Justyna Bargielska, poetka: jestem wdzięczna życiu, nieustannie wytwarza we mnie nowe umiejętności

Justyna Bargielska, poetka: Gdybym miała dziś narysować siebie, byłaby to ośmiolatka z kolanami w strupkach. Na obrazku byłby jeszcze ptaszek, aniołek, słoneczko, chmurka i deszczyk. A w trawie wijący się wąż.

15.11.2023

Czyta się kilka minut

Justyna Bargielska / Fot. Grażyna Makara
Justyna Bargielska / Fot. Grażyna Makara

Katarzyna Kubisiowska: Dużo zmian?

Justyna Bargielska: Tak dużo, że trudno ustanowić wśród nich hierarchię. Na pewno moje życie determinuje to, że choruje ktoś bardzo mi bliski. I tego kogoś wkrótce nie będzie. Lecz z tego tematu nie umiem korzystać literacko. 

Brakuje dystansu?

Tkwię w oku cyklonu. Wszystko wkoło wiruje jak w straceńczym tańcu. Ciężko wychodzi mi pisanie, trudno i znaleźć czas, i zebrać myśli. Teraz głównie poświęcam się pet-sittingowi. To moje podstawowe źródło dochodu. 

Da się wyżyć z opieki nad zwierzętami?

Próbuję. Przychodzi do mnie kolejne zwierzę, kładzie się ze mną na łóżku, śpię otoczona stadem psów i kotów. Za to jest mi ciepło, w związku z tym nie włączam kaloryfera, oszczędzam na energii.  

„Wybór stand-upów” powstawał równoległe z pracą w pet-sittingu? 

Pomysł zrodził się w momencie, kiedy nie miałam nic do jedzenia dla siebie, psa, kotów. I zdesperowana złożyłam wniosek o jednorazowe stypendium. W uzasadnieniu napisałam, że chciałabym poruszyć kwestię choroby afektywnej dwubiegunowej.

Tuż przed dedlajnem, na ostatnią chwilę, napisałam kilkadziesiąt wierszy. Praca została przyjęta. A ja tym tomikiem pieprznęłam w kąt, wydawał mi się kiepski. Po roku, przeglądając komputer, natknęłam się na folder z tą poezją, raz jeszcze przeczytałam, uznałam, że część trzeba wyrzucić, część utajnić i może w przyszłość wykorzystać, a z części pozostałej złożyć „Wybór stand-upów” .

Dlaczego tak ważny jest temat choroby afektywnej dwubiegunowej?

Bo to mój temat. Osobisty, doświadczony. Latami leczono mnie na jednokierunkową depresję. Co było błędem. W moim przypadku powracały maniakalne epizody. Kiedy nie byłam sobą, w ekstremalnej euforii, nawiązywałam ryzykowne kontakty z obcymi ludźmi, włącznie z seksualnymi. Bez hamulców potrafiłam wydawać pieniądze na rzeczy, na które nie było mnie stać, choćby na telefon komórkowy za cztery tysiące złotych. Nie wspomnę o używkach. Zachowania rujnujące mnie, rodzinę i ówczesnego partnera. Zadręczałam się poczuciem winy, że to kwestia mojego charakteru, co potęgowało depresję przychodzącą po fazie manii. A w roku 2020 została mi postawiona prawidłowa diagnoza: ChAD, czyli choroba afektywna dwubiegunowa. Okazało się, że jestem całkiem porządną osobą, tylko z gorzej działającymi neuroprzekaźnikami. Należało jedynie inaczej ustawić leki. 

Zrobiło się nudniej, ale bezpieczniej. Co nie zmienia faktu, że mocno przeżywam swoją samotność.

Justyna Bargielska / Fot. Grażyna Makara

Mocniej niż kiedyś?

W domu jest teraz pusto, córka z synem zamieszkali z ojcem, u mnie raz na jakiś czas bywają. Z tego powodu na samym początku przez cztery miesiące, dzień w dzień. płakałam. Oraz pojawiła się prześladująca mnie do teraz wizja, że umrę w samotności, a zwierzęta – pies Lolek i trzy koty: Andrzej, Staszek i Kordiana – zdążą mnie zjeść, zanim ktokolwiek mnie znajdzie. I jeszcze boleśnie przekonuję się, jak to jest być pokoleniem sandwicza: z jednej strony opiekować się dorastającymi dziećmi, z drugiej starzejącymi się rodzicami. W każdym razie nie ma tu miejsca i przestrzeni, bym pomyślała o sobie. Może jedyną rzeczą robioną z myślą o własnym dobrostanie jest chodzenie po lesie. 

