Wilanów, dermatologia, wizyta kontrolna. Czekam na korytarzu. Obok dwójka młodych, para starszych i mężczyzna z obandażowaną skronią i policzkiem. Starsza do mnie: „Widzi pani ten regał?”. „Aha”. „Tam są próbki darmowe. Kremy wzięłam”. Uśmiecham się. „Pani jest zakaźna?”. „?”. „A bo różne trypry ludzie mają”. „Nie”. „Mąż był”. Mąż jękliwie: „Już przestań”. „On tego nie honoruje, ale miał wysyp”. „Już przestań”. „Jakby więcej wychodził, to bym miała podejrzenia… Ale co? W domu siedzi, pilnuję”. Mąż na skrępowaniu: „Yyy”. „No co ykasz? Oboje wiemy, jak było”. „Już…”. „Zawsze była jakaś w horyzoncie. Znamię wyskoczyło, skończył zaloty. Skończyły się spacerki do warzywniaka”. „Sama mi dawałaś listę”. „Mogłeś kupić w markecie”. „Nie lubię”. „Nie lubisz, bo w warzywniaku Alinka”. „Twoja Alinka”. „Moja, bo by mi powiedziała, jakbyś miał zamiary”. „Nie miałem”. „Miałeś, dlatego musiałam cię do niej posyłać”. „A nie do marketu?”. „Nie kombinuj!”. Do mnie: „I widzi pani, zawsze kombinował. Dlaczego ja na ten przykład nie mam żadnych zmian? Bo ja nie kombinuję”. Milczymy chwilę. Do mnie: „A u pani jaki charakter problemu?”.
Czekam na smoka
Wisła, wczesny ranek, z kwaterunku i przed siebie: Marii Konopnickiej, obiekty sportowe, amfiteatr. Park Przygód, tu chciałam trafić. Świt, plamy mgły na wzgórzach, rosa. I makiety. Przy jednej gość na krzesełku wędkarskim, z termosem, w kapeluszu słomkowym. „Pani tu pierwszy raz?”. „A tak”. „Skąd?”. „Z Warszawy”. „Znajdzie tu pani obiekty warszawskie”. Rozglądamy się. On: „To jest magiczne miejsce”. „Aha”. „Ale serio, wracam tu. Mam przymus powrotu”. „Bo?”. „Bo mi się śnią. Pewnie się za dużo w te mozaiki gapię”. „No cóż, narkotyczne kolory”. „Owszem, ale to nie to. Wie pani, kiedy byłem mały, tatuś zrobił mi makietę zamku. To miał być niby Książ, mieszkaliśmy w Wałbrzychu. Wie pani, do dziś mi się śni. Miesiąc temu wyciągnąłem makietę z piwnicy. Szok, że taka mała. Zdawała mi się potężna”. „Aha, dziecięca perspektywa”. „Przede wszystkim senna. Do dziś ta makieta ma dla mnie mieszkańców”.
Wstał, powiódł ręką w powietrzu: „Te też. W snach mam tu kolegów. Głupie, nie?”. „Ależ skąd. Mnie się w ten sposób śniły niektóre obiekty na terenie lecznicy weterynaryjnej, gdzie mieszkałam. I w ogródku dziadka. Przy kurniku zmontowałam taki mały wigwam, dziadek służył sznurkiem. W snach spotykałam się tam z Indianami, innymi”. „To znaczy?”. „Byli bladzi, wielkości skrzata i dużo płakali. Myli ręce we łzach i szli do lecznicy, umyć mojemu ojcu narzędzia, żeby udawały mu się operacje”. Spojrzał na mnie zdziwiony: „Nono, a myślałem, że to ja mam dziwnych znajomych”. „Haha, po roku śnienia odeszli i już nie wrócili”. „A widzi pani, moi z makiet ciągle żyją, ostatnio zaludnili Wawel”. „Ba, być panem na Wawelu”. „Czekam na smoka. Musi się pojawić nad Wisłą”.
Będzie miał źle w przedszkolu
Autobus 180, jazda w kierunku Sielc. Tuż obok babcia z wnuczkiem. Mały: „Babcia, a dlaczego to święto nazywa się Boże Ciało?”. „Bo to jest ciało Pana Jezusa”. Pauza. „A dlaczego idziemy w procesji?”. „Bo Pan Jezus wychodzi na ulicę”. Znów pauza. Mały: „Chyba szedł w tej procesji, co mama”. „Idzie w każdej procesji”. „W naszej też? To się schował”. „Schował się w monstrancji, którą niósł ksiądz”. „Bał się?”. „Bał?! Co za gadanie!”. „Ja się chowam w przedszkolu, jak się boję”. „On się nie boi, on przebywa w Najświętszym Sakramencie”. „Ciasno ma”. „Co ty wygadujesz! Muszę z mamą porozmawiać”. „No ale ten opłatek taki malutki”. „To nie opłatek! To ciało!”. Mały z zatroskaniem: „To chyba Mu odcięli kawałek…”. „Odcięli? To cały Pan Jezus!”. „Taki malutki? Będzie miał źle w przedszkolu”.
Schowek na ducha
Pociąg do Wrocławia, dwie w wieku licealnym. „Wierzysz w duchy?”. „W sensie?”. „No, normalnie”. „Ale w dusze czy w strachy?”. „Nie no, że po śmierci ciągle tu krążymy”. „Jeju, to już wolę strachy”. „No nie, słuchaj, obejrzałyśmy z matką wszystko z Netflixa. W tym coś musi być”. „W czym?”. „Że są domy, w których, wiesz, siedzi czyjś duch. Są takie specjalne brygady, z psychologami…”.
„Anka, to ściema”. „No nie wiem, nagrywają komentarze specjalistów”. „Dziewczyno, nie ma żadnych duchów”. „Ale są, słuchaj, widać je w promieniowaniu, jakoś tak. No normalnie: siedzą ludzie w naszym wieku z kamerami i na kogoś wskakuje”. „Co?”. „Nie widać”. „Boj, daj spokój”. „Nie, bo potem zespół dostaje wiadomość, że dobrze poszło”. „Co poszło?”. „Wyzwolenie kuchni”. „Żartujesz?!”. „W ostatnim domu duch przejął szafki, walił, ale jak. Sprowadzili medium i się okazało, że to gwałciciel”. „Szafek?”. „Nie, głupia, nastolatek”. „I co z tym medium?”. „To była kobieta. Rozpoznała, gdzie jest centrum”. „W zlewie?”. „Nie, w schowku, tam kiedyś był gwałt, bo dom był przebudowywany”. „I co, wypędziła go?”. „Tak, ale musiała tam mieszkać i walczyć dwa tygodnie”. „Dobra. To moja babcia pewnie mieszka w maszynie do szycia”. „Nie nabijaj się! Może odeszła”. „Ojciec twierdzi, że siedzi w czyśćcu”. „Ale to chyba bzdury ten czyściec?”. „Czy ja wiem? Bardziej mnie przeraża schowek na ducha”.
Dzwoni staruszka od ciśnienia: „Pani Elizo, czy wszyscy zwariowali?”. „Niewykluczone. A konkretnie?”. „Niekonkretnie. Z czego wniosek, że wszyscy powariowali”. „?”. „Już nie wiem, kogo wskazać, a jestem pewna diagnozy”. „Heh, czyli że my też”. „Wypraszam sobie. »Wszyscy« to nigdy nie są wszyscy”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






