Reklama

Ludzie dobrzy

Ludzie dobrzy

20.09.2021
Czyta się kilka minut
Zbiórka ubrań i środków czystości dla ośrodka dla uchodźców. Otwieram szafę i kontempluję kotłowaninę rękawów, nogawek i pasków. Wygląda jak wielka bójka, ja zaś wyciągam ręce, zaczynam rozdzielać walczących, apelować o spokój.
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara
P

Przyglądam się, waham. Żenującą myśl „tego już nie noszę” staram się myśleć gdzieś na boku, niezbyt głośno. Przy całej serdeczności serca nie do uniknięcia są wątki pragmatyczne. Rozważania o stylu i modzie. „Tego nigdy nie włożyłam”, „to takie jakieś nie moje”, „takiego czarnego już raczej nie lubię”. Staram się to wszystko myśleć możliwie najciszej. Do ludzi, którzy musieli opuścić swoje życie z jedną reklamówką w ręce, może to nie dojdzie, ale jest w tych myślach coś metafizycznie wręcz niestosownego. Oni nie powinni tego słyszeć nawet podświadomie, astralnie. Zdejmuję rzeczy z wieszaków. Prasuję. Pryskam płynem elektrostatycznym. Z rytualną starannością zdejmuję rolką pyłki, wydłubuję ze splotów tkanin molekuły, drobinki, sierść. Florę i faunę. Próbuję to wszystko możliwie odpersonaliować. Ale oko jest w tej kwestii takie mylne, palce takie grubo ciosane i naiwne. Mikrobiota naszego życia, aura, niedająca się tak po prostu usunąć manualnie.

Pieczołowicie składam. Składam i składam; dla siebie tak nie składam. W języku tego składania, tego origami piszę chyba list do osoby, do której trafią te rzeczy: „Nie wiem, kim jesteś, ale troszczę się o ciebie”. List ten może nigdy nigdzie nie dojdzie. Może piszę go dla siebie. W dodatku ciągle migają gdzieś w oczach niechlubne, niezbalansowane metki. Concepted in France, made in Bangladesh. Made in India. Made in Cambodja. Czy to nie przewrotne, że próbuję naprawić nimi zawalony świat? Tak jakby nic nie było już wolne od krzywdy. Jedną krzywdę można łatać i sztukować tylko inną krzywdą. Jedną niesprawiedliwość osładzać owocami innej. Gasić pożary ogniami. Przekładam do torby. Niezbalansowane bluzki, spodnie i marynarki będą w niej buforować. Przedzierzgać się w niczyje. Dopiero potem powędrują do czyjegoś skasowanego życia.

Torby Ikea to torby nowych czasów. To torby stylistek na sesjach zdjęciowych i przeprowadzających się. Niebieskie domy bezdomnych. Wehikuły zagubionych wędrowców. Przypinamy je do roweru. „Ale jesteśmy dobrzy” – myślę sobie, ale przekąs wynika tu z bezradności. Smutek tej mikropomocy, jej symboliczność i fakt, że pomagamy raczej sami sobie nie czuć się tak potwornie. A z drugiej strony ciuchy to taki konkret, sprawa dojmująco fizyczna, nie symboliczna. Jest wielka różnica między „nie mieć się w co ubrać” a „mieć się w co ubrać”. Ruszamy.

Taka piękna sobota z wielkim niebem, świetlistym powietrzem. Pędzimy w rzece rowerów, hulajnóg i futurystycznych segwayów, oczy pełne słońca, usta pełne spalin. Lubię Warszawę z tej perspektywy pędu: wieżowce, biurowce, bloki, ruiny kamienic, putta z utrąconymi nosami i granice getta; zęby dzwoniące na starym, popękanym jak skóra słonia, poprzerastanym korzeniami drzew asfalcie. Czuję się wtedy jak w grze komputerowej, którą napędzam siłą swoich nóg. Wszystko pędzi. Ludzie! Rowery! Ubery! Dzwonki tramwajów i porykiwania SUV-ów, kierowcy zapatrzeni w ekrany telefonów. Nagle wyraja się z nich zawodzenie syreny. Jak zamek błyskawiczny rozpinający miasto sunie przez sam jego środek rząd rządowych limuzyn. Histeryzują koguty. Policje z lizakami wystawionymi za okno w dostojnym geście, wreszcie antyterroryści z karabinami. Miasto zatrzymuje się zatrwożone. Wszyscy gapią się z pierwotnie rozdziawionymi gębami. „Politycy” – mówi jakiś głos w tłumie. Fascynuje mnie nieodkrywczość tej uwagi. Myśl jak z polskiego serialu, jak z podręcznika „Życie dla klas pierwszych liceów i techników”. „Hej, to była Angela Merkel!” – mówi nagle mój chłopak ze zdziwieniem, jakby dopiero po chwili w myślach zdążył przyjrzeć się dobrze temu wszystkiemu i zajrzeć w okna wielkiej limuzyny. „Miała niebieską sukienkę, widziałem ją!”.

Z powidokiem Angeli Merkel w oczach ruszamy dalej. Zostawiamy ubrania w miejscu zbiórki i jedziemy nad rzekę. Czupryny drzew i chaszczy są jeszcze tak gęste, witalne, wymyte w szamponach koloryzujących. Z ambientu Trasy Łazienkowskiej wyłania się coraz wyraźniejsze dudnienie. Na początku myślę, że to młoty pneumatyczne z jakiejś budowy. Ale to muzyka. Pod mostem trwa ciągle, mimo pory obiadowej, technoparty. Dreszcze basów wstrząsają starym betonem. W jego osypujących się płatkach ostatni tancerze staczają się z parkietu niepewnym, pytającym jakby krokiem. Część jeszcze siedzi na schodach. Rozmawiają bardzo szybko i bardzo wolno jednocześnie. Podnoszą na nas ciężkie oczy, pełne czegoś i bardzo puste jednocześnie. Te pozbawione przyczepności, naćpane oczy są dla mnie jakąś puentą tej wyprawy, w czasie której wielkie sprawy rzucały małe cienie. Widzę je jako wieńczący ją dziwny, długi wielokropek.©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]