Koi samotność?

Opracowałam sposoby spędzania w nim czasu. Kiedy chcę być sama, wędruję pierwszą ścieżką, na której wiem, że nikogo nie spotkam. Kiedy chcę pogadać z psiarzami, wówczas ruszam ścieżką drugą. I tam spotykam panią, która jak i ja ma beagla. I która ostatnio poszła do naszej wspólnej osiedlowej fryzjerki z życzeniem: „Bardzo proszę mnie ostrzyc na panią Justynkę, która ma beagla Lolka”. Spotykam pana Andrzeja, fizjoterapeutę, spacerującego z psem gończym, który widząc mnie ze stu metrów krzyczy: „Plecy prosto!”. 

Jakie psy spotykacie?

Z Lolkiem musimy omijać parkę identycznych yorków. On fatalnie na nie reaguje, pewnie mu przypominają bliźniaczki z „Lśnienia” Kubricka. Jest jeszcze kundelka Nuka. Chciałabym, by Lolek pobawił się z Nuką, lecz nie jest to możliwe, gdyż pan jej nie spuszcza ze smyczy. A  do tego ten pan uprawia milczącą obecność: z Nuką idzie za nami nie mówiąc jednego słowa. Trochę creepy... Przejmuje mnie historia Agara, który był chartem, a jego pan podczas spacerów zbierał szkło w lesie. Trzy lata temu Agar umarł i jego bardzo smutny pan już sam zbierał szkła. A miesiąc temu widzę pana z żoną i synem oraz jakby małym Agarem. Cała ta trójka zbierała szkła w towarzystwie nowego Agara. Żałoba po poprzednim Agarze została przepracowana. Podnoszące na duchu.

Co jeszcze podnosi Cię na duchu?

To, że „Wybór stand-upów” pisałam na dobrze ustawionych lekach. Że to jest możliwe, że one nie otępiają, nie zabijają potencjału. Nie jest tak, że je odstawiałam na pisania i poszłam w psychiczne tango i eksplozywną twórczość. Dzięki temu uznałam, że moja choroba jest jak każda inna. Tu dużą inspiracją był dla mnie Michał Cichy i jego leczenie choroby afektywnej dwubiegunowej. Ja mam zapisaną zaledwie jedną trzecią dawki leku, który zażywa on. A widzę, jak Michał jest aktywny, twórczy, piszący. Energiczny człowiek. Cichy jest dla mnie wzorem. W „Wyborze stand-upów” zamieściłam wiersz pisany z myślą o nim, zatytułowany „Brothers in arms”.

Pisanie pomaga?

Na pewno nie autoterapeutyzuje, to nie jego zadanie. A dobry wiersz musi być prymitywny – poruszać w człowieku struny pierwotne, organiczne, najbardziej głębokie i intymne. 

Czyli miałabyś satysfakcję, gdyby w laudacji jakiejś ważnej literackiej nagrody padło zdanie, że Bargielska w swojej poezji jest prymitywna do bólu?

Mój stosunek do nagród uległ zmianie. Przestały mieć znaczenie w perspektywie chorób doświadczanych przeze mnie i przez bliskiego mi człowieka. Nawet nie wiem, kto w tym roku dostał Nobla… A nagrody są o tyle ważne, że dają pieniądze, zwycięzca przez jakiś czas ma święty spokój, może skupić się na twórczości. I jednocześnie tak prestiżowe nagrody jak Gdynia, Silesius, Nike – od lat się nie rewaloryzują, jakby organizatorzy, inwestorzy i jury nie zauważali pędzącej inflacji. Co też świadczy o tym, że te nagrody pozostają w niezłym oderwaniu od rzeczywistości.

Poza tym nigdy nie byłam w środowisku, zawsze na antypodach, może nawet poza nawiasem. 

Żadnych pisarskich przyjaźni? 

