Kto to pamięta

Zbiorowy głos protestów i żądań znowu powraca w takim kształcie, który sygnalizuje intencję już wcale nieskrywaną: macie się nas bać. Wy, stojący jednoznacznie po drugiej stronie barykady. Przeciwnik, winien wszystkiemu i za wszystko na przyszłość odpowiedzialny. Z marszu milczenia protest przeradza się w skandowanie, które zawiera słowa coraz dotkliwsze, coraz bardziej obraźliwe. Za krokiem pochodu zaczyna kipieć przemoc namacalna: słychać ją i widać. Za chwilę będą ranni, bo strzegący porządku stają się po prostu symbolem wrogów z drugiej strony barykady, a więc oczywistym przedmiotem ataku fizycznego. Do czego nie doszło jeszcze tym razem, dojść może za następnym. Głos górujący nad wszystkim (powtarzają go potem radiostacje i telewizje) zapowiada: jak nie, wrócimy tu jeszcze. Przyjedziemy do was. Razem z górnikami i nie tylko. Co to wróży, nikt nie może mieć złudzeń.
Czyta się kilka minut

Macie się nas bać... I tak jest faktycznie.

Cały ten scenariusz nie byłby niczym dziwnym w kontekście wieloletnich doświadczeń zachodnich, konfliktów wolnego rynku. Jest tylko jeden szczegół. W trakcie przebiegu takich scen od czasu do czasu wybucha skandowanie wielotysięcznych głosów: "Solidarność". "Solidarność". To jest ta inność...

Dwadzieścia osiem lat temu zaczęło się. Też na Wybrzeżu. Strajkiem i konfrontacją. Po jednej stronie ogrodzenia stały pełne niepokoju rodziny, po drugiej robotnicy, ale tak dziwnie spokojni w swoim zdeterminowaniu, nieporównanie bardziej dramatycznym niż jakiekolwiek obecne. Wejdą czy nie? A na ogrodzeniu było pełno kwiatów i portret Papieża. Przez bramki podawano żywność, ale zabroniony był alkohol. A rano można było z daleka oglądać Mszę polową odprawianą dla strajkujących i ich długie kolejki do spowiedzi. Potem przyjeżdżali delegaci znienawidzonej władzy, prowadzeni z powagą i w ciszy na negocjacje śledzone z najwyższą uwagą. Wracali w tym samym poważnym napięciu.

"Solidarność" to nigdy jeden przeciw drugiemu. To jedni za drugich. Dobro wspólne. Tak zaczynaliśmy. Dobrze jest to sobie przypominać.

Ale i to także: w wielkiej wizji Solidarności bez cudzysłowu, ale dużą literą, najbardziej odpowiedzialni rychło odczytali jeszcze jedną składową integralnie w niej tkwiącą: potrzebę "pracy nad pracą". Żeby domaganie się sprawiedliwości nie było ślepym roszczeniem, a ponoszenie skutków realizowanych żądań zmartwieniem cudzym, nigdy własnym. Tej pracy nad pracą nie podjęliśmy tak naprawdę nigdy jeszcze.

A tamtych ludzi zaczyna ubywać, bo przecież minęła epoka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 30/2008