Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Lek na raka obala teorię Einsteina

Lek na raka obala teorię Einsteina

15.08.2015
Czyta się kilka minut
Informacje o odkryciach naukowych poruszają opinię publiczną. Przynoszą też korzyść nauce. O ile mają z nią cokolwiek wspólnego.
Neil Ibata współpracował z ojcem, astrofizykiem, pisząc mu skrypty wspomagające komputerowe opracowanie badań. Ale media dostrzegły w nim kogoś więcej... Fot. Jean-Marc Loos / REUTERS / FORUM
W

Wszyscy znamy ten news. Po latach badań amerykańscy naukowcy odkrywają lek na raka, który potwierdza sekrety starożytnej medycyny hinduskiej: otóż kawa zawiera związek chemiczny pozwalający na skonstruowanie baterii tysiąc razy pojemniejszej od zwykłych, co umożliwia astronomom zaobserwowanie potężnej czarnej dziury w centrum Galaktyki, która co roku pożera kilkaset planet łudząco podobnych do Ziemi.

Skąd się wziął? Przecież news naukowy przechodzi prostą drogę: od odkrycia do dziennikarza, który je opisuje. Przyjrzyjmy się dwóm takim „prostym historiom”: od hermetycznego naukowego slangu u źródła, po medialny nagłówek, któremu nie potrafimy się oprzeć.

Etap pierwszy: naukowiec

Naukowcy, przynajmniej teoretycznie, nie powinni przejmować się popularnością swoich badań. Ba, istnieje przecież archetyp uczonego-samotnika, zgłębiającego arkana swej sztuki w oddali od spraw tego świata. Model ten cieszy się zresztą niegasnącą popularnością; genialny naukowiec we współczesnych filmach niemal zawsze jest osobą nierozumianą, aspołeczną, gardzącą opinią innych: jak John Nash w „Pięknym umyśle”, Stephen Hawking w „Teorii wszystkiego” albo Alan Turing w „Grze tajemnic”.

Jeszcze w 1938 r. zoolog i statystyk Lancelot Hogben, bojąc się o swoją nominację do prestiżowego Royal Society, musiał wypierać się popularności, którą przyniosła mu bestsellerowa książka „Mathematics for the Million”. Jego kolega po fachu, Hyman Levy, podobno podszywał się pod niego na spotkaniach z publicznością. W latach 90. krążyły plotki, że nieprzyjęcie astronoma Carla Sagana do amerykańskiej National Academy of Sciences spowodowane było właśnie jego olbrzymią popularnością – autora książek, persony publicznej i osobowości telewizyjnej. Członkowie Akademii uznali rzekomo, że przyjęcie osoby tak popularnej wpłynęłoby negatywnie na wiarygodność instytucji.

Dziś bez wstydu mówi się już o naukowcach-celebrytach, a gratyfikacja finansowa, która towarzyszy występowaniu w serialach telewizyjnych i sprzedawaniu milionów egzemplarzy książek, przekłada się również na korzyści dla całej gałęzi nauki reprezentowanej przez celebrytę. Agencja Eurostat podaje, że nauka europejska w jednej trzeciej fundowana jest ze środków publicznych (w Polsce współczynnik ten wyniósł 47 proc. w 2013 r.; 10 lat temu było to 60 proc.). Poparcie opinii publicznej dla prowadzenia badań jest kluczowe jeśli chodzi o przepływ gotówki do jednostek naukowych. Społeczności uczonych po prostu nie opłaca się, aby nauka była niezrozumiana.

Postać Richarda Dawkinsa przynosi więc korzyść całej biologii ewolucyjnej; podobnie jak postaci Stephena Hawkinga czy Neila deGrasse’a Tysona – kosmologii.

Największe instytucje naukowe świata przepracowały tę lekcję już dawno temu i nie ustają w staraniach, by tematy prowadzonych przez nie badań brzmiały jak najbardziej sexy.

Pierwszym ogniwem jest naukowiec, który publikuje artykuł w czasopiśmie. Najważniejsze z nich, takie jak „Science” albo „Nature”, utrzymują najwyższe standardy intelektualne, trudno więc pozwolić sobie na ich łamach na czysty marketing. Przyjrzymy się losom dwóch artykułów, których tytuły zdecydowanie nie były pisane z myślą o szerokiej publiczności. Jeden jest z zakresu medycyny, drugi – astronomii:

▪ „Białko LEM wspiera mechanizm odpornościowy limfocytów T typu CD8+ poprzez swój wpływ na oddychanie komórkowe w mitochondriach” (główna autorka: Isobel Okoye, opublikowano 16 kwietnia 2015 r. w „Science”);
▪ „Rozległy, cienki dysk zgodnie rotujących galaktyk karłowatych wokół galaktyki Andromedy” (główny autor: Rodrigo A. Ibata, opublikowano 3 stycznia 2013 r. w „Nature”).

