W historii III RP każda ekipa rządząca przeżywała moment, w którym spora część opinii publicznej zaczynała uważać, że zwycięska formacja niewiele różni się od poprzedników. Popełnia podobne błędy i wykazuje patologiczne zachowania. Często są to oskarżenia przesadzone, ale mocno wpływają na wyniki w sondażach. Niewykluczone, że obserwujemy właśnie taki moment w odniesieniu do koalicyjnego rządu Donalda Tuska, spowodowany przez lewicę, a konkretnie przez jej przedstawicieli kierujących Ministerstwem Nauki.
Afera wokół IDEAS NCBR
Poszło o odwołanie prof. Piotra Sankowskiego z funkcji prezesa zajmującej się sztuczną inteligencją spółki IDEAS NCBR. Ten wybitny w skali światowej ekspert od AI, zdobywca najbardziej prestiżowych grantów, został zastąpiony przez dr. hab. Grzegorza Borowika, człowieka bliskiego politykom lewicy – kolegę ministra nauki Dariusza Wieczorka i ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego. Oficjalnie oczywiście przeprowadzono konkurs, a decyzję podjęła rada nadzorcza spółki.
Sankowski został odwołany, choć to on był założycielem IDEAS NCBR w 2021 r., skompletował zespół i zdobył granty na badania wokół AI. Oficjalną przesłanką rezygnacji z jego usług były, jak przekonywał wiceminister nauki Maciej Gdula, straty spółki. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że to pretekst, bo wyniki finansowe raz były lepsze, a raz gorsze i nie one były zresztą celem istnienia IDEAS. Stąd decyzja wyjątkowo oburzyła wiele osób ze środowiska polskiej nauki.
Z rady IDEAS wystąpili w ramach protestu niemal wszyscy wybitni eksperci, a sprawa trafiła na czołówki serwisów medialnych, także tych przychylnych obecnej władzy. „Gazety Wyborcza” określiła sprawę IDEAS „Janowem obecnej władzy”, zwracając uwagę, że mechanizm jest podobny jak w stadninie w Janowie w 2016 r. za epoki PiS. Tam również światowej sławy eksperta zastąpił wówczas partyjny nominat.
Z ostrą krytyką działań resortu nauki wystąpili nawet niektórzy klubowi koledzy ministrów Wieczorka i Gawkowskiego. „Dramatyczna sytuacja w polskiej nauce to fakt. Z różnych środowisk płynie ta sama opowieść. Brak kompetencji i buta w ministerstwie podlana sosikiem skoku na stołki. Krytykowałam te mechanizmy za PiS, będę krytykować nadal” – napisała na portalu X Marcelina Zawisza z Razem.
W tych okolicznościach atmosfera polityczna wokół lewicy mocno zgęstniała. Media były pełne tekstów o listach protestacyjnych do premiera Tuska, pisanych z nadzieją, że „wścieknie się” i zrobi porządek z koalicjantem. A „Rzeczpospolita” pytała w nagłówku: „Kogo utopi minister Maciej Gdula – naukę, lewicę czy rząd?”.
Tusk najwyraźniej rzeczywiście „wściekł się”, bo liderzy lewicy zaczęli gwałtownie odkręcać aferę wokół IDEAS NCBR. Minister nauki Dariusz Wieczorek wraz z wicepremierem i ministrem cyfryzacji Krzysztofem Gawkowskim spotkali się z prof. Sankowskim i obiecali mu utworzenie nowego instytutu, zajmującego się AI. „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój” – tak wspólne zdjęcie całej trójki skomentował na portalu X Włodzimierz Czarzasty.

Lewica w kłopotach
Ale częściowe ugaszenie pożaru po aferze nie rozwiązuje problemów lewicy, których skumulowało się w ostatnim czasie bardzo wiele. Głównie za sprawą działalności resortu nauki, choć swój wkład miał i resort cyfryzacji. A to przecież dwa z trzech ministerstw kierowanych przez przedstawicieli lewicy.
W kwestii działalności resortu cyfryzacji, atmosferę wokół podlegających wicepremierowi Gawkowskiemu instytucji – Centralnego Ośrodka Informatyki i Narodowej Akademickiej Sieci Komputerowej – dobrze charakteryzuje jeden z wpisów na portalach społecznościowych: „Kochani. Lewica się nie zatrzymuje. Po bezceremonialnym zamachu na stołek w IDEAS NCBR widzimy, że nasi milusińscy z subtelnością armii czerwonej dokonują czystek w COI i NASK”.