Jedynie z Agą Jelonek. Ona jest zawsze, kiedy jej potrzebuję. Tyle że ona tak bardzo mnie nie potrzebuje. Pewnie dlatego, że ma szersze kręgi wsparcia społecznego. Ale na pewno naszą relację mogę nazwać przyjaźnią. 

Dajesz jej do czytania niepublikowane wiersze? 

Nie robię tego od dawna. Kiedy coś swojego pokazywałam zaufanym osobom, to dostawałam recenzje zwrotne pełne zachwytów. Pojęłam, że na krytyczne czytanie przełożyła się ogólna chęć do mnie. A przy „Wyborze stand-upów” pracowałam ze świetną redaktorką Asią Mueller, którą też cenię jako poetkę. Ona dodała brakujące przecinki i zmieniła kilka słów, ale to czysta kosmetyka. Jedyną niekosmetyczną sprawą była sugestia usunięcia zwrotki z wiersza „To dopiero jest rocket science!”. Komentarz Asi brzmiał, że jest ona przegadana. Ale ja się nie zgodziłam, gdyż w tej wersji już wcześniej wiersz został opublikowany. A ja nic nie zmieniam. 

Z tego samego względu odsyłam wydawców zwracających się do mnie z prośbą o wznowienie „Obsoletek” pisanych 13 lat temu. Powodem jest słowo „Murzyn”, które pada w tej książce w jednym zdaniu. Nie mam ochoty się tłumaczyć, że to nie jest rasizm. I w tym kontekście pasuje wyłącznie „Murzyn”.

Poprawność polityczna ogranicza poetycką wyobraźnię? 

Jedyna rzecz, która mnie ogranicza w poezji, to wyraźnie sformułowana prośba „proszę, nie pisz o mnie” kogoś, kto nie chce, żebym o nim pisała. Wiadomo, że zawsze można powiedzieć „ale to nie o tobie”, „ale to przecież poezja”, a nawet zarzucić proszącemu narcyzm i pychę. Ale ja wielokrotnie prosiłam „proszę, nie pisz o mnie”, a potem znajdowałam w czyichś wierszach dosłowny zapis mojej przygody, dodatkowo podany moimi słowami. Na pewnym etapie zażyłości uważam taką strategię twórczą za naruszenie zaufania.

No a ta poprawność polityczna?

Mnie nie hamuje. I jestem gotowa ponosić konsekwencje faktu, że mój wiersz kogoś politycznie obrazi. Nie wiem natomiast, czy ten ktoś jest gotowy na poniesienie konsekwencji mojej gotowości poniesienia konsekwencji, gdyż oburzenie niepoprawnością polityczną jest niekonstruktywnym rodzajem moralnej masturbacji. I jestem pewna, że język sam zadba, by wyeliminować poprawność polityczną. Podzieli los choćby retoryki socjalistycznej. Każda nowomowa prędzej czy później przegra z autentyzmem języka. 

Powiesz więcej o zmianach w życiu? 

Może to, że na razie nie czuję już potrzeby umawiania się z ludźmi na gruncie erotyczno-romantyczno-męsko-damskim z tego powodu, że we mnie natychmiast zbiera się potrzeba powiedzenia o sobie wszystkiego fundamentalnego: że cierpię na chorobę dwubiegunową itp, itd. Wiesz, te wszystkie rzeczy, które z czasem wychodzą w praniu. Nie mam ochoty stresować się czekając na odpowiedni ku temu moment. A osoby, z którymi się kontaktuję, mają głęboko wdrukowany mechanizm kokieterii i zalotów. Wszystko, co w nich najgorsze, ukrywają w najciemniejszym zakamarku.

Ludzki odruch. 

Pod koniec zeszłego roku moja mama powiedziała, że chciałaby jeszcze przed śmiercią zobaczyć mnie w związku. Więc ja wdałam się w związek. Dla mamy i pod kątem mamy. Udało się: mamie podobał się mój partner. Nawet przyszłam z nim na ślub mojej siostry, czym mama była zachwycona. Potem zabrałam go na wigilię, więc mama była wniebowzięta. I po tej wigilii nastąpiło u mnie pęknięcie, nie dałam rady ani chwili dłużej. Myślałam: przecież ja to robię wszystko dla mamy. Udało mi się sprowokować polubowne rozstanie.

