Media w Polsce polują na fentanyl. Tropią nie ten narkotyk co trzeba

Dziennikarze ruszyli do wyścigu, kto pierwszy wytropi w Polsce odpowiednik Tenderloin District w San Francisco, dzielnicy opanowanej przez uzależnionych od fentanylu. Bardziej realne zagrożenie ze strony mefedronu nie budzi już takich emocji.
Czyta się kilka minut
Policjanci Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie zabezpieczają laboratorium narkotykowe w gminie Zambrów. Styczeń 2024 r. // Fot. Materiały prasowe KWP w Lublinie
Policjanci Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie zabezpieczają laboratorium narkotykowe w gminie Zambrów. Styczeń 2024 r. // Fot. Materiały prasowe KWP w Lublinie

Dla wytłumaczenia tego zjawiska terapeuta uzależnień sięgnie po analogię klucza i zamka. Ten ostatni symbolizuje problemy życia codziennego, które jednych skłaniają do szukania czegoś, co pomoże je pokonać, a innych do szukania czegoś, co pozwoli na chwilę zapomnieć o trudnościach. Kluczem są zaś narkotyki.

Psychoterapeuci i socjologowie dodaliby w tym miejscu, że jest co gonić i przed czym uciekać. Pierwsza połowa tej dekady przypomina przecież fabułę u Hitchcocka. Zaczęło się od pandemii nieznanego, potencjalnie śmiercionośnego wirusa. Potem był lockdown i kryzys kosztów życia spowodowany zawirowaniami w globalnej gospodarce, a gdy już wydawało się, że świat wraca do normalności, Putin rozpętał wojnę. W rezultacie wielu z nas czuje, że codzienność ich przerasta. Nastolatki, których pandemia zamknęła w domach, sygnalizują problemy z codziennymi interakcjami z rówieśnikami.

Gdyby do rozmowy doprosić toksykologa, wskazałby na dwa rodzaje środków psychoaktywnych. Jedne – jak kokaina, amfetamina czy mefedron – pobudzają, wyostrzają odczuwanie bodźców i na chwilę cudownie usuwają wszelkie zahamowania. Inne – jak heroina i inne środki z grupy opioidów – działają uspokajająco i przeciwbólowo. W zależności od tego, czy aktualnie potrzebujesz kopa, czy raczej chciałbyś głębokiego resetu uwalniającego od lęku, narkoświat nie zostawi cię z gołymi rękami. Organizm przyzwyczaja się jednak do narkotyku i dawki muszą być coraz wyższe, aby wywołać pożądane efekty. Od tego sypie się psychika, a regularnie zatruwana wątroba z coraz większym trudem radzi sobie z metabolizowaniem coraz większych dawek. Po jakimś czasie niemal każde zażycie kończy się tak samo – utratą świadomości i kontroli nad ciałem.

Policjant z oddziału do spraw przestępstw narkotykowych dorzuciłby z kolei garść danych z aktualnego ulicznego cennika zakazanych substancji. Gram kokainy, który na początku starcza na ponad tydzień, kosztuje dziś średnio 150-200 zł. Po jakimś czasie gram kończy się już po trzech dniach. Potem schodzi nawet w jeden dzień. Część uzależnionych, chcąc brać coraz więcej, zaczyna więc szukać tańszych zamienników i sięga po amfetaminę (średnio 45-50 zł za gram) albo mefedron (około 40-45 zł za gram). Ten schemat uzależnienia jest jednak relatywnie rzadki. Najczęściej zaczyna się od najtańszych narkotyków.

– To dziś takie fast fashion tej branży – uśmiecha się funkcjonariusz. – Skoro jest segment premium, czyli kokaina, prędzej czy później na rynku musiało pojawić się coś w rodzaju oferty dyskontowej. Produkcja mefedronu jest bardzo tania, da się zrobić go nawet z leków przeciwkaszlowych. Dilerzy mają coś w sam raz na kieszeń przeciętnego licealisty czy studenta, który raczej nie wpakowałby się w kłopoty z droższą i wolniej uzależniającą kokainą.