Nagromadzeniu społecznych frustracji trudno się dziwić, bo lewica stworzyła koalicji rządowej wiele innych politycznych kłopotów. Wcześniej była choćby sprawa Bartłomieja Ciążyńskiego, wiceministra sprawiedliwości, który płacił służbową kartą za benzynę na prywatnych wakacjach. Przed objęciem fotela w resorcie sprawiedliwości był zaś typowym partyjnym nominatem w należącym do Sieci Łukasiewicz Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii i doprowadził do odejścia kompetentnej szefowej PORT.
Z gwałtownymi protestami wielu naukowców spotkał się też projekt nowej ustawy o Polskiej Akademii Nauk, przygotowany w resorcie nauki, a przez obecne kierownictwo akademii uznawany za skok lewicy na majątek PAN oraz jej niezależność. Według pojawiających się doniesień, w operacji tej chodzić może też o drobniejsze, ale konkretne sprawy. Np. o ośrodek PAN w Kosewie Górnym na Mazurach, znany z posiadania hodowli jeleni, pozostałość po zlikwidowanym Instytucie Parazytologii PAN. Teren ten sąsiaduje bowiem z nieruchomością czołowego działacza Stowarzyszenia Ordynacka i byłego ministra w rządach SLD, więc powstał plan, by na obu połączonych terenach utworzyć pole golfowe.
Środowiska naukowe to poważna część elektoratu obecnej koalicji. Nie może zatem dziwić reakcja liderów lewicy, być może zainspirowana przez „wściekłego” premiera Tuska. W związku z gaszeniem pożaru wokół IDEAS postanowili oni zorganizować bodaj pierwsze od powstania rządu nieformalne spotkanie z grupą dziennikarzy, podczas którego zakomunikowali o sposobie rozwiązania problemu prof. Sankowskiego oraz poinformowali o innych politycznych planach formacji. Znamienny był zresztą skład liderów, którzy spotkali się z dziennikarzami – poza Włodzimierzem Czarzastym, Marcinem Kulaskiem i Anną Marią Żukowską wzięła w nim udział Dorota Olko z Razem, co miało pokazać, że klub lewicy jest wciąż zjednoczony.
Razem czy osobno
Wiele jednak wskazuje na to, że to tylko pozory. Koalicyjny Klub Parlamentarny Lewicy jest dziś najmniejszym w koalicji rządowej, liczy 26 posłów, a niebawem może być jeszcze mniejszy. Będąca jego częścią partia Razem (od początku znajdująca się formalnie poza rządem, ale go wspierająca) jest właściwie jedną nogą w opozycji i cały czas zastanawia się, czy nie wyjść z klubu. W samym Razem jest w tej sprawie głęboki podział, a do rozstrzygnięcia dylematu „wyjść czy nie wyjść” ma się przyczynić referendum wśród członków partii. Ostateczną decyzję ma zaś podjąć kongres Razem w końcu października. Niewykluczone więc, że niedługo Koalicyjny Klub Lewicy będzie liczył nie 26 posłów, a 19.
W sejmowych kuluarach można usłyszeć, że kierownictwo drugiej składającej się na klub partii, Nowej Lewicy (dowodzonej przez Czarzastego i mało aktywnego w krajowej polityce Roberta Biedronia), stara się akcję rozłamową Razem maksymalnie ograniczyć. Jak przyznają nieoficjalnie politycy z tego środowiska, zdecydowanymi zwolennikami wyjścia z klubu i przejścia do twardej opozycji wobec rządu Tuska są Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza i Maciej Konieczny. Natomiast Dorota Olko i Daria Gosek-Popiołek są za pozostaniem, podobnie jak wicemarszałek Senatu Magdalena Biejat.
– Razem jest przekonane, że niedługo z Nowej Lewicy nic nie zostanie, bo wchłonie ją Koalicja Obywatelska. Zandberg z Zawiszą liczą, że wtedy to oni staną się jedynymi depozytariuszami sztandaru – przyznaje polityk KO.
Dlatego też kierownictwo Nowej Lewicy stara się wciąż dowartościowywać przeciwników wyjścia z Razem. W tym kontekście nie dziwi udział Doroty Olko w spotkaniu z dziennikarzami, wspólnie z wąskim kierownictwem Nowej Lewicy. Ostatnio pojawiły się też kuluarowe plotki, że nie można wykluczyć, iż to Biejat będzie kandydatką całego lewicowego bloku w wyborach prezydenckich. Mimo że wcześniej przedstawiciele Nowej Lewicy kategorycznie przeciwstawiali się pomysłowi, by prezydenckim kandydatem był ktoś z Razem.
Sytuacja wokół wyborów prezydenckich mocno się jednak skomplikowała, bo nikt w Nowej Lewicy nie pali się do kandydowania. Ostatnio z propozycji startu miała zrezygnować nawet dotychczasowa faworytka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Jak można usłyszeć od działaczy lewicy, w partii nie ma chętnych do wyścigu o Pałac, bo dominuje przekonanie, iż wybory prezydenckie ciągną partię w dół.