Czy to oznacza, że Twój dawny świat kompletnie się rozleciał?

Wolałbym powiedzieć, że on wypracował się w swojej formule. A zaczął się świat nowy. Na razie przyglądam mu się z bliska. I wcale nie jestem przekonana, że teraz jest gorzej, niż było kiedyś. Poza wszystkim w tym roku skończyłam 46 lat. 

To ma znaczenie?

Pewne możliwości definitywnie się kończą. Choćby biologiczne: wkrótce nie będę mogła rodzić. A trzecie dziecko jest moim marzeniem. Tym razem to doświadczenie chciałabym przejść inaczej niż z córką i synem: mieć w ciąży bezwzględne wsparcie partnera. Partnera, który wróciwszy po pracy do domu, pyta, jak się czuję i przytula się do mojego brzucha. Poza tym jestem w tym wieku, że za chwilę, jak to się ładnie mówi: zaczną brać z mojej półki. Kilku już moich rówieśników odeszło. To metafizyczny skandal! I gdybym ja teraz umarła, też byłby metafizyczny skandal. 

W Dwutygodniku portretowałaś siebie jako ośmiolatkę z roku 1986. Ciekawi mnie, kogo widzisz, kiedy myślisz o 46-latce z roku 2023?

Dziewczynkę. Czasem wesołą, czasem ponurą. Czasem nie wiadomo, o co jej chodzi. Ciągle popełniającą fakapy. Dziwnym cudem mającą całe życie przed sobą. 

Jednocześnie ta dziewczynka boi się, że skończyła 46 lat. 

Ja mówię teraz o odczuciach, o stanie wewnętrznym, nie o świadomości płynącej z wiedzy, z tego, że się urodziłam w roku 1977. Gdybym miała dziś narysować siebie, to byłaby właśnie ośmiolatka w śmiesznej sukience z odrapanymi nogami i kolanami w strupkach. Na obrazku byłby jeszcze jakiś ptaszek, aniołek, słoneczko, chmurka i deszczyk. A w trawie wijący się wąż. 

Czytając „Wybór stand-upów” widzę, że ta dziewczynka bywa bardzo udręczona. 

Dwa dni temu bardzo płakałam po stracie Dzikusa, psa mojej mamy. Został uśpiony, nie było dla niego ratunku. Czułam, że muszę coś zrobić, bo oszaleję z bólu. Napisałam do trójki znajomych, czy mogliby do mnie zadzwonić, bo nie chcę płakać do obcego taksówkarza. Natychmiast oddzwonili. Wszystkich telefonów nie mogłam odebrać, porozmawiałam tylko z Alicją. Opowiadałam, że odebraliśmy po uśpieniu z lecznicy ciało Dzikusa zawinięte w kocyk. I że chciałam Dzikusa ostatni raz pogłaskać, lecz poczułam pod palcami folię, w którą został zapakowany. Łkałam, że to jest koszmar. A gdy skończyłam rozmowę i dojechałam do domu, byłam już w innym stanie. Powiedziałam sobie: no tak, Dzikus nie żyje, stała się rzecz potwornie smutna, ale takich rzeczy jeszcze wiele wydarzy się w moim życiu. I lepiej poczułam się po tym płaczu, trochę jak świat po gwałtownej ulewie.

W perspektywie jest nowa książka?

Eseistyczna. W związku z tym jakiś czas temu, jeszcze za poprzedniej władzy, złożyłam wniosek w Ministerstwie Kultury. Wymóg był taki, że projekt, nad którym autor będzie pracować, ma opiewać piękną polszczyznę. A mój pomysł na książkę to opowieść o chorobie i chorowaniu. Będzie rozdział poświęcony chorowaniu roślin. W tym o galasach – patologicznych zmianach na liściach krzewów. Są objawem destrukcji, ale też elementem konstrukcji: dawniej wyrabiano z nich atrament. 