W sierpniu ub. roku Główny Inspektorat Sanitarny wydał ostrzeżenie publiczne o „wzroście liczby zgonów związanych z zażyciem syntetycznych katynonów”. Do tej grupy substancji chemicznych zalicza się m.in. mefedron.

Wojciech Fijałkowski, terapeuta uzależnień, związany z opolskim Monarem od 35 lat: – Mniej więcej co trzeci pacjent, z którym pracuję, zgłasza już w terapii zażywanie mefedronu. Nie biorą oczywiście tylko jednego narkotyku, schematy uzależnień są bardzo zróżnicowane, ale od kilku lat obserwujemy rosnącą popularność właśnie tej substancji.

Koszmar na jawie

W 1929 r. w trzystronicowym artykule na łamach „Bulletin de la Société Chimique de France” niejaki Saem de Burnaga Sanchez opisuje opracowany przez siebie proces syntezy pewnej substancji. Jej pełna nazwa chemiczna składa się z aż 37 liter, dlatego w uproszczeniu nazywa ją mefedronem. Punktem wyjścia dla jego badań jest roślina znana w krajach Afryki Północnej jako khat, czyli czuwaliczka jadalna, której mięsiste liście dla pobudzenia żuli już starożytni Egipcjanie i do dzisiaj stosowana jest w tym celu w krajach Afryki Wschodniej i na Półwyspie Arabskim. 

Początkowo mefedron funkcjonuje w obiegu jako substancja o przeznaczeniu wyłącznie gospodarczym. Jako narkotyk zaczyna być incydentalnie używany w drugiej połowie XX wieku, często dystrybuowany legalnie – jako sól do kąpieli lub wkłady zapachowe. Na masową skalę wchodzi jednak do obrotu dopiero na początku tego stulecia. W Polsce pojawia się w dużych ilościach wiosną 2009 r. w sklepach z legalnymi dopalaczami, ale już rok później trafia na listę zakazanych substancji psychoaktywnych – oczywiście nie znika z ulic. Tak jak w innych krajach, mefedron staje się narkotykiem klubowym. Przez dłuższy czas krąży po rynku anonimowo, jako jeden ze składników innych dopalaczy. Dilerzy zaczynają serwować go swoim klientom w czystej postaci dopiero pod koniec zeszłej dekady. Jak zauważa Wojciech Fijałkowski, może to świadczyć o tym, że właśnie wtedy polscy konsumenci substancji psychoaktywnych zaczęli sięgać po mefedron dla jego specyficznych właściwości.

– Po zażyciu odczuwa się przypływ energii i podniecenia seksualnego, wyostrzenie zmysłów, a także coś, co uzależnieni opisują czasem jako wzmożone empatyzowanie – wylicza terapeuta. – Czują się wreszcie bezpieczni, kochani i właśnie to uczucie bezbrzeżnej akceptacji sprawia, że tak trudno wrócić im do funkcjonowania bez tego narkotyku.

W serwisie Spotify kanał podkastowy Mestosław publikuje cykl wywiadów z pacjentami wyszkowskiego Monaru, którzy opowiadają w nich o swoim uzależnieniu. Niemal wszystkie historie układają się w ten sam z grubsza scenariusz. Pierwszy incydentalny kontakt z narkotykami gdzieś w szkole średniej. Stosunkowo szybkie przejście od substancji uznawanych za bezpieczne, jak marihuana, do czegoś oferującego silniejsze doznania. Z powodów czysto ekonomicznych z reguły właśnie wtedy na scenie pojawia się mefedron.

W tym momencie wszystkie opowieści przyspieszają: epizody narkotyczne stają się coraz częstsze, dawki coraz większe. Szybko postępuje także społeczna alienacja uzależnionego: pękają więzy rodzinne i towarzyskie, rozpadają się związki, w szkole lub w pracy idzie coraz gorzej. Liczy się już tylko jedno: żeby jak najszybciej zażyć kolejną dawkę.