– Wszyscy myśleli, że gorszego wyniku niż Magdalena Ogórek w 2015 r., czyli 2,38 proc., nie można zrobić. Okazało się jednak, że Robert Biedroń pięć lat później zdobył jeszcze mniej głosów: 2,22 proc. I to pomimo bardzo aktywnej kampanii – mówi były polityk lewicy.
Magdalena Biejat ma w opinii środowiska tę zaletę, że nie mówi „nie”, a także jest kobietą, co lewica uznaje za jeden ze wstępnych prezydenckich warunków. Poza tym, przypominają niektórzy, całkiem nieźle zaprezentowała się w kwietniowych wyborach na prezydenta Warszawy. Wiele wskazuje na to, że kwestia decyzji o kandydacie na prezydenta Polski rozwiąże się być może 7 grudnia, na konwencji podsumowującej rok obecności Nowej Lewicy w rządzie Tuska. – Chodzi o to, byśmy wraz z nowym rokiem rozpoczęli kampanię – mówi jej prominentny polityk.
Mglista przyszłość Czarzastego
Zarazem można jednak usłyszeć, że najchętniej lewica, która nie ma przecież szans na zwycięstwo w wyścigu o Pałac, zgodziłaby się na wspólnego kandydata Koalicji 15 października, jeśli taki by się pojawił. Tym bardziej że za jego poparcie można by wynegocjować na przykład dodatkowe stanowisko w rządzie. To jednak może być trudne, bo w pozostałych ugrupowaniach koalicyjnych panuje przekonanie, że lewica z trzema resortami jest i tak nadreprezentowana w gabinecie Tuska.
Dodatkową komplikacją ewentualnych politycznych zdobyczy jest sytuacja w samej Nowej Lewicy. W ubiegłym tygodniu polityczne kuluary obiegła pogłoska, że być może na planowanej na weekend 5-6 października Radzie Krajowej Nowej Lewicy dojdzie do zmiany na czele partii i Włodzimierza Czarzastego oraz Roberta Biedronia zastąpią jako współprzewodniczący Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Krzysztof Gawkowski.
Według niektórych działaczy informacje te nie były jedynie plotkami, bo dawni działacze środowiska Wiosny, czyli rozwiązanej już partii Biedronia, rzeczywiście do tego dążyli. Według relacji jednego z nich, Czarzasty miał nawet początkowo poprzeć takie zmiany, a jedynym jego żądaniem było pozostawanie we władzach Anny Marii Żukowskiej, obecnej szefowej klubu parlamentarnego. Pomysł wymiany, jak można usłyszeć, miał m.in. służyć powstrzymaniu Razem przed opuszczeniem klubu, jednak był też wyrazem niechęci do obecnego kierownictwa.
Czarzasty od dawna ma wielu wrogów na lewicy. Niektórym nie podoba się jego przeszłość, zwłaszcza ciągnący się za nim cień afery Rywina. Ale ważniejsze są jego rządy w SLD przed połączeniem z Wiosną, które były ciągiem kolejnych awantur i odejść. Partie opuścili m.in. tacy działacze jak Andrzej Rozenek, wicemarszałek Senatu ubiegłej kadencji Gabriela Morawska-Stanecka, a nawet dawny druh Czarzastego Robert Kwiatkowski, obecnie członek Rady Mediów Narodowych. – Czuję się, jakbym wyszedł z rodziny przemocowej – mówi o współpracy z Czarzastym jeden z byłych posłów.
Obecni parlamentarzyści z klubu lewicy przyznają jednak, że ostatnio sytuacja się poprawiła, a Czarzasty nieco się zmienił. – Kiedyś nie było demokracji, partią zarządzano z góry, o wielu rzeczach nas nie informowano. Teraz jest lepiej, bo wszyscy uznali, że na konfliktach nikt nie zyskuje – mówi poseł lewicy.
Lewica chce się reformować
Być może to właśnie spowodowało, że tym razem Czarzastemu udało się (na razie) zażegnać groźbę wymiany kierownictwa. W Nowej Lewicy zgodzono się, że podczas posiedzenia Rady Krajowej (tekst piszę przed obradami) nakreślony zostanie plan dokonania zmian w statucie, które zatwierdzi kongres partii w maju 2025 r.
Zmiany mają polegać na likwidacji dualizmu władz i istnienia frakcji dawnej Wiosny i SLD. Na każdym szczeblu dwóch współprzewodniczących ma być zastąpionych przez jednego, a na końcu ma dojść do wyboru jednego przewodniczącego całej Nowej Lewicy. Niemniej, jak przekonują działacze partii, dojdzie do tego dopiero w końcu 2025 r.