Ktoś mógłby zapytać: jakim cudem można dodać seksapilu tak hermetycznym tekstom? Okazuje się, że można – i to jak!

Etap drugi: biuro prasowe jednostki naukowej

Szanujące się instytucje naukowe mają swoje biura prasowe, a coraz częściej zatrudniają osobnych specjalistów od kontaktów z mediami tradycyjnymi i społecznościowymi. To na ich barkach spoczywa obowiązek zainteresowania szerokiej publiczności wynikami badań. Nietrudno znaleźć wśród nich ludzi kochających naukę, którzy potrafią godzinami opowiadać o bozonach i bizonach.

Jednak nauka staje się w coraz większym stopniu biznesem (o czym chętnie mówią zapytani o to pracownicy polskich uczelni), zaś biura prasowe pełnią w nim rolę działów marketingu, których zadaniem jest „sprzedanie” nauki podatnikom.

Dział Mediów Społecznościowych w NASA, jedna z najbardziej profesjonalnych komórek tego typu na świecie, od 2009 r. corocznie organizuje spotkania z przedstawicielami mediów społecznościowych (NASA Social, dawniej Nasa Tweetup). W 2011 r. Stephanie Schierholz, ówczesna Social Media Manager, podsumowała następująco mijający rok: „Jak zwykle nasz zespół doskonale wykorzystał media społecznościowe w sposób przynoszący korzyść Agencji oraz utrzymującym nas finansowo podatnikom”. Otóż to. Komisja Europejska w poradniku „Communicating Science”, wysyłanym do unijnych jednostek badawczych, używa po prostu określenia „Using Journalists” – „Korzystanie z dziennikarzy”. Tak zatytułowany jest rozdział, w którym przeczytać można następującą trzeźwą analizę: „Kontakt z biznesem, politykami i przedstawicielami innych grup interesu następuje poprzez media. Zwłaszcza dla polityków kwestie naukowe stają się realne dopiero wtedy, kiedy pojawiają się w gazecie (...). Znalezienie się w mediach nie zawsze jest łatwe i zwykle wymaga niebagatelnej inwestycji czasu, wysiłku i zasobów. Zwrot tej inwestycji jest najczęściej długoterminowy”.

Walka o przestrzeń w mediach jest więc dla instytucji naukowych inwestycją, która ma przynieść wymierną korzyść. Nic dziwnego, że biura prasowe są naszym pierwszym przystankiem na drodze ku „newsowi idealnemu”.

W 2014 r. w „British Medical Journal” ukazał się artykuł („The association between exaggeration in health related science news and academic press releases: retrospective observational study”, Petroc Sumner i in.), w którym przeanalizowano 462 obwieszczenia prasowe z 20 wiodących brytyjskich uniwersytetów pod kątem tego, w jakim stopniu opisy artykułów medycznych zgadzały się z ich rzeczywistą treścią. Okazało się, że 40 proc. obwieszczeń zawierało nieuzasadnione porady zdrowotne, 33 proc. opisywało związki przyczynowo-skutkowe nieposiadające poparcia w artykule wyjściowym, a 36 proc. w sposób nieuprawniony omawiało konsekwencje dla zdrowia ludzkiego wyników badań przeprowadzanych wyłącznie na zwierzętach.

Wróćmy do naszych dwóch artykułów z „Science” i „Nature”. Biuro prasowe Imperial College w Londynie, gdzie prowadzono cytowane badania medyczne, zatytułowało swoje obwieszczenie następująco: „Naukowcy odkrywają białko wzmacniające odporność na wirusy i raka”. Artykuł ten stanowi w zasadzie wierne streszczenie tekstu naukowego, jednak przemilczane zostały wszelkie ślady niepewności lub potencjalne zagrożenia opisane przez naukowców. Przykładowo, w jednym z pierwszych eksperymentów komórki układu odpornościowego pobudzone przez nowo odkryte białko doprowadziły do… śmierci całej grupy myszy. Skutkiem był najprawdopodobniej atak hiperaktywnego układu odpornościowego na „własne” komórki układu krwionośnego, a w konsekwencji rozległe wylewy.