„Budziłem się po kolejnym epizodzie mefedronowym z poczuciem wielkiej straty – wspomina inny z uczestników serii. – Jako dziecko miewałem często nocne koszmary. Pamiętam, z jaką ulgą budziłem się z takiego snu. W szczytowym momencie mojego ćpania było na odwrót. Koszmar zaczynał się wtedy, kiedy tylko się ocknąłem”. 

– Tutaj, na Dolnym Śląsku, terapeuci z dłuższym stażem pamiętają jeszcze spustoszenie, jakie w organizmach uzależnionych robił kompot, czyli tak zwana polska heroina – mówi Wojciech Fijałkowski. – Nowa generacja narkotyków, jak mefedron czy amfetamina, rujnuje głównie psychikę, bardzo szybko. Z moich obserwacji podczas sesji terapeutycznych wynika, że właściwie 100 proc. biorących stale mefedron cierpi na omamy, paranoje i napady lękowe. Uzależnieni od tego narkotyku tracą też często apetyt i bardzo chudną, ale łaknienie wraca stosunkowo szybko po odstawieniu. Zmian wywołanych w mózgu przez mefedron cofnąć się nie da. Znam osoby, które odstawiły ten narkotyk kilkanaście lat temu, ale wciąż są w terapii psychiatrycznej. Jednocześnie wielu z nich szczerze przyznaje, że tęskni za tym wspaniałym uczuciem, które towarzyszyło im na mefedronowym haju.

W podkaście Mestosława Małgorzata (siedem lat zażywania narkotyków) opisuje to następującymi słowami: „Byłam tak nieśmiała, że wstydziłam się zadzwonić po pizzę. Po mefedronie mogłam prowadzić ostre spory ideologiczne z kimś, kogo wcześniej nie widziałam na oczy. Czułam, że wreszcie mogę o siebie zawalczyć”. 

Tak dobrze jest jednak tylko na początku ćpania.

Lek na lęk

Na jednej z ikonicznych fotografii zrobionych tego dnia mężczyzna o skołowanym spojrzeniu wychodzi z nowojorskiego biurowca z kartonem pełnym szpargałów. Jest 15 września 2008 r. Kilka godzin wcześniej upadłość ogłosił bank Lehman Brothers, jeden z symboli potęgi amerykańskiego sektora finansowego. Sfotografowany makler jest jednym z 25 tys. pracowników Lehmana, którzy właśnie stracili pracę. Kryzys wywołany bankructwem jego możnego pracodawcy w kolejnych latach kosztować będzie światową gospodarkę co najmniej 15 bilionów dolarów. Około 40 milionów pracowników, także z branż niezwiązanych z finansami, otrzyma wypowiedzenie, a banki przejmą niespłacane hipoteki setek tysięcy kredytobiorców, którzy wylądują z powrotem kątem u rodziców lub na ulicy. 15 września skończy się błogi neoliberalny sen o globalnej gospodarce, która nagradza pracowitych.

Być może to tylko zbieg okoliczności, ale rok 2009, apogeum kryzysu finansowego, jest także początkiem błyskawicznego pochodu mefedronu przez kraje rozwinięte.

Badacze uzależnień podejrzewają, że za szybkie rozpowszechnienie nowego narkotyku w Europie mogła odpowiadać także… polityka antynarkotykowa. W Holandii mefedron pojawił się najprawdopodobniej w wyniku niedoboru MDMA (tzw. ecstasy), który zmusił tamtejszych producentów „tabletek” do zastępowania tego związku łatwiejszym do zdobycia zamiennikiem. Równie ciekawym przypadkiem była Wielka Brytania: tu światek przestępczy w wirtuozerski sposób wykorzystał rodzące się w owym czasie media społecznościowe do reklamowania nowego narkotyku, tańszego od kokainy. W ankiecie przeprowadzonej na Wyspach w lipcu 2010 r., czyli niespełna dwa miesiące po delegalizacji mefedronu, aż 63 proc. respondentów przyznało, że nadal przyjmuje ten narkotyk. Od momentu delegalizacji jego cena wzrosła za to dwukrotnie, ale wciąż była znacząco niższa od kosztu zakupu kokainy – ulubionego „narzędzia pracy” białych kołnierzyków z londyńskiego City. Na korzyść nowości długi czas przemawia także to, że w przeciwieństwie do kokainy jest legalna, z czego część użytkowników wyciąga błędny wniosek, że musi również wolniej uzależniać.

