ów długowłosy chudzielec (tak należy tłumaczyć jego przydomek: „El Flaco”) zrobił jednak dopiero jako trener. Stał się nim zresztą nieco przypadkowo. Gdy przestał grać, został sprzedawcą aut, ale nie miał serca do tej roboty, więc przychodził na treningi kolejnej drużyny z Rosario, Newell’s Old Boys. Dawał rady ćwiczącym. Zaprzyjaźniony z nim szkoleniowiec tego zespołu pewnego dnia zachorował, więc Menotti po prostu go zastąpił.
„Ze szlachetnym obliczem drapieżnego ptaka, z roztaczaną wokół siebie intelektualną aurą i nikotynowym nałogiem, wydawał się ucieleśnieniem argentyńskiej bohemy – pisze o nim Wilson. – Dla niego futbol, który nie był piękny, nie miał racji bytu”.
W dramatycznych dla Argentyny latach 70. XX w. nie było to oczywiste. Odbiciem konfliktów rozrywających kraj stał się wtedy „antyfutbol”, nastawiony wyłącznie na wynik i wyjątkowo brutalny (symbolizujący go Carlos Bilardo, piłkarz wnoszący na boisko szpilki i kłujący nimi rywali, miał zostać w przyszłości następcą Menottiego na posadzie trenera reprezentacji). W takim środowisku samo pojawienie się szkoleniowca odwołującego się do dziedzictwa pełnej optymizmu „la nuestry” – stylu, w którym doskonale wyszkoleni technicznie piłkarze sprzed lat bawili się na boisku równie dobrze jak poza nim – było niczym manifest rewolucji.
Junta szykuje mundial
Zespół Huracánu, który Menotti poprowadził do mistrzostwa Argentyny w 1973 r. – akurat wtedy, gdy do kraju wracał z wygnania populista Juan Perón, a na ulicach i w dżunglach krew lała się już strumieniami – grał oszałamiająco pięknie. Dziennik „Clarín” pisał o „uśmiechu w rytmie tanga”, jaki przynosili podopieczni „El Flaco”. Po takich recenzjach trudno się dziwić, że efektem jego pierwszego trenerskiego sukcesu było objęcie reprezentacji. Dostał zadanie: przygotować ją do mundialu, którego Argentyna miała być gospodarzem.
Było to zadanie trudne na wielu poziomach. Po śmierci Peróna i zamachu stanu, który pozbawił prezydentury wdowę po nim, generałowie zwietrzyli w mundialu szansę na skonsolidowanie swej władzy. Na przebudowę stadionów i poprawę infrastruktury wydawali krocie. Protestujących zabijali lub porywali i zamykali do więzień, zagranicznych dziennikarzy próbowali wodzić za nos, a w trakcie turnieju usiłowali zadbać też o wsparcie sędziów i korzystny wynik kluczowego meczu z Peru.
Czy taka gra była warta świeczki? „Najgorszy był koniec / podły i bagnisty / zwłoki powracające / do rzecznych koryt, / do masowych grobów” – pisał poeta i dziennikarz Carlos Ferreira w wierszu „Mundial”. To w trakcie turnieju świat usłyszał o madres – przychodzących w niemym proteście na Plaza de Mayo w Buenos Aires matkach tysięcy tych, którzy „zniknęli”.
„Mistrzostwa nie zrobiły generałom szczególnie dobrze” – podsumował Kuper. Kilka lat później kolejna próba wzbudzenia patriotycznych uniesień wokół wojny z Brytyjczykami o Falklandy zakończyła się fiaskiem; na koniec wojskowi musieli się pogodzić z powrotem demokracji.
Futbol daje radość
W autobiografii „Futbol bez sztuczek” Menotti odpierał zarzut o kolaborację. Retorycznie pytał, czy miał celowo źle prowadzić zawodników na mundialu? Głównie jednak przekonywał, że gra jego drużyny, z jej swobodą i kreatywnością, przypominała o Argentynie sprzed dyktatury. „Pochodzimy z prześladowanego społeczeństwa i uosabiamy jedyną prawdziwą rzecz w tym kraju: futbol. Nie gramy dla wypełniających stadionowe loże oficerów. Reprezentujemy wolność, nie juntę” – miał ponoć mówić piłkarzom przed finałem. Czy to próba dorobienia dobrej opowieści do niedobrej sprawy?