Gdy testowano zdolność nowej metody do unieszkodliwienia komórek raka płuc, u myszy z grupy kontrolnej zliczono średnio około 150 ognisk rakowych. U myszy leczonych nową metodą zaobserwowano ich średnio około 40. Jest to oczywiście świetny rezultat, jednak pokazuje jasno, że nie ma tu mowy o bezwzględnym zabijaniu komórek rakowych, lecz zaledwie o względnym zmniejszeniu ich liczby – i to do poziomu, który i tak pozostaje, niestety, śmiertelny.
Co ciekawe, drugi artykuł nie został niemal wcale „podkręcony” przez biuro prasowe Uniwersytetu Astronomicznego w Strasburgu – instytucji, w której zatrudniony jest główny autor pracy z „Nature”. Na stronie internetowej tej uczelni zamieszczono notatkę zatytułowaną prawie tak samo jak wyjściowy artykuł naukowy: „Rozległa, rotująca, podobna do dysku grupa galaktyk karłowatych otacza naszego kosmicznego sąsiada, Andromedę”. Autorzy obwieszczenia podjęli jednak bardzo interesującą decyzję, która sprawiła – dość chyba nieoczekiwanie – że o badaniach tych już parę dni później mówiły miliony. Jako pierwszą po głównym autorze osobę kontaktową wymieniono współautora oryginalnego artykułu, wspomnianego w nim daleko, na mało prestiżowym dziesiątym miejscu. Był to Neil Ibata, 15-letni syn głównego autora pracy; jako jego instytucję badawczą podano zaś… liceum w Strasburgu. Coś, czego nie dostrzegli, a może tylko przeczuwali, pracownicy strasburskiego uniwersytetu, natychmiast podchwycili dziennikarze.

Etap trzeci: główne media

Jak same media reagują na fakt, że uczelnie i instytuty coraz częściej potrzebują tuby propagandowej zapewniającej im zainteresowanie opinii publicznej (przekładające się ostatecznie na wsparcie finansowe)? Szczerej odpowiedzi na to pytanie udziela raport „Guidelines for scientists on communicating with the media” („Wskazówki dla naukowców dotyczące komunikowania się z mediami”) przygotowany przez instytut badawczy SIRC, wykonujący dla Komisji Europejskiej analizy dotyczące relacji nauka–media. „Media popularne nie istnieją po to, aby świadczyć naukowcom darmową pomoc. Istnieją nie tylko po to, aby informować, ale by bawić i prezentować kontrowersje. Ich praca polega na sprzedawaniu gazet i utrzymywaniu wysokich notowań zapewniających zysk finansowy” – czytamy w raporcie.
Dziennikarze potrafią wyrazić tę prawdę w znacznie bardziej elokwentny sposób. Oto co na ten temat pisał włoski dziennikarz Giuliano da Empoli: „Jak myśliwiec bojowy przekraczający barierę dźwięku, idea musi mieć dziś aerodynamiczny kształt, aby przekroczyć barierę przesytu informacyjnego. (…) Idea musi mieć zdolność penetracji, którą posiadają tylko najbardziej proste pojęcia – takie, które da się zamknąć w sloganie”.

Mówiąc inaczej: nie liczy się informacja. Liczy się story.

W przypadku opisywanego tu artykułu medycznego z „Science” nastąpiła rzecz prosta: przekształcono informację o przypuszczalnym, odległym, częściowym złagodzeniu skutków niektórych odmian raka w historię o pewnym, bliskim, całkowitym wyleczeniu wszystkich odmian raka.

Jako pierwsze duże medium temat podjął brytyjski „The Telegraph” – jeszcze w tym samym dniu, kiedy upubliczniono artykuł naukowy. Duże media często automatycznie otrzymują obwieszczenia prasowe z głównych instytucji badawczych – i to one zazwyczaj pozostają głównym źródłem informacji. W artykule z „The Telegraph” nie pojawia się zresztą nic takiego, czego nie dałoby się wyczytać w obwieszczeniu prasowym Imperial College.

Jakie zmiany wprowadził dziennikarz, aby „przebić się przez barierę przesytu”? Rzecz jasna, tytuł przybrał nową postać: „Naukowcy odnajdują klucz, który pozwala na »turbodoładowanie« układu odpornościowego, aby zabijał wszystkie odmiany raka”. Zauważmy, że pojawiły się już „wszystkie odmiany raka”, choć w artykule pierwotnym testowany był tylko czerniak złośliwy. W tekście zawarta jest też fantazyjna sugestia, że nowo odkryte białko „może oznaczać koniec brutalnej chemioterapii, ponieważ teraz nasze własne ciało będzie zwalczało chorobę, a nie toksyczne leki”.

To jednak jeszcze nie koniec medialnego łańcucha pokarmowego. Nawet i tę wersję historii da się wzbogacić. Na razie wróćmy jednak do naszego artykułu astronomicznego z „Nature”, który spotkał nie mniej interesujący los.
Pierwszymi, którzy zorientowali się, że story w tym wypadku to nie dynamika układów galaktycznych, lecz 15-letni Neil Ibata, byli dziennikarze francuskiego „Le Monde” i większość mediów cytowała później wypowiedzi uzyskane właśnie przez nich. „Le Monde” użył określenia „mały geniusz”. Francuski kanał telewizyjny TF1 doprecyzował: „mały francuski Einstein”. Rzeczywistość była odrobinę mniej romantyczna. Neil, namówiony przez ojca, pomógł mu w pisaniu jednego z programów komputerowych do obróbki danych obserwacyjnych. Zostało to oczywiście opisane w „Nature”, ale w niewielkiej sekcji „Contributions” na końcu tekstu, gdzie zwyczajowo objaśnia się wkład każdego z autorów artykułu.
Nie ulega wątpliwości, że programowanie dla zespołu astronomicznego to potężne osiągnięcie jak na 15-latka. Skąd jednak… Einstein? Tak śmiałej tezie należałoby dodać pozoru prawdopodobieństwa. Cóż to bowiem za story, w której 15-latek pomaga w dokonaniu korekty w równaniach opisujących ewolucję kinematyczną grupy galaktyk karłowatych? Pozostał więc ostatni krok na drodze do rewolucyjnego newsa.