Zróbmy sobie epidemię

Badacze śledzący zawrotną karierę mefedronu w Wielkiej Brytanii wskazują zgodnie na destrukcyjną rolę mediów w jego popularyzacji. Najgorszą robotę zrobiły tabloidy. W listopadzie 2009 r. „The Sun” opublikował historię nastolatka, który na mefedronowym „badtripie” miał oderwać sobie mosznę, bo wydawało mu się, że po ciele pełzają stonogi. Historia okazała się wyssana z palca, podobnie jak późniejsze o cztery miesiące rewelacje „Daily Star” o szkole w Leicestershire, w której w kilka tygodni 180 uczniów miało ciężko uzależnić się od nowego narkotyku nazywanego przez młodzież meow-meow (ang. miau-miau). W narrację o pochodzie nowej śmiertelnej substancji przez kraj ochoczo włączyły się jednak lokalne media, przypisując odtąd niemal każdy trudny do wyjaśnienia zgon w okolicy zażyciu mefedronu. Po przeanalizowaniu wszystkich doniesień medialnych Rada Doradcza ds. Nadużywania Narkotyków, w raporcie dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych tylko w dwóch przypadkach doszła do wniosku, że śmierć faktycznie nastąpiła po zażyciu mefedronu. Ośmieszeni wydawcy tłumaczyli się, że nagłaśniając sprawę, działali w interesie publicznym. W rzeczywistości – jak konkludują badacze tematyki – zafundowali producentom i dilerom mefedronu darmową reklamę.

W identyczny sposób polskie media usprawiedliwiają dziś sensacyjny ton doniesień o fentanylu. Przeglądając krajowe serwisy informacyjne można dojść do wniosku, że trwa wręcz wyścig o to, kto pierwszy wytropi między Odrą a Bugiem odpowiednik filadelfijskiej Kensington Avenue czy Tenderloin Dictrict w San Francisco, które ten narkotyk istotnie zmienił w siedliska narkotykowych zombies, zastygających na chodnikach w dziwnych pozycjach.

„Fentanyl zabija na Mazowszu” – alarmuje TVN w reportażu opublikowanym w kwietniu. Temat natychmiast podchwytuje tabloid „Fakt”, pisząc w swoim stylu o „nowym narkotyku”, w dodatku tak silnym, że „zabija już nawet przy pierwszym zażyciu. Nie zdążymy się zorientować, że umieramy”.

26 maja do sprawy wraca Wirtualna Polska. „Zabójczy narkotyk dotarł do Polski” – alarmują dziennikarze portalu. Tego samego dnia i niemal tymi samymi słowami o tym samym pisze ostrożny zazwyczaj „Dziennik Gazeta Prawna”, pytając przy tym dramatycznie: „czy czeka nas epidemia fentanylu?”. Wiadomości z ogólnopolskich gazet, serwisów i stacji telewizyjnych powielają potem regionalne media, często nadając tematyce lokalny kontekst, np. wzbogacając notkę o informację o zwiększonej liczbie zgonów w regionie.

Forma i liczba tych doniesień buduje mylne wrażenie, że zagrożenie słynnym już nawet z seriali Netfliksa fentanylem przybiera w Polsce gwałtownie na sile. Rzecz w tym, że wszystkie wymienione wyżej informacje odnoszą się do jednej zaledwie miejscowości, mazowieckiego Żuromina, w którym – jak ustalili dziennikarze Uwagi TVN – od kilku lat funkcjonuje zapewne grupa przestępcza, specjalizująca się w odzyskiwaniu fentanylu z leków na receptę. Kiedy tym tropem już na trzeźwo rusza „Rzeczpospolita”, okazuje się, że w Żurominie odnotowano jedyne trzy potwierdzone przypadki zgonu po zażyciu fentanylu. Jeden w 2021 r. oraz dwa… siedem lat wcześniej. Zdaniem pracowników Głównego Inspektoratu Sanitarnego największym problemem powiatu żuromińskiego, jeśli chodzi o konsumpcję narkotyków, są dziś substancje dostępne na receptę, głównie przeciwbólowy tramadol.

