Reklama

Slow life

Slow life

26.07.2021
Czyta się kilka minut
Niemal z dnia na dzień katastrofa przestała być figurą neurotycznej wyobraźni. Nadeszła i po prostu jest.
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara
L

Lato ma w sobie zawsze jakiś zaczyn horroru. Nim błyśnie pierwsza siekiera, w przesłonecznionych ogrodach, lodach rozwalonych na asfalcie i wyjaranych na żółto trawnikach migocą nieznacznie drobinki grozy. Bzyczą muchy wokół obciętych uszu dziewcząt. A może to epigenetyczne; może coś w komórkach wie, że lato było też piękne tamtego roku. Ale tegoroczny lipiec jest pod tym względem inny. Jakiś gorszy. Parzące wyziewy betonu, dziwny bezruch, szklący się obraz, słabnięcie i narastanie jednocześnie. A potem nagle huk, harmider, hałas! Salwy wody. Wrażenie akwarium jadącego na pace ciężarówki. Autobusy płynące ulicami. Niemal z dnia na dzień katastrofa przestała być figurą neurotycznej wyobraźni. Nadeszła i po prostu jest. Obiektywizuje się i neutralizuje. Ma już swój banał i swoją nudę, a lada chwila będzie mieć modę, rynek, gadżety. Trzeba w niej jakoś żyć. Spać, chodzić i jeść.

Idę więc po jedzenie. Choć zbiera się na burzę, myślę, że jeszcze zdążę. Stragan, mimo późnej pory i zaciągającego się w przyspieszonym tempie nieba, ciągle obfituje. Emanuje, osypuje się bogactwem. Chora ziemia rodzi wciąż hojnie. Kopce, stosy liści, bulw, owoców, korzeni. Ścięte głowy kapust i kalafiorów. Piramidy tych bezokich łbów. W katastrofie obfitość, dobrobyt; w klęsce urodzaj. Niebo pomrukuje ze wstępną, ostrzegawczą irytacją. Jest dziwnie ciemno, jakoś żółtawo, posępnie. W nienaturalnym świetle ulice zawsze wyglądają jak scenografia spektaklu.

Jego gwiazda, kobieta przede mną kupuje długo, z namysłem. Z namysłem albo właśnie bez namysłu, nigdy nie wiesz. W tym rosnącym napięciu ogarnia ją jakaś właśnie przekorna niespieszność. Zna sprzedawcę, zwraca się doń po imieniu, właściwie jest tu u siebie. Wybiera, przebiera, sprawdza, obiera. Domaga się dzielenia, zmniejszania i zwiększania standardowych warzyw, personalizowania pod siebie kalafiorów i woreczków z bobem. Z kupowania warzyw robi etiudę „Moja kolacja i ja”. Głównie „i ja”. W wiotkim nadgarstku jednej ręki, który jest tak wiotki, że trzyma go drugą ręką, miętoli, niby bilecik balowy, rasowy portfelik. W miejscu łusek karpia tkwią w nim karty kredytowe i lojalnościowe. W miejscu zdjęć krewnych – karnety na jogę i siłownię.

Jak wiadomo, nie ma teatru bez publiczności. W tym wypadku ja – z siatką nerwowo zmiętą w dłoni jak program przedstawienia, trochę widz, zakładnik, a trochę techniczny, bo czarne chmury wiszą już tak nisko, że zaraz będę musiała wyciągnąć ręce i je nad nami trzymać. „I jeszcze ogórki – mówi kobieta do sprzedawcy. – Bo wiesz, jak to u mnie jest… Co roku to samo. Nastawiam, a później zapominam. Ile soli? Nigdy nie wiem. Trudno, sprawdzę w internecie. Chyba że pani będzie chciała te ogórki?” – zwraca się nagle w przypływie empatii do mnie. Może czuje napieranie mojego ciała astralnego. A może znudziła się występem solo. Chce widza aktywnego, zaangażowanego. Zróbmy te zakupy wspólnie, a może nawet razem nastawmy małosolne i załóżmy kompost.

