Slow life

Niemal z dnia na dzień katastrofa przestała być figurą neurotycznej wyobraźni. Nadeszła i po prostu jest.
Czyta się kilka minut
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara /
Dorota Masłowska / fot. Grażyna Makara /

Lato ma w sobie zawsze jakiś zaczyn horroru. Nim błyśnie pierwsza siekiera, w przesłonecznionych ogrodach, lodach rozwalonych na asfalcie i wyjaranych na żółto trawnikach migocą nieznacznie drobinki grozy. Bzyczą muchy wokół obciętych uszu dziewcząt. A może to epigenetyczne; może coś w komórkach wie, że lato było też piękne tamtego roku. Ale tegoroczny lipiec jest pod tym względem inny. Jakiś gorszy. Parzące wyziewy betonu, dziwny bezruch, szklący się obraz, słabnięcie i narastanie jednocześnie. A potem nagle huk, harmider, hałas! Salwy wody. Wrażenie akwarium jadącego na pace ciężarówki. Autobusy płynące ulicami. Niemal z dnia na dzień katastrofa przestała być figurą neurotycznej wyobraźni. Nadeszła i po prostu jest. Obiektywizuje się i neutralizuje. Ma już swój banał i swoją nudę, a lada chwila będzie mieć modę, rynek, gadżety. Trzeba w niej jakoś żyć. Spać, chodzić i jeść.

Idę więc po jedzenie. Choć zbiera się na burzę, myślę, że jeszcze zdążę. Stragan, mimo późnej pory i zaciągającego się w przyspieszonym tempie nieba, ciągle obfituje. Emanuje, osypuje się bogactwem. Chora ziemia rodzi wciąż hojnie. Kopce, stosy liści, bulw, owoców, korzeni. Ścięte głowy kapust i kalafiorów. Piramidy tych bezokich łbów. W katastrofie obfitość, dobrobyt; w klęsce urodzaj. Niebo pomrukuje ze wstępną, ostrzegawczą irytacją. Jest dziwnie ciemno, jakoś żółtawo, posępnie. W nienaturalnym świetle ulice zawsze wyglądają jak scenografia spektaklu.

Jego gwiazda, kobieta przede mną kupuje długo, z namysłem. Z namysłem albo właśnie bez namysłu, nigdy nie wiesz. W tym rosnącym napięciu ogarnia ją jakaś właśnie przekorna niespieszność. Zna sprzedawcę, zwraca się doń po imieniu, właściwie jest tu u siebie. Wybiera, przebiera, sprawdza, obiera. Domaga się dzielenia, zmniejszania i zwiększania standardowych warzyw, personalizowania pod siebie kalafiorów i woreczków z bobem. Z kupowania warzyw robi etiudę „Moja kolacja i ja”. Głównie „i ja”. W wiotkim nadgarstku jednej ręki, który jest tak wiotki, że trzyma go drugą ręką, miętoli, niby bilecik balowy, rasowy portfelik. W miejscu łusek karpia tkwią w nim karty kredytowe i lojalnościowe. W miejscu zdjęć krewnych – karnety na jogę i siłownię.

Jak wiadomo, nie ma teatru bez publiczności. W tym wypadku ja – z siatką nerwowo zmiętą w dłoni jak program przedstawienia, trochę widz, zakładnik, a trochę techniczny, bo czarne chmury wiszą już tak nisko, że zaraz będę musiała wyciągnąć ręce i je nad nami trzymać. „I jeszcze ogórki – mówi kobieta do sprzedawcy. – Bo wiesz, jak to u mnie jest… Co roku to samo. Nastawiam, a później zapominam. Ile soli? Nigdy nie wiem. Trudno, sprawdzę w internecie. Chyba że pani będzie chciała te ogórki?” – zwraca się nagle w przypływie empatii do mnie. Może czuje napieranie mojego ciała astralnego. A może znudziła się występem solo. Chce widza aktywnego, zaangażowanego. Zróbmy te zakupy wspólnie, a może nawet razem nastawmy małosolne i załóżmy kompost.

Coś tam jej odgburzam. Bo na mój mózg schodzą się coraz gwałtowniejsze alerty RCB. Czy zabezpieczyłam rzeczy, które może porwać wiatr? Ona wygłasza jakieś apologie bobu, a ja myślę tylko (głosem Klocucha): „No weź już, babo”. Może sobie wyobraża, że poszła na targ w Prowansji i buszuje w lawendzie i ostrygach, nie licząc godzin i lat. Ale to tylko padół mazowiecki, koper, ziemniaki, czwartek. Wiatr targa już parasolami, przewraca kartony. Zwiędłe liście botwinki zaczynają ociężale, bez przekonania, łopotać. Piramidy kapust – drżeć w posadach, obsuwać się, zagrożenie lawinowe rośnie. Okna w budynkach trzaskają, tęczowe flagi na balkonach dramatycznie się wzdymają i aktywnie promują homoseksualizm.

Na tym straganie widziałam już różne rzeczy. Prowadzą go trzej mężczyźni i prawie zawsze mają tam kolejkę bab. Nierzadko się zdarzy troublemakerka. Z kupowania kapusty zrobi zaginiony film Bergmana. „Taka mała?” – biadoli. „Taka duża?” – szepcze gorzko, gardłowo. „To może oberwać pani liście?”. „Nie, bo właśnie te zewnętrzne najlepsze”. „To zostawić?”. „Nie, bo takie jakieś duże, za duże”. Po pięciu minutach targów i negocjacji z krzywą miną przyjmuje ufryzowaną według własnego projektu kapustę. I wtedy pada coś w rodzaju: „Można płacić w euro? Nie?! A czekiem?”. Kobieta w szoku. Szczerze mówiąc, zaraz się popłacze. Głowa ląduje z powrotem na piramidzie, smutna, penitencjarnie wygolona.

Tymczasem biorę swoje pomidory i pędzę do domu. Mój katastroficzny pośpiech nie udziela się nikomu. Jest spokojnie, spokojnie jak na wojnie. Matki bujają bobasy i pokazują im przelatujące klimatyzatory. Porwane parasole pędzą jak dmuchawce. Bezdomny pan rozsiada się na ławce i otwiera sobie piwko, jak to przed meczem. Ktoś przypina rower, ktoś je loda. Można się przyzwyczaić. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2021