Etap czwarty: internet

Nie ma oczywiście jasnej granicy między „głównymi mediami” a internetem. Te pierwsze istnieją przecież w internecie, a autorzy publikujący początkowo w sieci coraz częściej trafiają do telewizji i prasy. Istnieje jednak fundamentalna cecha odróżniająca internet od mediów tradycyjnych. W internecie liczba odwiedzin – czy to w celu przeczytania artykułu, czy też odtworzenia klipu filmowego – znana jest dokładnie, włącznie z tym, ile sekund każdy użytkownik pozostał na wybranej stronie i jak daleko w dół ją „przewinął”. Wejście następuje zaś najczęściej ze strony głównej – na podstawie nagłówka. Medioznawcy mają na ten temat swoje własne slogany: „Tylko 1 osoba na 5 sięga dalej niż nagłówek”; „80 proc. Twoich gości nie przeczyta Twojego artykułu”; „Ruch na stronie zmienia się o 500 proc. w zależności od nagłówka”; „Poświęć 50 proc. czasu na nagłówek i 50 proc. na treść artykułu” (autentyczne porady znalezione w sieci).

Ponieważ zaś każde „wejście” przelicza się na określoną sumę od reklamodawcy, wydawca uzyskuje błyskawiczną, precyzyjną informację, który dziennikarz i który nagłówek dostarczają mu najwięcej zysku. Nic więc dziwnego, że odnaleźć można setki mniej czy bardziej wiarygodnych analiz mających pomóc w stworzeniu nagłówka „idealnego” (czytaj: takiego, na który kliknie jak największy odsetek osób). Oto garść tego typu „wyników”: 36 proc. osób najwyżej ceni nagłówki, w których znajdują się cyfry („5 sposobów na płaski brzuch”, ale nie: „Pięć sposobów na płaski brzuch”), a tylko 11 proc. te w formie pytań („Jak osiągnąć płaski brzuch?”). 64 proc. osób wybiera nagłówek, w którym tylko pierwsze słowo jest napisane wielką literą, a jedynie 21 proc. taki, w którym wszystkie słowa są tak zapisane. Idealna liczba superlatyw (rozumianych bardzo szeroko, tj. „największy”, ale też „każdy” czy „doskonały”) w nagłówku to jeden, jednak tylko odrobinę gorszym wyborem są… cztery.

Wynikiem tego typu rozumowania staje się „walka o kliknięcia”, która w różnym stopniu dotyczy każdego medium informacyjnego w internecie. To nie tylko chciwy nadawca żąda „klikalnych” artykułów; każdy dziennikarz chce przecież, aby czytało go jak najwięcej osób. Nigdy się nie dowiem, ile osób przeczyta te słowa w druku. Będzie jednak wiadomo, ile razy zostaną wyświetlone w wydaniu internetowym „Tygodnika”.

infografika - przekręcanie nauki
infografika: Lech Mazurczyk

Czas na wielki finał. Jaki los spotkał w Polsce artykuły z „Science” i „Nature”? Oto dwa nagłówki, które zagościły na stronie głównej jednego z największych polskich portali informacyjnych:
▪ „Odkryto białko niszczące każdy rodzaj raka” (19 kwietnia 2015 r.);
▪ „15-latek podważył teorie Einsteina i Newtona” (5 stycznia 2013 r.).

Klikało się. Ale to nie koniec. O skutkach podobnych historii opowiada prof. Jacek Jassem, onkolog, w rozmowie pt. "Oszukańcze obietnice". ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Filozof przyrody i dziennikarz naukowy, specjalizuje się w kosmologii, astrofizyce oraz zagadnieniach filozoficznych związanych z tymi naukami. Pracownik naukowy Uniwersytetu Papieskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Panie Łukaszu, świetny, przezabawny artykuł! Jeszcze jeden przykład z "dziś" :) "Estimating the reproducibility of psychological science" (Science) -> "Study delivers bleak verdict on validity of psychology experiment results" (Guardian) -> "Większość prac naukowych z dziedziny psychologii jest bezwartościowa"... pozdrawiam, ŁT
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]