W sierpniu tego roku byłam przekonana, że odkryłam nową chorobę roślin. W lesie zauważyłam zielony liść częściowo pokryty ostrą, rażącą, nienaturalną czerwienią. Zrobiłam mu zdjęcie, wysyłałam do znajomych botaników z prośbą, by postawili diagnozę. Lecz wędrując w głąb lasu, zorientowałam się, że jest więcej liści czerwonych, a nawet niebieskich. Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam, że tymi dwoma kolorami wysprejowane są na drzewach znaki Polski Walczącej. A na chodnikach napisy: „pandemia pedałów”.  W ten sposób moja dzielnica walczy z „pandemią pedałów”. Tyle że te dwa słowa nie mieszczą się im na drzewach, więc piszą je na chodniku. I któryś z walczących przez przypadek psiknął na liść czerwoną farbą. A ja w tym szukałam choroby. 

Może to też jest choroba. 

Będzie rozdział o chorowaniu paru znanych mi psów. Między innymi o autoagresji, o tym, że potrafią sobie wygryzać łapy i trzeba im podawać leki psychotropowe. 

Będzie rozdział o mojej babci, prostej kobiecie, chłopce, która długo i w katastrofalny sposób przechodziła menopauzę: nieustannie krwawiła. Co rusz lądowała w szpitalu i nic z tego nie wynikało. A ona miała pole do obrobienia i trójkę dzieci do ogarnięcia. Dziadek, by babci pomóc, dać wyraz empatii i zrobić przyjemność, kupił jej elastyczne pończochy. Babcia na niego strasznie nakrzyczała, ponieważ jej się wydawało, że to są skarpetki. Bo malutkie, wąziutkie. Dziadek z godnością wziął w obie ręce pończochy i je maksymalnie rozciągnął. I te pończochy babci pomogły. Krwawienia ustały. Teraz uwaga: we wniosku napisałam, że właśnie w tym rozdziale będę wychwalać urodę polszczyzny, ponieważ rzecz się dzieje na wsi, a wieś polska urodziwa… Mówię o tym absurdzie, bo jestem pewna, że sprawa tego stypendium jest przegrana.

W książce będzie rozdział o Twoim chorowaniu? 

Ono już nie jest dla mnie ciekawe. Nowej diagnozy trzymam się zębami i pazurami.

Świadomość, że mam ChAD, daje mi poczucie bezpieczeństwa.

Co jeszcze daje Ci poczucie bezpieczeństwa?

Zmiany zachodzące we mnie. Zrozumiałam, że nie mogę być z kimś wyłącznie dlatego, by sprawić komuś przyjemność. Wiem, że już nie będę wchodzić w relacje, by spełnić oczekiwania drugiej osoby, a unieważniać siebie, oddalać własne pragnienia i potrzeby. Nauczyłam się też przemilczania pewnych rzeczy. Unikania konfliktu, który nikomu i niczemu nie będzie służył. Uśmiecham się i mówię: może nie warto o tym rozmawiać. Zrobiłam się wyrozumiała, umiem wybaczać. Właściwie każdemu i właściwie wszystko. Rzecz jasna, potrzebuję na to czasu, ale mam na to przestrzeń. Jestem wdzięczna życiu za to, że nieustannie wytwarza we mnie nowe umiejętności. 

 

Rozmawiała Katarzyna Kubisiowska 

 

Justyna Bargielska (ur. 1977) jest poetką i prozaiczką. Opublikowała tomy poezji, m.in. „Dating sessions” (2003), „China shipping” (2005), „Dwa fiaty” (2009), „Bach for my baby” (2012), „Nudelman” (2014), „Dziecko z darów” (2019) oraz prozy „Obsoletki” (2010) i „Małe lisy” (2013). Laureatka Nagrody Literackiej Gdynia (dwukrotnie). Nominowana m.in. do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, Paszportu „Polityki”, Silesiusa oraz Nagrody Literackiej Nike (trzykrotnie). Ostatnio nakładem Biura Literackiego ukazał się jej kolejny tom, „Wybór stand-upów”.

Literatura faktu i eseje, poezja i proza. Recenzje nowości wydawniczych i rozmowy z twórcami.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działów Kultura i Reportaż. Biografka Jerzego Pilcha, Danuty Szaflarskiej, Jerzego Vetulaniego. Autorka m.in. rozmowy rzeki z Wojciechem Mannem „Głos” i wyboru rozmów z ludźmi kultury „Blisko, bliżej”. W maju 2023 r. ukazała się jej książka „Kora… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Struny pierwotne