Gramy i kilogramy

Nie znaczy to oczywiście, że zagrożenie fentanylem w ogóle w Polsce nie istnieje. Główny Inspektorat Sanitarny podaje, że w tym roku zanotował już 48 przypadków zatrucia tą substancją. Statystyki GIS pokazują też, że częstotliwość, z jaką ten narkotyk pojawia się na polskim rynku, istotnie rośnie, ale skala procederu wciąż jest marginalna. Zdaniem cytowanych przez „Rzeczpospolitą” analityków Ministerstwa Zdrowia, konsumpcja wszystkich substancji z grupy opioidów, do których zalicza się ten narkotyk, ma w Polsce od lat tendencję spadkową, a wynika to w głównej mierze z chłodnej kalkulacji samych środowisk przestępczych, które zakładają, że na krajowym rynku bardziej opłacalna jest dystrybucja substancji o działaniu pobudzającym, zarazem mniej niszczącym organy wewnętrzne klienta. Co roku policja konfiskuje w całym kraju około 100-120 gramów fentanylu. Dla porównania, tylko jedna akcja przeprowadzona latem 2021 r. przez lubuski oddział Centralnego Biura Śledczego zaowocowała zarekwirowaniem 879 kg mefedronu, który miał trafić na ulice polskich i niemieckich miast.

Dzięki lepszej rozpuszczalności w tłuszczach i łatwiejszemu przenikaniu do mózgu fentanyl działa na ludzki organizm około sto razy silniej od spokrewnionej z nim morfiny. W Polsce od lat stosuje się go w medycynie paliatywnej, głównie do leczenia tzw. bólu przebijającego, czyli w sytuacji, gdy zawodzą inne skrajnie silne środki przeciwbólowe. W USA stał się jednak plagą, o wywołanie której amerykański Kongres formalnie oskarża Chiny: Pekin ma tolerować produkcję i wspierać przemyt fentanylu do Meksyku, skąd narkotyk trafia potem na ulice amerykańskich miast, z reguły wymieszany z innymi substancjami psychoaktywnymi, a czasem nawet z chemią gospodarczą. Tylko w San Francisco – jak podał niedawno tamtejszy ratusz – policja skonfiskowała w 2023 r. fentanyl, którego starczyłoby na blisko 9 mln silnych dawek. Amerykański Narodowy Instytut Badania Uzależnień NIH w ostatnim raporcie podaje, że w ciągu zaledwie dekady począwszy od 2012 r. liczba zgonów po zażyciu narkotyków wzrosła w tym kraju z 40 do blisko 108 tys. (rocznie). Najtragiczniejsze żniwo zbiera fentanyl, który w 2022 r. stał za ponad 75 tys. zgonów.

Amerykańskie statystyki powinny działać alarmująco na polskie władze, bo pokazują, że stracony z pola widzenia fentanyl, dzięki bardzo silnym właściwościom uzależniającym, może szybko doprowadzić do katastrofy. Przy szacowaniu skali tego zagrożenia, także w mediach, nie wolno jednak pominąć choćby korzystnego dla nas kontekstu społecznego. Według najnowszych danych liczba bezdomnych Amerykanów w styczniu 2023 r. przekroczyła 645,3 tys. – czyli 0,2 proc. populacji kraju. Identyczne badanie, przeprowadzone w tym samym czasie na ulicach polskich miast przyniosło wynik na poziomie 30 tys. osób, czyli niespełna 0,08 proc. populacji.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Szybka ścieżka