Reklama

Być wystarczająco blisko

Być wystarczająco blisko

10.11.2019
Czyta się kilka minut
Konrad Markiewicz, psychoterapeuta: Kiedyś używki bywały dodatkiem do wspólnego życia, rodzajem towarzyskiego eksperymentu. Teraz częściej stają się środkiem do budowania relacji.
IL. JOANNA RUSINEK
K

KONRAD MARKIEWICZ: Zaprosił mnie pan do rozmowy o narkotykach, a ja się na nich słabo znam. Na szczęście nie to jest w tej rozmowie najważniejsze.

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Dlaczego?

Bo używki – czy to będą dopalacze, marihuana, czy alkohol – jak i inne strategie ucieczki, to jedynie „plastry”, które młody człowiek może stosować na swoje rany. Bardziej konstruktywna jest rozmowa o tych zranieniach.

Ale zdesperowany rodzic, który zauważył, że jego dziecko zażywa narkotyki, zapyta na początku: co robić?

I zwykle nie dostanie ode mnie prostej recepty. Bo gdyby taką otrzymał, zająłby się wyłącznie owymi „plastrami”, a być może przeoczył przyczyny, które do ich stosowania doprowadziły.

O samych używkach z pacjentami i ich rodzicami Pan nie rozmawia?

Nie jestem terapeutą uzależnień, choć oczywiście stykam się z tym problemem....

14121

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Nieprawdą jest, że to rodzice wychowują dzieci, jest dokładnie na odwrót. Problem pojawia się, gdy relacje formatowania rodzica przez dziecko, nastolatka nie działają. Zostaje zakłócona komunikacja z dorosłym i zaczynają się problemy. Dorośli uwielbiają narzucać własny punkt widzenia, zakazywać, pouczać, wymagać. Obarczają dzieci własnymi brakami emocjonalnymi, często odziedziczonymi po kulawych relacjach z wlanymi rodzicami.Największym błędem jaki popełniają to nadopiekuńczość i ochrona swego potomstwa przed ponoszeniem konsekwencji za wybory jakich dokonały. Często wręcz uniemożliwiają pociechom samodzielnego ich podejmowania, narzucając własne modele. Rodzic, z którym nie ma „gadki” skazuje się na okłamywanie go, potem lekceważenie. Po osiągnięciu pewnego etapu wzajemnej ignorancji, nie ma chyba powrotu do poprawnego funkcjonowania relacji. Rodzicielstwa nikt nas nie nauczy, żadna terapia nas nie poprawi. To się w sobie ma albo nie.

jedna kwestia przez Pana poruszona wydaje mi się bardzo ważna - "nikt nas n i e nauczy" - a niby dlaczego??.... bo że tak w istocie j e s t, trudno zaprzeczyć - uczą nas w szkołach budowy pantofelka, przydawek przymiotnych, katechizmu i innych d u p e r e l i, a w temacie tak bardzo dla każdego niemal ważnym i życiowo istotnym jak wychowanie dzieci, budowanie relacji z nimi itepe - z e r o koma z e r o, pustka i nicość przy której blednie ta kosmiczna a nawet i buddyjska - dlaczego?!... skąd ta paranoja? gdzie i przez kogo został grzech pierworodny takiego dramatycznego zaniedbania popełniony?

rok 1980, w Krakowie totalny spleen, inaczej smutek i nostalgia przystrojone sflaczałym zielonym balonikiem, pewnie jeszcze można było spotkać kompociarzy, ale w ogródkach działkowych - ba, na otwartych areałach nad Rudawą w Bronowicach, tam gdzie dziś domki, domki, domki - łany konopi, nikogo, ale to nikogo wtedy nie interesowały, prócz rzecz jasna wąskiego grona wtajemniczonych - znajomy pierwszego skręta zapalił nam w altance na działce rodziców, krótki wstęp teoretyczny przygotować miał nas na ewentualne fiasko eksperymentu przy pierwszym podejściu - ale nie, kilka przyduszających b u c h ó w i zaczęły się d o z n a n i a - z nich dziś najlepiej pamiętam krótki ale odświeżający sen p o, koniec końców wszystko się udało, inicjacja zaliczona i to w czasach, kiedy za byle kuflem piwa z wywieszonym ozorem trzeba było w Krakowie biegać od dystyngowanej po komuszemu Hawełki na Rynku przez słynną knajpę proletariatu U Żyda na rogu Manifestu Lipcowego i Retoryka, aż do 'okrąglaka' w parku Jordana [to ciekawe, w okrąglaku nawet w tych p o y e b a n y c h, z m a r n o w a n y c h latach zdarzał się bez kolejek i bez śledzia półlitrowy okocim za 13,50 zet] - no więc ziarno zostało zasiane, a ściśle rzecz ujmując dostałem od tegoż kolegi w prezencie kilka doniczek z malutkimi sadzonkami - przygotowałem im grządkę w ogródku mamy, niemal w samym środku miasteczka - kogo to wtedy interesowało, byłem tam myślę jedynym co wiedział co to konopie i z czym się to je... posadziłem, przykazałem pilnować i podlewać i pojechałem zaliczać i zdawać - kiedy przez wakacje pojawiałem się w domu widziałem jak pięknie rośnie bujny żywopłocik, ale jesienią to już było przegięcie - mama się przyłożyła, nie żałowała ani wody, ani kurzyńców, wyrosły konopie rzędem choin wysokich dobrze na wyciągnięcie ręki i jeszcze wyżej, to był istny las konopny - łodygi w przyziemiu grube jak mój nadgarstek, zdrewniałe niemal, ścinałem je maczetą... niestety netu nie było, literatury fachowej ani telefonu do zaufanego zielarza, zostałem sam z górą zieleniny o znajomym już, charakterystycznym aromacie - rzecz jasna nic się nie może zmarnować, na prostaka zebrałem wszystko według schematu do jednego wora liście duże i średnie, do drugiego małe i najmniejsze, do trzeciego czubki pędów, kwiatostany - suszyłem na rozłożonych na strychu płachtach, było tego aż miło... pierwsze testy, te pączki i kwiaty owszem, dawały wyraźną ś r u b ę, więc przez jakiś czas służyły podróżom...