Sam Czarzasty już podczas jednego z wiosennych zarządów miał zadeklarować, że nie będzie się więcej ubiegać o fotel lidera, podobnie jak Robert Biedroń. Czarzastemu jednak nie wszyscy wierzą, bo już kilka lat temu zapowiadał swoje rychłe odejście.
Od niektórych działaczy można usłyszeć, że ich szef – owszem – zrezygnuje, ale tylko wtedy, gdy będzie pewien, że uda mu się przesiąść na stanowisko marszałka Sejmu w listopadzie 2025 r., zgodnie z zapisem umowy koalicyjnej. Zapis ten, wobec słabości politycznej lewicy, jest dziś często kwestionowany przez przedstawicieli innych ugrupowań, zwłaszcza Trzeciej Drogi, wspierającej obecnego marszałka Szymona Hołownię.
– Najważniejsze dla Włodka jest zdobycie fotela marszałka w drugiej połowie kadencji Sejmu. Chce w ten sposób honorowo zakończyć działalność polityczną i jest w stanie nawet poświęcić stanowisko przewodniczącego . Poza tym ma świadomość, że objęcie funkcji marszałka bardzo umocni lewicę – mówi jej prominentny polityk, choć są i tacy, którzy uważają, że w określonych okolicznościach Czarzasty byłby gotów zrzec się obiecanego marszałkowania. Na przykład wtedy, gdyby lewica została bardziej wzmocniona w rządzie.
Na razie jednak jej polityczne aktywa maleją, a nie rosną. Symbolem tego jest sprawa posłanki Pauliny Matysiak. Ta związana z Razem parlamentarzystka już jakiś czas temu podjęła współpracę z Marcinem Horałą z PiS, zakładając wspólnie stowarzyszenie „Tak dla Rozwoju”. Zrobiła to mimo negatywnego stanowiska nie tylko klubu, ale i jej macierzystej partii Razem. W efekcie została zawieszona w prawach członka klubu, ale to nie powstrzymało jej przed podejmowaniem innych podobnych aktywności. Niedawno wzięła np. udział w wymyślonym w epoce PiS i kojarzonym z tą partią kongresie Polska Wielki Projekt. Również posłowie PiS (oraz Konfederacji) spowodowali, że podczas ostatniego posiedzenia Sejmu nie udało się odwołać Matysiak z sejmowej komisji infrastruktury – Sławomir Mentzen pochwalił się tym nawet na portalu X.
Political fiction
Po tej serii zdarzeń nawet parlamentarzyści Razem są za wyrzuceniem Matysiak z partii i klubu. Ale są też tacy, którzy zwracają uwagę, iż czasem w polityce zdarza się coś niespodziewanego. I snują scenariusz, że gdyby Czarzasty miał zostać wbrew umowie koalicyjnej pozbawiony fotela marszałka, lewica mogłaby podjąć luźną współpracę rządową z PiS i Konfederacją, zapewniając w ten sposób marszałkowanie Czarzastemu. Wtedy droga przetarta przez Matysiak okazałaby się potrzebna.
Na dziś to zupełne political fiction, ale nie zmienia ono faktu, że lewica przez pozostałych koalicjantów traktowana jest jako najmniej przewidywalny jej uczestnik. Zaczęło się to już wczesną wiosną, gdy w ramach atmosfery kampanijnej posłowie lewicy wszczęli awanturę wokół przełożenia w Sejmie (na czas po wyborach samorządowych) głosowania czterech projektów ustaw aborcyjnych. Marszałek Sejmu Szymon Hołownia stał się wówczas przedmiotem ostrego ataku przy użyciu niewybrednych epitetów. Po wyborach projekty rzeczywiście trafiły do komisji, ale lipcowa próba uchwalenia ustawy o dekryminalizacji aborcji się nie powiodła – za sprawą PSL.
Dziś lewica wraca do tej sprawy; z kolei walkę o prawa kobiet zapowiada Robert Biedroń, przekonując, że rezygnacja ze starań o legalną aborcję będzie oznaczać dla lewicy porażkę w wyborach. Czekają nas więc kolejne wewnątrzkoalicyjne konflikty o złożony ponownie projekt ustawy. Czy wydobędzie to lewicę z politycznego dołka, w który wpadła za sprawą wewnętrznego chaosu i niefortunnych decyzji resortu nauki?
– Po co wyborcy lewicy mają na nią głosować, skoro drugą, silniejszą lewicę mają w Koalicji Obywatelskiej. Moim zdaniem do wyborów prezydenckich będzie po lewicy pozamiatane – przekonuje konserwatywny polityk PSL. Ale podobnie wypowiadają się też inni. Były ważny poseł lewicy, dziś w KO, pytany o ocenę sytuacji w jego byłej formacji, mówi: – Nic nie powiem. Nie będę kopać leżącego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















