Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Książka o kształtach

Książka o kształtach

04.02.2013
Czyta się kilka minut
Dziełko Chmielewskiej zostało oryginalnie przygotowane na użytek rynku koreańskiego jako picture book dla dzieci.
K

Kłopot z „Kłopotem” Chmielewskiej, a może kłopot ze wszystkimi jej książkami, zwięźle komunikuje opis w karcie katalogowej innej, wydanej przez toruńskie Algo w 2004 roku pozycji, której Chmielewska była współautorką. O „Dzień dobry, Europo” nieznany wolski – i teraz przywołuję dzielnicę Warszawy – bibliotekarz napisał: „Ilustrowany wierszykami i kolorowym rysunkiem przewodnik po Europie. Książkę cechuje niestety niespójność formy wobec treści oraz brak konkretnego adresata”. Zarzut niespójności analizowałabym z powagą pewnie dłużej, gdyby na stronach o Łotwie nie pojawiała się łotewska flaga i Łotysz, podpisany „Łotysz”, a na stronie o Czechach – rozkraczony na Hradczanach krecik. A tak to zastanawiam się, czy by nie postawić wręcz zarzutu nadspójności, czy też spójności, ach, jak banalnej, która u Chmielewskiej zazwyczaj nie zachodzi, więc tym bardziej rzuca się w oczy w przypadku tej użytkowej, unijnej książki. Brak konkretnego adresata jest to już zarzut ciężki, z którym Chmielewska spotyka się często.

Dla kogo jest więc „Kłopot”? Fabuła jest prosta: dziewczynka prasuje obrus, zamyśla się, żelazko zostawia na pamiątkowym obrusie babci trójkątny, brudny ślad, zaraz wróci mama. Bohaterka, gdyby była zodiakalnym rakiem, prawdopodobnie marzyłaby w tej chwili o śmierci fizycznej – skoro inna jest niemożliwa – bo popełniła właśnie ciężki grzech przeciwko obowiązkowi pamiętania. Na kolejnych stronach delikatna błękitna kredka spanikowanej, ale nieokiełznanej wyobraźni narratorki zamienia ślad po żelazku w kościół, z którego nie nadejdzie pociecha, bombę, która sprawi, że gdy mama wróci i zobaczy, nic już nie będzie takie, jak było, sowę, która niechże się schowa ze swoimi radami, młodszego brata, na którego można by zrzucić winę, łódeczkę, na której dziewczynka za chwilę ucieknie na koniec świata, by tam, czyli na kolejnej stronie, skryć się jak myszka. Burawy corpus delicti stanowi groźny trzon każdej strony, a w ostatnim slajdzie przed happy endem zamienia się w straszną, krzyczącą mamę. Która widzi, co się stało – oko mamy jest również obudowane na fatalnej plamie – mówi coś w rodzaju „o, jaka piękna jest ta fatalna plama”, po czym rozgrzewa żelazko, wypala drugą plamę i kolorowymi nićmi haftuje płetwy i ogon tłustej ryby, która od tej pory będzie zdobić jeszcze bardziej pamiątkowy obrus.

„Kłopot”, oryginalnie przygotowany na rynek koreański jako picture book dla dzieci – nie mam żadnych koreańskich dzieci na wychowaniu, ale wieści z drugiej ręki głoszą, że na ich edukację przez kontakt ze sztuką i literaturą wydaje się w Korei pieniądze – wchodził w minicykl książek o kształtach. Miał stymulować wyobraźnię małych Koreańczyków, uczyć ich widzenia części w całości i całości w części, ułatwiać twórcze i, dzięki uważności, bardziej radosne, bardziej satysfakcjonujące podejście do przestrzeni, żeby nam potem eksportowali te swoje przecudowne ssangyongi. Na naszym rynku, gdzie jeszcze nie okrzepł, nawet jeśli już się pojawił, konkretny adresat tej książki, postulowany przez przywołanego na wstępie bibliotekarza, „Kłopot” może sobie znaleźć na początek adresata zbiorowego i, nie wstydzę się tego powiedzieć, naturalnego: rodzica i dziecko. Ta urzekająca opowieść może być poradnikiem wspólnego wychodzenia z klinczu, który w meczach między wstępnymi a zstępnymi jest dominującym chwytem. Potem można ją czytać jako ilustrowany dowód na to, że często, aby coś naprawić, trzeba to najpierw jeszcze bardziej zepsuć. A gdy mamy, która z plamy zrobi rybę, zabraknie i za czytanie książki dla dzieci weźmie się dorosły, estetyczna moc propozycji Chmielewskiej może dać mu siłę, by w tej prostej historii znaleźć inspirację do patrzenia na plamy, tym razem nie na obrusie, lecz na własnym życiu, w taki sposób, by ostatecznie zamienić je w nasze najlepsze obrazy.

JUSTYNA BARGIELSKA jest poetką i prozaiczką. Debiutowała w 2003 roku tomem „Dating sessions”. Opublikowała też tomy: „China Shipping” (2005), a w 2009 roku „Dwa fiaty”, za które dostała Nagrodę Literacką Gdynia 2010. W tym samym roku opublikowała swoją pierwszą książkę prozatorską „Obsoletki”, za którą uhonorowana została Nagrodą Literacką Gdynia 2011. W 2012 roku opublikowała tom wierszy „Bach for my baby”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]