czas wielkiej smuty lat 80-tych jakoś przeżyliśmy, w oparach wódki i w masowym kombinowaniu jak stąd uciec, mnie poniosło na parę lat do Nowego Jorku a kiedy wróciłem, Polska już rozkwitała po okrągłym stole, świat stał się mały i co najważniejsze dostępny dla naszych kieszeni - a że życie rzuciło mnie tu i tam, miałem okazję porównać i ocenić co się w świecie wypala i jak - i powiem tyle, n a j l e p s z y m suszem poczęstował nas góral z okolic Pokhary w Nepalu, to był rewanż za naszego marlboro, na ocenę rzecz jasna wpływają okoliczności i sceneria - a jak chodzi o rynek europejski to nie wiem jak dzisiaj, ale jeszcze dekadę temu Holandia ze swoimi regulacjami była bliska i d e a ł u, dawała wszystkim możliwość b e z p i e c z n e g o i kulturalnego inhalowania bożych darów ✍ dzisiejsze polskie ustawodawstwo dotyczące narkotyków a w szczególności konopi indyjskich jest nawet bardziej h a n i e b n e niż istnienie i funkcjonowanie radiamaryja, setki i tysiące młodych przeważnie ludzi w aresztach, więzieniach, z wyrokami obciążającymi ich na całe życie - w kraju, w którym w ó d a, najgroźniejsze bez wątpliwości narkotyk, legalnie leje się obfitymi rzekami co dnia a państwo z handlu i produkcji alkoholu osiąga kolosalne zyski - g ł u p o t a i hipokryzja prawo stanowiących i tych, co ich popierają, są porażające, będą w historii naszego państwa na zawsze stanowić dowód mizerii tej społeczności - i nie ma wątpliwości, że to właśnie to idiotyczne prawo i jego przez policję, prokuraturę i sądy bezwzględne egzekwowanie wpędziło Polskę w prawdziwe szambo d o p a l a c z y - ja nie mam złudzeń, naród który w 40% głosuje na PiS nieprędko zrozumie o co w tej grze chodzi i jakie ponosi straty, długo jeszcze nie będzie zdolny do zmian - chwała Bogu świat zaczyna rozumieć

Umarł Jimi Hendrix i stanął przed św. Piotrem. - "No Jimi, ciężkim grzesznikiem byłeś" - mówi święty. - "Ale fajnie wymiatałeś na gitarze, więc Pan Bóg postanowił dać ci jeszcze jedną szansę. Możesz więc wybrać piekło albo niebo. Jak chcesz, możesz najpierw się rozejrzeć i potem zdecydować". Jimi więc zajrzał najpierw do nieba. A tam impreza na całego. Piękne dziewczyny, ludzie tańczą, grają i śpiewają - ogólna radość typu "Peace nad Love". - "Ale super" - mówi Hendrix. - "To ja tutaj zostaję". Na to św. Piotr: - "Jasne, ale nie chcesz najpierw sprawdzić, co tam w piekle? Nic nie tracisz". -"No dobra, w sumie co mi szkodzi" - myśli Jimi i zagląda do piekła. Patrzy i nie wierzy własnym oczom: wszędzie marihuana - bezkresne pola marihuany gotowej do zerwania i jarania. "Ale odlot! Jak to jest piekło, to ja tu zostaję!" - woła podekscytowany Hendrix". - "Jesteś pewien? Bo decyzja jest nieodwołalna" - zwraca uwagę św. Piotr. "Jestem pewien, stary, tu nie ma się nad czym zastanawiać" - woła Jimi, po czym św. Piotr zostawia go i zatrzaskuje bramy niebios. Hendrix tymczasem chodzi po polu, patrzy, wącha, dotyka i delektuje się: wszystko moje! Wreszcie obrywa trochę materiału i skręca porządnego jointa. Rozgląda się wokół i widzi stojącego nieopodal diabła. - "Ej stary, daj trochę ognia, bo chcę przyjarać". A na to smutnie diabeł: Jimi, jakby tu był ogień, to tutaj byłby raj..."

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]