Wilson zauważa, że „wiara Menottiego w artyzm nie sięgała tak daleko, by uwzględnić w składzie 17-letniego Diego Maradonę”, choć ów młody geniusz zadebiutował już w reprezentacji (pierwszym mundialem Maradony był ten, po którym zakończyła się praca Menottiego z drużyną narodową: nieudany turniej z 1982 r.). Niewątpliwie trener potrafił też skorzystać z wprowadzonego przez generałów zakazu zagranicznych transferów dla piłkarzy poniżej 25. roku życia, a podczas przygotowań do mundialu drużynę po prostu skoszarował.
„W tym nieszczęsnym kraju największą radość dawał sport” – to zdanie dziennikarza Carlosa Fontanarrosy unosi się nad całą współczesną historią Argentyny: od Perónowskiego izolacjonizmu, przez okres skrajnie prawicowego i lewackiego terroru, rządy junty i wojny o Falklandy, aż po finansowe krachy (Argentyna jako państwo bankrutowała już niemal tuzin razy).
O tych katastrofach mieszkańcy mogli na chwilę zapomnieć, zachwycając się akcjami Kempesa, Maradony czy Messiego. A Claudio Tamburrini, bramkarz i aktywista, więziony i torturowany w 1978 r., pytał w zgodzie ze swoim filozoficznym wykształceniem: „cóż jest takiego w sporcie, że czyni możliwym uścisk ofiary i kata po golu strzelonym przez reprezentanta kraju?”.
Tamburrini wspominał, że podczas mundialu w 1978 r. też dał się porwać euforii. Podobnie przeżywał go 20-letni Martín Caparrós, który zbiegł przed represjami do Paryża. „Całe życie wychowywałem się z jednym marzeniem: by Argentyna została mistrzem świata. I jeśli ma to się stać podczas tej skur... dyktatury, to trudno” – tłumaczył zaprzyjaźnionym bojownikom o wolność.
Don Kichot trafia w okienko
A może jednak Menotti nie potrzebował usprawiedliwienia – i żałoba panująca po jego śmierci w Argentynie mówi o tym wystarczająco dobitnie. Niezależnie od dylematów, jakie przeżywał w 1978 r., był przecież nie tylko symbolem tego, co najlepsze w tamtejszym futbolu. Jego myślenie o piłce inspirowało kolejne pokolenia szkoleniowców, z których ostatnim był Lionel Scaloni (wygrywający z Argentyną mundial w Katarze; Menotti wspierał go jako dyrektor techniczny reprezentacji), a najbardziej utytułowanym – Pep Guardiola, pielgrzymujący u progów swojej kariery trenerskiej właśnie do Buenos i Rosario.
Poza boiskiem Menotti był wielbicielem literatury. Gdy w końcu udało mu się porozmawiać z Borgesem, ów najsłynniejszy argentyński pisarz nie mógł się nadziwić, że ktoś tak inteligentny może zajmować się czymś tak głupim jak sport. „Uważam, że drużyna to przede wszystkim idea” – tłumaczył Menotti, dodając, że „piłka jest dla ludzi futbolu tym samym, czym słowa dla poetów: jedni tworzą sztukę piórem, drudzy nogami”.
Nie stronił przy tym od metafor politycznych. „Istnieje futbol prawicowy i futbol lewicowy – przekonywał. – Prawicowy niesie przesłanie, że życie to walka. Wymaga poświęceń, chce, byśmy byli ze stali i podporządkowywali się taktyce. »Słuchaj i pracuj«: oto, czego domaga się od piłkarzy. Tyle że produkuje w ten sposób przygłupów, pożytecznych idiotów, którzy działają tylko w ramach systemu”. Sam stawał po stronie „lewicowości” największych artystów futbolu, szczodrze dzielących się z kibicami swoim kunsztem. I znajdujących czas na myślenie.
Są tacy, którzy w tym credo odnajdą kolejną racjonalizację jego postawy w czasach dyktatury. Jeden z duchowych spadkobierców Menottiego, kolejny argentyński mistrz świata Jorge Valdano, sportretował go jednak na łamach „El País” po prostu jako Don Kichota, który swoimi ideami uszlachetniał coś, co Maradona wprowadzał w życie swoją nogą. Lewą nogą, a jakże.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