Coś tam jej odgburzam. Bo na mój mózg schodzą się coraz gwałtowniejsze alerty RCB. Czy zabezpieczyłam rzeczy, które może porwać wiatr? Ona wygłasza jakieś apologie bobu, a ja myślę tylko (głosem Klocucha): „No weź już, babo”. Może sobie wyobraża, że poszła na targ w Prowansji i buszuje w lawendzie i ostrygach, nie licząc godzin i lat. Ale to tylko padół mazowiecki, koper, ziemniaki, czwartek. Wiatr targa już parasolami, przewraca kartony. Zwiędłe liście botwinki zaczynają ociężale, bez przekonania, łopotać. Piramidy kapust – drżeć w posadach, obsuwać się, zagrożenie lawinowe rośnie. Okna w budynkach trzaskają, tęczowe flagi na balkonach dramatycznie się wzdymają i aktywnie promują homoseksualizm.

Na tym straganie widziałam już różne rzeczy. Prowadzą go trzej mężczyźni i prawie zawsze mają tam kolejkę bab. Nierzadko się zdarzy troublemakerka. Z kupowania kapusty zrobi zaginiony film Bergmana. „Taka mała?” – biadoli. „Taka duża?” – szepcze gorzko, gardłowo. „To może oberwać pani liście?”. „Nie, bo właśnie te zewnętrzne najlepsze”. „To zostawić?”. „Nie, bo takie jakieś duże, za duże”. Po pięciu minutach targów i negocjacji z krzywą miną przyjmuje ufryzowaną według własnego projektu kapustę. I wtedy pada coś w rodzaju: „Można płacić w euro? Nie?! A czekiem?”. Kobieta w szoku. Szczerze mówiąc, zaraz się popłacze. Głowa ląduje z powrotem na piramidzie, smutna, penitencjarnie wygolona.

Tymczasem biorę swoje pomidory i pędzę do domu. Mój katastroficzny pośpiech nie udziela się nikomu. Jest spokojnie, spokojnie jak na wojnie. Matki bujają bobasy i pokazują im przelatujące klimatyzatory. Porwane parasole pędzą jak dmuchawce. Bezdomny pan rozsiada się na ławce i otwiera sobie piwko, jak to przed meczem. Ktoś przypina rower, ktoś je loda. Można się przyzwyczaić. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Czekałem jeszcze na hit polskiego straganu, bestseller wśród pytań, pytanie które ścina mnie z nóg i razi wulkanem wewnętrznych piorunów do granic. Ten zenit głupoty, braku zorganizowania, przyzwyczajenia nieprawdopodobnie silnego jak oddychanie. Pytanie: "czy nie ma Pani drobnych?", "A końcóweczkę?", "może 76 groszy?". Pytanie zadane osobiście powoduje potężną destrukcję układów limfatycznych i nerwowych, po czym jestem w stanie wybełkotać "nie mam" a miedzy tymi sześcioma literami jest - przyznaję - ten jad polsko-polski, ta wojna, ten cały bluzg który, dla dobra świata i jego poprawy w średnim terminie, należałoby wykonać. Pytanie to skierowane do osoby przede mną ma w swym zamierzeniu tylko odrobinę agresji. Jednak odpowiedź zapowiadająca dodatkowe 5 minut postoju z wrzynającą się w rękę siatką, naręczem warzyw, które właśnie 10 minut temu wybrałem, trzema doniczkami ziół i już płynącymi malinami gdzieś pod brodą, brzmi tak: "zaraz znajdę". Majestatycznie wtedy na pierwszy plan wylatuje portmonetka, taka zwykle szeroka, jakby na dokumenty, albo franki francuskie kiedyś, portfel wspomnień, własnie zdjęcia dzieci, zamykana przegródka, tfuu - przegroda! na drobne i grzebanie, grzebanie, liczenie, dodawanie, wykładanie, "niech Pani sprawdzi", "ile tu jest?". Ojej, to działa terapeutycznie.

Tym razem 1:0 dla Marcina.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]