Reklama

Nic się nie stało, lewico, nic się nie stało...

Nic się nie stało, lewico, nic się nie stało...

23.10.2018
Czyta się kilka minut
Te wybory przegrała lewica. Kolejny raz sprowadzona do roli przystaweczki. A potem ze smakiem schrupana. Schrupana przez liberałów.
Jan Śpiewak głosuje w wyborach samorządowych, Warszawa, 21 października 2018 r.
Jan Śpiewak głosuje w wyborach samorządowych, Warszawa, 21 października 2018 r. / fot. MARIUSZ GRZELAK / REPORTER
C

Czekamy na wyniki do rady miasta, ale na razie wygląda na to chyba, że wracam do pisania doktoratu :) – napisał na Twitterze Jan Śpiewak. Apetyty były wielkie. Od Śpiewaka miało się zacząć rozłupywanie dominującego w polskiej polityce duopolu PO-PiS. Liczono, że jako odważny pogromca reprywatyzacyjnych układów roznieci zapał w przygasającej ostatnio Partii Razem. Pozbiera polityczny kapitał aktywistów miejskich, ruchów lokatorskich, osamotnionych symetrystów i zniesmaczonych normalsów. Połączy jedną polityczną opowieścią prekariuszy różnych klas społecznych. Pogodzi autentycznie skrzywdzonych polityką mieszkaniową Hanny Gronkiewicz-Waltz z nową klasą średnią z miasteczka Wilanów.

Ale się nie udało. Mimo paru dobrych pomysłów i niewątpliwych talentów politycznych Śpiewak dostał w Warszawie trzy procent. Dodajmy do tego mniej więcej drugie tyle dla pozostałych lewicujących kandydatów: Justyny Glusman, Andrzeja Rozenka czy Piotra Ikonowicza. Wyjdzie w sumie około 6. To w Warszawie. W innych miastach nie było nawet tego. Kandydaci partii Razem czy Zielonych nie potrafili nawet zbudować jakiejkolwiek elementarnej rozpoznawalności. Nie znalazł się też żaden nowy Robert Biedroń, który by wyciął numer, biorąc jakieś miasto wbrew zastanym układom i układzikom. Klęskę poniósł również SLD. Owszem, paru działaczy (Częstochowa, Rzeszów) utrzymało stanowiska drogą zasiedzenia. Nowych zdobyczy jednak nie widać. Zaś w sejmikach i radach ogólnopolskie 6 proc. też na niewiele się przełoży.

Klęska? Klęska. Dlaczego? Na to pytanie akurat bardzo łatwo odpowiedzieć. Lewica w wyborach 2018 roku znów została ze smakiem spałaszowana. Szukacie tych, którzy wygrali, pożerając lewicową przystaweczkę? Szukajcie tam, gdzie Koalicja Obywatelska święciła największe triumfy. W Warszawie, Łodzi czy w Poznaniu.

W polskiej publicystyce „przystawkami” zwykło się nazywać świętej pamięci koalicjantów Prawa i Sprawiedliwości z lat 2005-07. Samoobrona i LPR wchodziły wówczas we współpracę z Kaczyńskimi grubiutkie i pewne siebie. Po dwóch latach było już po nich. Nie przeczę, że to Kaczyńskiemu zawdzięczamy polityczny koniec partii Leppera i Giertycha. Zawsze mnie jednak dziwiło, dlaczego tak niewielu zauważa, że analogiczny mechanizm pozbywania się politycznych konkurentów funkcjonuje po stronie liberalnej. I to może nawet funkcjonuje sprawniej, bo po cichu i systemowo. 

Jak działa pożeranie przystaweczki przez liberałów widać było w tych wyborach doskonale. Taktyka Koalicji Obywatelskiej od początku obliczona została na stworzenie przekonania, że największym zagrożeniem dla polskiej demokracji jest dziś PiS. A cała reszta – jak gospodarka, sprawy socjalne, światopoglądowe – się teraz nie liczą. Mówiono wyborcom, że „czasy nie są normalne” i „trzeba się opowiedzieć”.

Jedni (Włodzimierz Czarzasty) wskoczyli w tę opowieść gorliwie i od razu. Tych, którzy się ociągali – obłaskawiano (Barbara Nowacka). Zaś pozostałych (nieliczni) bezceremonialnie wyklęto: wedle zasady „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Kto nie popiera kandydatów KO, ten jest winny demontażu polskiej praworządności, nienawidzi obcych i chce wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Na koniec mobilizująco podziałały jeszcze obiecujące sondaże (np. Patryka Jakiego w Warszawie).  W efekcie większość lewicowego elektoratu, głównie wielkomiejskiego, zagłosowała na KO. Może i z przekonaniem, że Trzaskowski i Zdanowska to nie do końca jest to, no ale przecież nie chcemy, żeby metropolie wpadły w łapska PiS-u. W efekcie PiS-owscy barbarzyńcy zostali faktycznie od murów Warszawy, Łodzi czy Poznania odparci. Ale stało się to kosztem kandydatów takich jak Śpiewak. „Sorry Janku, może i masz rację, ale teraz ratujemy Polskę przed Kaczyńskim...”

Co dalej? Wielu lewicowych polityków czy komentatorów będzie pewnie powtarzać, że w wyborach 2018 nic się nie stało. Ot normalka, bo Polacy lewicy nie czują i nie rozumieją. I to oczywiście czysty przypadek, że od prawie 20 lat na lewo od liberałów w polskiej polityce nic znaczącego nie wyrosło. Einstein mawiał, że miarą szaleństwa jest robienie ciągle tego samego w nadziei osiągnięcia odmiennych efektów. Lewica powinna sobie nad tym w nadchodzących miesiącach pomyśleć.

Czytaj także: Andrzej Stankiewicz: Kaczyński złapał zadyszkę

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]